Wywiad z księdzem kanonikiem Stanisławem Skorodeckim przeprowadzony w 1990 roku przez red. Mieczysława Szymczaka na łamach tygodnika „Zorza".

Ks. kan. Skorodecki jest jedynym świadkiem więziennych przeżyć Wielkiego Prymasa Polski.

Urodził się w 1919 roku we Lwowie. Wyświęcony został na kapłana w styczniu 1945 roku w Tarnowie. Aresztowany 11 stycznia 1951 roku skazany został na 10 lat więzienia pod zarzutem założenia organizacji o charakterze wojskowym, która miała na celu obalenie przemocą ustroju Polski Ludowej. („Dekret o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa Polskiego").

Uwolniony został w październiku 1956 roku, całkowicie rehabilitowany. Jako proboszcz i dziekan Lubaczowa pracował w swojej macierzystej archidiecezji lwowskiej na skrawku oddzielonym granicą PRL. Na emeryturę wybrał sobie Szczecin, gdzie początkowo był penitencjarzem Bazyliki Katedralnej (1986-1991) a od 1991 jest proboszczem parafii katedralnej pw. św. Jakuba w Szczecinie.

Znany jest przede wszystkim ze znakomitych rekolekcji dla młodzieży. Mówi, że za młodzież „siedział" i młodzieży chce dalej posługiwać. Jest powiernikiem ich różnorakich problemów.

Wspomnienia ks. Skorodeckiego są doskonałym uzupełnieniem wizerunku Prymasa Tysiąclecia, Wielkiego Syna Kościoła i naszego Narodu.

Trzeba jednakże pamiętać, iż mówiąc o Prymasie Stefanie Wyszyńskim mówi ks. Skorodecki jednocześnie o sobie, o setkach innych więźniach-kapłanach. Te wspomnienia są wstrząsającym dowodem martyrologii polskiego duchowieństwa w okresie reżimu komunistycznego, którego jedną z ostatnich ofiar był śp. ks. Jerzy Popiełuszko. Początek tego męczeństwa polskiego Kościoła zaczął się we wrześniu 1939 roku.

Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Polski, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski aresztowany został 25 września 1953 roku w późnych godzinnych nocnych w swojej siedzibie w Warszawie.

Pierwszym miejscem uwięzienia księdza Kardynała był klasztor 00 Kapucynów w Rywałdzie k/Lidzbarka. W „Zapiskach więziennych" Stefan Kardynał Wyszyński tak wspomina pierwszy dzień swego uwięzienia:

„Rozejrzałem się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawnego zamieszkania przez któregoś z Ojców Kapucynów.

Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: „Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych". To był pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielką radość. Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono:

pro nomine Jezu contumelias pati.

Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie, kilku wróciło w stanie inwalidztwa, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego.

W ten sposób wypełniła się w części zapowiedź, którą w roku 1920 na wiosnę dał nam profesor liturgiki i dyrektor Seminarium Niższego we Włocławku, ksiądz Antoni Bogdański. Niezapomniany ten człowiek podczas pewnego wykładu liturgii powiedział: „Przyjdzie czas, gdy przejdziecie przez takie udręki, o jakich człowiek naszego wieku nawet myśleć nie umie. Wielu kapłanom wbijać będą gwoździe w tonsury, wielu z nich przejdzie przez więzienie"... Niewielu z moich kolegów zapamiętało te słowa. Zapadły mi one głęboko w duszę. Gdy w roku 1939 odwiedzałem księdza Bogdańskiego w Skulsku na łożu śmierci, pamiętałem o nich. Kazał mi wtedy gotować się do ciężkiej i odpowiedzialnej drogi, która wżyciu kapłańskim mnie czeka. Oczy tego płonącego człowieka patrzyły z głębi zapaści niezwykłym światłem. Na pierwszym zjeździe koleżeńskim, po wojnie, przypomniałem kolegom te słowa: ci co pozostali, nie robili wrażenia, by je zapamiętali.

Kolegom moim należy się tu choćby krótkie wspomnienie. Otrzymali święcenia kapłańskie z rąk biskupa Stanisława Zdzitowieckiego, w Bazylice Katedralnej Włocławskiej 29 V11924 roku. Było nas razem 17, chociaż nie wszyscy stanęli w tym dniu do święceń, jako że 2 już było na studiach w Lilie, a ja znalazłem się w szpitalu, chory od tygodnia na płuca. Z tej gromadki zginęli w Da-chau: ksiądz Stanisław Michniewski, ksiądz Julian Konieczny, ksiądz Jan Mi-kusiński, ksiądz Jan Fijałkowski, ksiądz Zygmunt Lankiewicz, ksiądz Bronisław Placek, ksiądz Stanisław Ogłaza.

Wrócili z obozu koncentracyjnego: ksiądz Józef Dunaj, nasz dziekan kursowy, ksiądz Stefan Kołodziejski, ksiądz Wojciech Wolski, ksiądz Marian Sawicki, ksiądz Antoni Kardyński, ksiądz Antoni Samulski. Uniknąłem obozu tylko ja, dzięki temu, że na polecenie biskupa Michała Kozala opuściłem Włocławek na kilka dni przed drugim aresztowaniem duchowieństwa. Jeszcze przed wojną zmarł nasz kolega, ksiądz Konstanty Janie, na gruźlicę. Koledzy, którzy wrócili z obozu są niemal inwalidami. Ksiądz Kardyński był „królikiem doświadczalnym" i ciężko chorował na zaszczepioną flegmonę. Ksiądz Antoni Samulski dostał się do więzienia polskiego jako dyrektor „Caritas" diecezji wrocławskiej i wyszedł zeń z tak złamanym zdrowiem, że nie udało się go uratować.

Takie są dzieje jednego tylko kursu kapłanów polskich w wieku XX. Mój brat Tadeusz odsiedział obozy i więzenia: sowieckie, niemieckie i polskie. Większość księży i biskupów, z którymi pracowałem, przeszła przez więzienia. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego: nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza „przyjacielem". Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę doceniać to, co mnie od tych ludzi spotyka". (S. kard. Wyszyński: „Zapiski więzienne", Editions Du dialogne, Paris 1982, str. 14-16),

12 października 1953 roku Prymasa Polski przewieziono do Stoczka Warmińskiego.

Tegoż samego dnia do uwięzionego w celi Kardynała wprowadzono towarzysza niedoli - młodego, 34 letniego ks. Stanisława Skorodeckiego.

- Księże Kanoniku, jest Ksiądz jedynym, bezpośrednim i naocznym świadkiem przeżyć więziennych Prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego. W „Zapiskach więziennych" pod datą 12 października 1953 roku znajdujemy taki oto zapis Księdza Prymasa:

Po wyjściu panów przyszedł „ksiądz kapelan" - ksiądz Stanisław Skoro-decki, więzień, przywieziony tu wczoraj wprost z Rawicza gdzie dotąd odsiadywał karę więzienną. Wysoki, przystojny, szczupły, wynędzniały, blady, pochylony, choć młody człowiek. Zaczął rozmowę od usprawiedliwiania, co sobie o nim pomyślę. Przecież on o niczym nie wie, a może być posądzony o to, że jest na usługach wywiadu. Istotnie, drastyczna to sytuacja dla księdza -odpowiadam - ale o tym później. Proszę, by Ksiądz nie uważał się za kapelana, gdyż nominację na swego kapelana mogę dać tylko ja sam, a nie władze bezpieczeństwa. Chcę widzieć w Księdzu tylko współbrata - więźnia, jak i ja sam jestem więźniem. A resztę przyszłość wyjaśni. Niech Ksiądz teraz idzie spać, zaczniemy jutrzejszy dzień od mszy świętej, a później sobie pomówimy. Uspokoił się znacznie, przestał płakać i wyszedł (Stefan kard. Wyszyński: „Zapiski więzienne", Edition Du Dialogue, Paryż 1982, str. 36).

- Proszę łaskawie skomentować te słowa Księdza Prymasa - „...a później sobie pomówimy...". To musiała być mimo wszystko trudna rozmowa. Ksiądz Prymas miał prawo mieć podejrzenia co do kapłańskiej autentyczności Księdza. Przecież to były szczytowe lata terroru sta lino wskiego. Dziesiątki kapłanów, zakonników i zakonnic, a także wielu biskupów siedziało wtedy w więzieniach. Władze mogły podrzucić Księdzu Prymasowi szpicla. Jak zatem Ksiądz przekonał Kardynała Prymasa, że sam jest ofiarą komunistycznego reżimu?

Sytuacja moja, delikatnie mówiąc, była rzeczywiście niezgrabna. Tymbardziej, że podobno przed aresztowaniem Ks. Prymasa różnym uwięzionym kapłanom proponowano tzw. „kapelaństwo" u Ks. Prymasa, pewnego rodzaju współpracę i donoszenie treści rozmów z Prymasem. Sądzę, że nikt się na to nie zgodził. Mnie takiej współpracy nie proponowano. Może dlatego, że wiele było starań o uwolnienie mnie i o rewizję procesu. A może liczono, że załamią mnie w trakcie wspólnego przebywania z Prymasem w odosobnieniu? Ja jednak zawsze rozmawiałem z Ks. Prymasem i stosowałem się do jego zaleceń w tym względzie.

Ks. Prymas o wszystkich zabiegach wiedział, był przeze mnie informowany. Niemniej próby skaptowania mnie trwały jeszcze długo. Po uzyskaniu wolności byłem zapraszany tu i ówdzie, jeździłem więc po Polsce wygłaszając wspomnienia z tego okresu. Po powrocie do domu wzywany byłem przez funkcjonariuszy SB, którzy przestrzegali mnie, że jeśli nie przestanę Jątrzyć" to rozdmuchają na zachodzie informację, iż byłem na usługach SB. Zgłosiłem to natychmiast Ks. Prymasowi, który doskonale znał te metody i uspakajał mnie. Niemniej, na samym początku naszego zetknięcia się, Ks. Prymas miał prawo mieć podejrzenia. Dopiero później sprawy stały się oczywiste. Przecież myśmy przez dwa lata byli ze sobą całkowicie sam na sam. W ciągu dwóch lat człowiek się nie ukryje, nie przybierze jakiejś togi odświętnej. Bez gry, osłonek, makijażu i bez retuszu. Cały czas byliśmy razem: w kaplicy i poza nią. Na spacerze, w pracy, rozmowie i na modlitwie. Tam się człowiek obnaża bez reszty. Dwa lata spędzone w takich warunkach to zapewne więcej niż 20 lat w innych warunkach spędzonych wspólnie.

- To po dwóch latach. Mnie interesuje natomiast ten początek, to pierwsze zetknięcie...

- Ma pan rację! Początek mógł być podejrzany, mogłem być posądzony o to, że jestem na usługach wywiadu. Tymczasem posądzony nie byłem. Proszę sobie wyobrazić, że Ksiądz Prymas znał mnie z nazwiska, tak jak znał sprawy wszystkich prawie więzionych kapłanów. Byłem aresztowany na dwa lata przed Jego uwięzieniem (1951 r.). Wiedział, że nie było podstaw wydania na mnie wyroku Dlatego, kiedy wprowadzono mnie do Jego celi objął mnie i uściskał bardzo serdecznie. Oczywiście w dalszych naszych spotkaniach musiałem o sobie wszystko opowiedzieć. Mogli mnie przecież w trakcie śledztwa złamać, przekupić. Różnie mogło być. I Ksiądz Prymas pewną zrozumiałą rezerwę zachował, o czym powiem nieco później, w dalszej części naszej rozmowy.

- Czy zechciałby Ksiądz opowiedzieć nieco więcej o sobie i o latach terroru. Jest to przecież dawanie świadectwa prawdzie, która z racji czasu, coraz bardziej szarzeje.

-  Krótko się zatem przedstawię. Urodziłem się w 1919 roku we Lwowie i pierwsze moje dwadzieścia parę lat są ściśle związane ze Lwowem. Wychowywałem się w środowisku wojskowo-lekarskim. Ojciec był lekarzem wojskowym, matka z wykształcenia nauczycielką, ale nie praktykowała. Uważała, że jest dość pracy w domu. Było nas trzech braci. Najstarszy był lekarzem. Wkrótce po otrzymaniu dyplomu zaraził się w pracy tyfusem i zmarł. Młodszy pasjonował się polityką. Przez całą okupację działał w konspiracji, co w owym czasie nie było czymś wyjątkowym. Poszukiwany przez gestapo, zginął w przededniu moich święceń kapłańskich, w nocy z 1 na 2 stycznia 1945 roku, a ja otrzymałem święcenia 6 stycznia. Jeśli o mnie idzie, to jak już mówiłem, całe moje dzieciństwo i młodość związana była ze Lwowem, a nawet ściślej, z najbardziej „lwowską" dzielnicą - Łyczakowem. Na Łyczakowie się urodziłem, tu skończyłem szkołę podstawową, tu także sławne, stare gimnazjum klasyczne, tu wreszcie bezpośrednio po maturze rozpocząłem studia na wydziale lekarskim Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. Zaliczyłem dwa lata medycyny i... powołanie kapłańskie okazało się silniejsze. Już przed maturą dużo myślałem o kapłaństwie, ale jakoś nie mogłem się zdecydować, bałem się czegoś. Okazuje się jednak, że Pan Bóg nie pofolguje nikomu, jeśli woła kogoś do siebie. Tak więc wstąpiłem do seminarium duchownego, które także było na Łyczakowie, na terenie mojej rodzinnej parafii św. Antoniego. Kiedy seminarium zostało w czasie wojny zbombardowane, ks. bp E. Baziak - ówczesny sufragan lwowski, polecił najstarszym klerykom udać się do rodzin i wrócić po przejściu frontu. Pojechałem więc, nie bez problemów do Tarnowa. Tam bowiem uciekli po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa moi rodzice. Uciekli dlatego, że ojciec mój, jako lekarz szpitala wojskowego we Lwowie powiadomiony został przez ludzi życzliwych, że jest na liście zsyłki do obozu sowieckiego. Jak dziś wiemy miał być skierowany do Katynia. Udało mu się przed aresztowaniem zabrać mamę i zbiec do rodzinnego miasta mojej mamy, do Tarnowa. Czekałem na przejście frontu, a tymczasem front przeszedł, a o powrocie do Lwowa nie było mowy. W Tarnowie zaliczyłem ostatnie egzaminy i tam otrzymałem święcenia kapłańskie. Bardzo życzliwie przygarnął mnie ks. infułat Bulanda, ówczesny wikariusz kapitulny diecezji. Biskupa bowiem przez parę lat okupacji nie było w Tarnowie. Ks. infułat ułatwił mi ukończenie studiów, zaliczenie ostatnich egzaminów oraz przyjęcie kolejno święceń subdiakonatu, diakonatu i święceń kapłańskich - 6 stycznia 1945 roku. Święceń udzielił mi ks. kardynał Adam Sapieha, arcybiskup krakowski. Bezpośrednio po święceniach pracowałem krótko w kancelarii ks. inf. Bu-landy, potem w Kurii biskupiej w Tarnowie, potem byłem prefektem w bursie św. Józefa w Tarnowie. W tej bursie moim wychowankiem był sławny i znany dziś kapłan, poeta, pisarz, wybitny znawca sztuki, profesor Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie ks. S. Janusz Pasierb.

- Słucham tego z prawdziwą przyjemnością, bowiem ks. prof. Pasierb byt z kolei moim wychowawcą w słynnym Collegium Marianum w Pelplinie. Świat jest jednak mały.

- Kto by pomyślał! Tak właśnie zachodzą na siebie kolejne pokolenia. Tak oto jest pan redaktor także moim wychowankiem.

- Dziękuję za to wyróżnienie. Tych wychowanków, o ile wiem, Księdzu nie brakuje.

Rzeczywiście, bardzo się z tego cieszę, szczycę się, uważam, to za wyjątkowy dar Boży. Z grona moich uczniów ponad 90 zostało kapłanami. To jest coś niezwykłego, jeśli się zważy, że nigdy nie byłem ani ojcem duchownym w seminarium, nie byłem prefektem seminarium ani rektorem seminarium duchownego.

- Ale jest Ksiądz ciągle aktywny w duszpasterstwie młodych. Słynne są rekolekcje, jakie Ksiądz prowadzi po dziś dzień. Jest więc szansa, że przekroczy ksiądz setkę swoich uczniów, którzy przyjęli sakrament kapłaństwa. Szczerze tego życzę.

Przypuszczam, że dosięgnę tej setki, bardzo byłbym rad. Praca z młodzieżą zawsze była moją pasją. Po okresie pracy biurowej, kurialnej, prosiłem o skierowanie do pracy duszpasterskiej, katechetycznej. Najpierw więc pracowałem w Mielcu, a potem zostałem skierowany do Ropczyc. Tam właśnie zostałem aresztowany. Byłem typem tzw. ksiądza młodzieżowca. Całym sercem oddany byłem młodzieży. Miałem łatwość znajdowania z nią wspólnego języka. Zawsze wokół mnie gromadziło się mnóstwo młodzieży i tej młodej, i tej średniej, i tej studenckiej. Ponadto, z tytułu mego kapłaństwa, z urządu niejako -zajmowałem się organizacjami katolickimi - Sodalicją Mariańską, Krucjatą Eucharystyczną, ministrantami itd. To bardzo kłuło w oczy ówczesne władze komunistyczne, zazdrosne o młodzież. I to zapewne był jedyny, ale wystarczający powód mego aresztowania. Innego być nie mogło.

- Jak Ksiądz wspomina dziś, po 40 latach samo aresztowanie, śledztwo i ten niewiarygodny wręcz wyrok - 10 lat więzienia?

Aresztowanie

- Aresztowany zostałem w Ropczycach. 11 stycznia 1951 roku, w późnych godzinach wieczornych, kiedy wracałem z kolędy. Przyjechało po mnie co najmniej ze trzydziestu panów, uzbrojonych, z Urzędu Bezpieczeństwa, by mnie jednego bezbronnego aresztować. Oddział żołnierzy KBW przewiózł mnie najpierw samochodem ciężarowym na komisariat milicji, gdzie spisano moje personalia i ostrzeżono o daremności ucieczki, bowiem wszystkie drogi są obstawione. Ta informacja, jak się potem okazało, wcale nie była przesadzona. Z milicji przewieziono mnie na plebanię, gdzie mieszkałem, jako wikariusz. Księdzu proboszczowi pokazano nakaz rewizji, którą natychmiast przeprowadzono. Zrywano parapety okienne, opukiwano ściany, zrywano podłogi - szukano broni. Chciano nawet piec kaflowy rozebrać, ale na szczęście był w miarę gorący. Był to styczeń i bardzo mroźna zima. Zabrano jakieś drobne broszury i moje notatki, które przygotowywałem sobie zawsze jako konspekty do nauki religii, na wykłady przeróżne czy też na kazania. Po rewizji, około godziny 24 pokazano mi nakaz aresztowania wydany przez prokuratora wojskowego w Rzeszowie. Zawieziono mnie tam samochodem w towarzystwie kilku panów w cywilu do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Przed nami jechał oddział KBW, a i za nami też co najmniej ze dwa samochody. Tak więc musiałem być bardzo niebezpiecznym przestępcą, takim, który uczy religii z bronią w ręku. Tą bronią „zmuszałem" młodzież do uczestnictwa w katechezie, we Mszy świętej, „zmuszałem" do obchodów święta 3 maja, 11 listopada, a równocześnie pod groźbą „rozstrzelania" zabraniałem młodzieży uczestniczyć w obchodach święta 1 maja i 22 lipca. Były to więc z jednej strony zarzuty całkowicie absurdalne, z dzisiejszej perspektywy wręcz śmieszne, z drugiej strony, zarzuty szalenie niebezpieczne, bo przez moich oprawców formułowane poważnie i całkiem serio.

Śledztwo

Przeszedłem bardzo ciężkie śledztwo. Przesłuchiwał mnie pewien podpułkownik, który mówił bardzo słabo po polsku. Kaleczył nasz język. Ale byli też polscy funkcjonariusze. Nazwiska są nieistotne. Nie chodzi o szukanie jakiegoś odwetu czy zemsty na tych ludziach. Pan Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który odda każdemu co mu się należy. Śledztwo trwało od 11 stycznia do pierwszych dni czerwca 1951 roku. Proszę zauważyć, że była to bardzo sroga zima, straszne zimno, a trzymano mnie w piwnicach, w lochach, w karcerach. Nie oszczędzano nikogo, ale wobec kapłanów stosowano szczególnie ciężkie represje - bito, głodzono, upokarzano. Rozbierano do naga i przesłuchiwano w obecności kobiet. Przyjeżdżała na takie przesłuchania słynna i groźna pani - Luna Brystygierowa. Była - dyrektorem Departamentu Wyznań w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Były momenty straszne, były chwile załamania, była gotowość podpisania wszystkiego, byle tylko dali spokój. Na szczęście były to tylko chwile, a właściwie ułamki sekund. Byłem doświadczany specjalnymi karami. Pusta, duża cela w piwnicy, betonowa, goła prycza, nago przez kilkanaście godzin, od wieczornego apelu godziny 17 do rannej pobudki, godz. 5. Albo - bardzo mała cela, loch, do którego wchodziło się nago do pasa, a tam wlewano zawartość kibli, tj. nieczystości, fekaliów i trzeba było w tym godzinami stać, a potem kąpiel z użyciem gumowego węża pod ciśnieniem kilku atmosfer. To były straszne tortury. Po dwóch tygodniach śledztwa straciłem przytomność. A byłem człowiekiem silnym, młodym, wysportowanym i mogłem dużo znieść. A jednak, tych tortur nie wytrzymałem. Pielęgniarka więzienna przypalała mi twarz, by sprawdzić, czy ja przypadkiem nie udaję, nie symuluję. I robiła to „pielęgniarka". Myślałem, że po powrocie ze szpitala więziennego będę miał lżejsze śledztwo. Nic podobnego. Te same metody trwały przez prawie 6 miesięcy.

- Co konkretnie zarzucano Księdzu, czego od Księdza żądano?

- Żądano bym przyznał się do założenia i prowadzenia nielegalnej organizacji wojskowej, która miała na celu obalenie przemocą ustroju Polski Ludowej. Miałem rzekomo wojskowy stopień majora, pseudonim „Biały Kruk". Robiliśmy plany i szkice ataku na instytucie życia publicznego. Oczywiście nie mogłem takich bzdur podpisać. Nie wiem do dziś, czy ci ludzie naprawdę w tę dziecinadę wierzyli, czy wynikało to tylko z niezrozumiałej dla mnie, potwornej nienawiści do tego co polskie i katolickie. Było to typowe śledztwo o nic! Ale śledztwo było, musiała więc być rozprawa sądowa, musiał być wyrok!

Wyrok

Rozprawa w pierwszej instancji trwała dwa dni. Prokurator żądał wysokiego wymiaru kary, odizolowania od społeczeństwa na bardzo długi czas, ponieważ mamy, jak mówił, do czynienia z wyjątkowo groźnym i niebezpiecznym przykładem przestępstwa politycznego i kryminalnego. Obrońca żądał uniewinnienia z powodu braku jakichkolwiek dowodów. Sądzony i skazany byłem z art. 13 i 46 Dekretu z dnia 13 czerwca 1946 r. „O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa Polskiego". Na pierwszej rozprawie otrzymałem wyrok 9 lat więzienia. Obrońca i prokurator założyli apelacje. W ciągu 14 dni odbyła się rozprawa apelacyjna, na której otrzymałem z wyroku Najwyższego Sądu Wojskowego... 10 lat więzienia!

Więzienie

Po krótkim pobycie na zamku w Rzeszowie, wywieziony zostałem do więzienia w Rawiczu. Było to bardzo ciężkie więzienie, ale Bogu dziękować - było to już więzienie, a nie śledztwo. Były wprawdzie różnego rodzaju prześladowania, upokorzenia moralne i fizyczne, były karcery, było znęcanie się, szczególnie w wielkie święta katolickie, jak Boże Narodzenie, Wielkanoc. W Wielki Piątek np. dano na obiad kawałek mięsa, podczas gdy przez cały rok jedna skwarka w zupie nie pływała. Chciano nas upokorzyć moralnie.

- Proszę Księdza, czy nikt z zewnątrz nie interweniował, nie zabiegał o uwolnienie, o złagodzenie wyroku? Czy nie można było zwrócić się do prezydenta o akt łaski?

Rodzice moi ciągle robili starania o ponowną, nadzwyczajną rewizję sprawy. Ale to była rzecz niemożliwa w tamtym czasie. To był przecież czas, kiedy ówczesny prezydent, Bolesław Bierut, wielokrotnie jeździł do Moskwy, do Stalina, aby ten pozwolił na aresztowanie Księdza Prymasa, bo on swoim nauczaniem i swoim uporem utrudnia porozumienie, burzy ład społeczny, sieje zament. Tak mówiono. A przecież Ksiądz Prymas był tym człowiekiem, który na własną odpowiedzialność, wyposażony w specjalne pełnomocnictwa papieskie - tzw. facultates specialissime - doprowadził w kwietniu 1950 roku do pierwszego w dziejach Porozumienia Kościoła i komunistycznego państwa. Jak dziś wiemy, Bierut nie uzyskał od Stalina zezwolenia na izolację Prymasa. Stalin twierdził, że nie czas na to i zachęcał raczej do szukania „własnego prymasa", do znalezienia „swojego", „naszego prymasa". Po śmierci Stalina-a zmarł w marcu 1953 roku - zezwolenie na aresztowanie Księdza Prymasa wydał Malenkow.

Ale wróćmy do tematu. Otóż w tym czasie (tj. w roku 1953, dop. mój: MS), władze nosząc się z zamiarem aresztowania Księdza Prymasa, poszukiwały kogoś spośród więzionych kapłanów, którego można by przydzielić Prymasowi w charakterze „kapelana", lub takiego „księdza do towarzystwa". Poszukiwano także siostry zakonnej, którą można by jakoś złamać, licząc i żądając współpracy z władzami bezpieczeństwa. Takiej „współpracy" księża zdecydowanie i zgodnie odmawiali. Jednym z kandydatów na takiego „kapelana" byłem właśnie ja. Ale od razu lojalnie dodam, że mnie już takiej „współpracy" nie proponowano, w ogóle niczego ode mnie nie żądano i niczego nie sugerowano. Myślę, że władze zrozumiały, iż to daremny trud i zdecydowały się dać Prymasowi po prostu księdza. Zresztą wrócę jeszcze do tego tematu później, w nieco innym kontekście. A tymczasem - ja zostałem wywołany z celi więzienia w Rawiczu 11 października 1953 roku. Kazano mi się ubrać, ogolić. Sprowadzono fryzjera. Kiedy mi wręczono sutannę zaświtała iskra nadziei - a może wolność? Tymczasem wsadzono mnie do samochodu. Towarzyszyło mi dwóch panów w cywilu. Ruszyliśmy w Polskę. Pytałem gdzie i po co mnie wiozą, ale odpowiedzi nie otrzymałem. Zorientowałem się jednak, że jedziemy w kierunku Bydgoszczy, Torunia. Było już ciemno, kiedy dotarliśmy do Olsztyna. Podjechaliśmy pod Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa. Moja asysta gdzieś się rozbiegła. Po krótkim postoju ruszyliśmy w dalszą drogę. Wjechaliśmy w lasy, w których kierowca chyba celowo kluczył. Krótko przed północą wylądowaliśmy przed olbrzymim budynkiem, który zrobił na mnie wrażenie zabudowań klasztornych. Tu kazano mi wysiąść. Wprowadzono do celi klasztornej. Jak się potem okazało, był to rzeczywiście klasztor franciszkański w Stoczku Warmińskim.

Stoczek Warmiński

Ojca, który sprawował tu duszpasterstwo usunięto. Klasztor przystosowano do warunków więziennych. Porobiono oświetlenia, ogrodzenia,

alarmy, posterunki obserwacyjne wewnątrz i na zewnątrz. Wszędzie wmontowany był podsłuch, w celach, w kaplicy, a nawet w ogrodzie, wzdłuż ścieżek, którymi mieliśmy spacerować. Myśmy wybierali inne. Mur wysoki, okolony drutem kolczastym, naelektryzowany, budki wartownicze, wszędzie wokół żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ci żołnierze, którzy nas pilnowali byli przekonani, że pilnują Gomułki, który też w tym czasie przebywał w więzieniu. Dopiero kiedy jeden z żołnierzy wezwany został do skontrolowania karabinów maszynowych, które były na dachu i które ponoć się zacięły, zobaczył, że po ogrodzie chodzą księża. Wtedy się rozeszło, że nie Gomułki pilnują, a Księdza Kardynała Prymasa.

Klasztor w Stoczku był niesamowicie zimny. Ksiądz Prymas przez ten rok chyba nigdy nie usnął. W zimie lało się i zamarzało. Zdawało się nieraz, że zamarznie oddech, ale Ksiądz Prymas nigdy się nie skarżył. Nigdy!

Księdza Prymasa przywieziono tu z Rywałdu w nocy z 12 na 13 października 1953 roku. Mnie o jeden dzień wcześniej. Nie wiedziałem, że w innej celi jest już także siostra zakonna, też więźniarka, przywieziona z Fordonu czy z Grudziądza, siostra Leonia Graczyk. Siostra miała pełnić posługę kuchni, sprzątania, prania, a także towarzystwo do modlitwy, kaplicy i posługi stołu.

Opiekujący się mną cywil powiedział, że będę posługiwał Księdzu Prymasowi, który tu będzie przywieziony na prośbę biskupów, którzy prosili władzę, aby stworzyć Prymasowi odpowiednie warunki życia, żeby mógł się modlić, pisać, pracować, aż się ułożą dobre stosunki między Państwem a Kościołem. Było to dla mnie wielkie zdziwienie, ponieważ nie bardzo wiedziałem, co się w ogóle dzieje w świecie.

Czekałem zatem na Księdza Prymasa. Tej nocy jednak Go nie przywieziono, a dopiero następnej. Przypomnę, że Księdza Prymasa aresztowano w nocy z 25 na 26 września 1953 roku, w dzień patrona Warszawy, bł. Ładysława z Gielniowa, po nabożeństwie w kościele św. Anny w Warszawie. Temu aresztowaniu towarzyszyło brutalne włamanie. Było to przekreślenie wszelkich zasad moralnych i wszelkich praw cywilizowanego narodu. Ale to są już sprawy bardziej znane i wielokroć opisane. Po aresztowaniu przywieziono Księdza Prymasa do Rywałdu. Z Rywałdu zaś, po dwóch tygodniach, przetransportowano go do Stoczka Warmińskiego.

Po ulokowaniu Księdza Prymasa w celi, przyszedł do mnie komendant i nakazał pójście i przedstawienie się Księdzu Prymasowi. Wszedł zresztą razem ze mną do celi Prymasa i powiedział: Kapelan Księdza Prymasa. Ksiądz Prymas zaripostował słowami: Nie wiem, że mam tu kapelana. Ja sobie sam mogę mianować kapelana a nie partia ani władze bezpieczeństwa.

Notabene - Ksiądz Prymas później bardzo często tak mnie nazywał, tak mnie przedstawiał w towarzystwie, tego terminu często używał w listach. Ale to było już coś innego. Wtedy chodziło o sprawy zasadnicze, o uprawnienia, o kompetencje, które we wszystkim przywłaszczała sobie partia. Także w sprawach jurysdykcji kanonicznej partia chciała decydować. A poza tym Ksiądz Prymas jeszcze wtedy nie wiedział kogo mu przydzielono w charakterze owego „kapelana".

- No właśnie. Proszę Księdza, na początku naszej rozmowy wspominając pierwsze spotkanie z Księdzem Prymasem, mówił Ksiądz, że Kardynał zachował pewną rezerwę, że mogli przecież Księdza złamać, przekupić, podstawić... Jak zatem zanikała owa atmosfera nieufności i podejrzliwości Księdza Prymasa wobec „nowego kapelana"?

- Rzeczywiście, na początku ta moja sytuacja, mówiąc delikatnie, nie była zbyt ciekawa. Ja miałem już za sobą troszkę stażu więziennego i doskonale rozumiałem, że Ksiądz Prymas może mnie uważać za „kapusia", szpicla, za „ubeka" w sutannie, za eks-księdza, który jest obznajomiony z liturgią, z teologią, ale to była moja interpretacja, moja wyobraźnia. Jak powiedziałem, miałem już trochę stażu więziennego i takie „podszywanie" się ja niejednokrotnie przeżyłem. Wsadzano nam nieraz do celi „kapusia", który miał prowokować. Na ogół jednak bardzo szybko rozszyfrowywaliśmy takiego delikwenta i wtedy prędko go zabierano z celi. Otóż podkreślam, tak ja tłumaczyłem możliwe i uprawnione podejrzenie Księdza Prymasa wobec siebie. Ksiądz Prymas jednak, myślę, od początku zrobił po prostu inne założenie. Mianowicie: jestem autentycznym księdzem, więźniem, bratem w niewoli, równie nieszczęśliwym jak On, i w codziennym naszym obcowaniu należy szukać potwierdzenia tej autentyczności. Prawda musi z czasem na wierzch wypłynąć. Dlatego przy pierwszym spotkaniu użył tych znamiennych słów: „Chcę widzieć w Księdzu tylko współbrata więźnia, jak i ja sam jestem więźniem. A resztę przyszłość wyjaśni". Otóż to - resztę przyszłość wyjaśni! Tu widać tę wielką dobroć i świętość, i mądrość Prymasa. Należy dać szansę każdemu człowiekowi. Niemożliwe jest bowiem zbyt długie maskowanie.

-ta „przyszłość" opisana została przez Księdza Prymasa w „Zapiskach więziennych" na stronie 197. Pozwoli Ksiądz, że zacytuję fragment. Oto on:

„...Jestem przekonany - pisze Ksiądz Prymas - że Urząd Bezpieczeństwa -gdy nawet liczył na moich towarzyszów (idzie o ks. S. Skorodeckiego i siostrę L Graczyk, dop. mój: MS) - to bardzo się na tym zawiódł. Podkreślam to dlatego, żeby ochronić moich towarzyszów przed podejrzliwością społeczeństwa, które może się gubić w domysłach, dlaczego właśnie tych dwoje dostało się do mojego towarzystwa. Miałem możność poznać oboje na tyle, że jestem pełen przekonania o moralnej uczciwości obojga. Przy czym trzeba to podkreślić, że poziom duchowy Księdza był o wiele wyższy od wysokiego. Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół święty, oddany mu całym życiem. Zainteresowania jego były wybitnie kościelne i religijne: chłonął książki teologiczne, zwłaszcza z zakresu historii Kościoła. Miał swoje ideały apostolsko - misyjne. Jedyną dygresją było zainteresowanie dla sportu. Ksiądz miał wybitne powołanie kapłańskie, które kochał całą duszą. Naturalną skłonnością jego w rozmowach były tematy kościelne. Natomiast życiem politycznym niemal nie interesował się i niewiele o nim wiedział. To wpłynęło na charakter naszych rozmów, które obracały się w granicach spraw kościelnych".

- Przepiękne zaiste świadectwo. A mnie korci pytanie, które, jakby mimochodem stawia Ksiądz Prymas - „dlaczego właśnie tych dwoje dostało się do mojego towarzystwa". Dlaczego akurat ksiądz? Czy to tylko zwykły przypadek?

- Proszę pana, to jest absolutnie zrozumiałe pytanie. Dlaczego właśnie ja się tam znalazłem. Musiałem sobie także w pewnym momencie to pytanie postawić: dlaczego właśnie ja? Ale zanim odpowiem, jedna jeszcze uwaga. Na pewno nie byłem jedynym kandydatem zasługującym na ten przywilej. Musiało być więcej. Inni zatem odmówili, mimo kuszących propozycji, takich, jak możliwość odprawiania Mszy św., dostęp do gazet, książek, a więc nie to wyjałowienie. Przecież w więzieniu księża nie mieli niczego, nawet pracować nie było im wolno. Dwunastu, piętnastu księży w celi, która przeznaczona była na dwóch. Mimo zachęcających propozycji nikt nie godził się na współpracę. A więc dlaczego ja? Spróbuję na to odpowiedzieć.

Moi rodzice nie ustawali w zabiegach o nadzwyczajną rewizję. Ale to było wówczas niemożliwe. Księży po prostu nie zwalniano. Uradzono więc w domu, by szukać innych dróg. W Tarnowie objął wtedy biskupstwo przyjaciel mojej rodziny ze Lwowa, wikariusz mojej rodzinnej parafii, późniejszy mój profesor na Uniwersytecie Jana Kazimierza - ks. biskup Jan Stępa. Był bardzo blisko mojego ojca. Mama nalegała na ojca, by nakłonił księdza biskupa do zabiegów o moje uwolnienie. Był wtedy w Warszawie kapłan cieszący się poparciem władz, kapłan o którym w pewnych kręgach mówiło się dość pejoratywnie „ksiądz patriota". Był to ksiądz profesor dr Jan Czuj, sławny zresztą patrolog, homileta, a i działacz społeczny, rektor Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Był kapłanem diecezji tarnowskiej. Ksiądz biskup Stępa ofiarował się prosić jego o interwencję. Obiecał, że uczyni wszystko, co w jego mocy, ale przestrzegał, że sprawa beznadziejna. Niemniej jest prawdą, że wokół sprawy chodził. Zawiadomił księdza biskupa i mojego ojca, że wprawdzie nie ma mowy o nadzwyczajnej rewizji, o zmianie wyroku, ale z tytułu „nienagannego sprawowania w więzieniu" zostaną mi stworzone lżejsze warunki. Te lżejsze warunki, tak jak to wtedy rozumieliśmy, to miała być praca w biurze albo w bibliotece, a nawet możliwość nauczania w szkole więziennej. Tymczasem, te lżejsze warunki to była właśnie „nominacja na prymasowskiego kapelana". Po wyjściu z więzienia w październiku 1956 r. dowiedziałem się, że to ks. prof. Czujowi zawdzięczam tę szczególną łaskę obcowania z Księdzem Kardynałem Prymasem.

- Mówi Ksiądz - „po wyjściu z więzienia w październiku 1956 r.". Kiedy zatem wyszedł Ksiądz z więzienia? Z „Zapisków więziennych" Księdza Prymasa wynika, że wyszedł Ksiądz już w 1955 roku. Pozwolę sobie zacytować tu słowa Ks. Prymasa zapisane pod datą 28 X 1955 roku. Ksiądz Prymas pisze:

„...Zapytałem jeszcze (przedstawiciela władz państwowych z Warszawy dop. mój: MS.) - co się stanie z księdzem Skorodeckim i siostrą Leonią Graczyk, moimi towarzyszami więzienia. Oboje są chorzy i wymagają opieki domowej. Urzędnik wyraził zdziwienie, że siostra też jest chora, po czym dodał: Oboje będą zwolnieni, zwłaszcza że o księdza były starania przez ojca. Tym więcej, że Rząd korzystając z amnestii, zwolni teraz większość kapłanów, z których wielu ma zbyt surowe kary. Taka jest obecnie linia postępowania".

- A więc Ksiądz Prymas mówi o 1955 roku, a Ksiądz o 1956 roku. Kiedy zatem został Ksiądz zwolniony?

Jak wiadomo, 28 października 1955 r. zjawił się w Prudniku przedstawiciel władz państwowych, aby powiadomić Księdza Prymasa o decyzji Jego przeniesienia z Prudnika do Komańczy, miejsca o znacznie złagodzonym rygorze. W Komańczy miał ksiądz Prymas zamieszkać w zakonie Sióstr Nazaretanek. Zniesiony miał zostać całkowicie nadzór policyjny. Opiekę nad Księdzem Prymasem miał przejąć Episkopat Polski. Ksiądz Prymas po wysłuchaniu tej informacji, z właściwą sobie troską zapytał urzędnika o nasz los: „A co będzie z księdzem Skorodeckim?"

A co - mimo zapewnień urzędnika - rzeczywiście się stało?

Otóż natychmiast po opuszczeniu Prudnika przez Księdza Prymasa wsadzono mnie do samochodu i odtransportowano na powrót do... Rawicza, więzienia, z którego przed dwu laty przywieziono mnie do Stoczka Warmińskiego. W Rawiczu siedziałem do czasu politycznego przesilenia w październiku 1956 roku. Siedziałem na dodatek w izolatce na najwyższym piętrze, a spacer miałem indywidualny.

- Październik 1956 roku był dla Polaków zwiastunem nadziei. Dla Księdza końcem więziennej gehenny - po 6 latach! Czy po wyjściu z więzienia władze przestały interesować się Księdzem?

Wręcz przeciwnie. Bardzo mi dokuczano. Nachodzono mnie ustawicznie, zastraszano w obrzydliwy sposób. W sposób szczególny wyróżniał się w tym niejaki mjr Rokosz. Wygłaszałem od czasu do czasu, na prośbę wielu ludzi, prelekcję na temat Księdza Kardynała Prymasa, na temat Jego apostolskiego nauczania, a także na temat naszego wspólnego uwięzienia. To bardzo kłuło w oczy władze. Grożono mi w różny sposób. Pan Rokosz, na przykład, groził „powiadomieniem" Wolnej Europy, że przez cały czas pobytu w więzieniu, a potem wspólnego internowania z Księdzem Prymasem, byłem agentem Bezpieczeństwa. Zagroziłem powiadomieniem Prymasa. Dali mi wreszcie spokój. Ale lata sześćdziesiąte były w tym względzie bardzo trudne. Dokuczano mi, nachodzono w nocy wzywając do niby chorego, przygotowywano pułapki, żądano okupu, jeżeli chcę mieć spokojne życie itp. Powiadamiałem o tym zawsze ks. bpa M. Rechowicza, mojego Ordynariusza w Lubaczowie.

- Czy po wyjściu z więzienia utrzymywał Ksiądz bliższe kontakty z Księdzem Prymasem?

„Bliższe kontakty" - to jest bardzo względne pojęcie. Ksiądz Prymas to zwierzchnik Kościoła Polskiego, Kardynał Kościoła Powszechnego. Człowiek tysiąca obowiązków! W tych trudnych czasach. Od uwolnienia Księdza Prymasa do wyborów w styczniu 1957 roku władze kokietowały Kościół. Po zwycięskich wyborach Gomułka poszedł drogą walki z Kościołem. Walki z religią i z Bogiem. Bardzo smucił Księdza Prymasa ten ateizm, bolał nad niesprawiedliwością. Wszystkim wiadomo, że był uczulony na bezprawie. Przy tym był bardzo twardy. Non possumus. Nie możemy iść na żadne kompromisy, gdy chodzi o rzeczy zasadnicze. W tej sytuacji mówienie o „bliższych kontaktach" jest bardzo względne i rzecz jasna, nie mogło wchodzić w rachubę. Niemniej - byłem częstym gościem Księdza Prymasa. Po odzyskaniu wolności proponował mi studia w Rzymie, różne inne, bardzo odpowiedzialne stanowiska, rozmaite przywileje. Utrzymywaliśmy stałą korespondencję. Pan redaktor przeglądał szereg listów do mnie, do moich rodziców. Odwiedził też moich rodziców w domu, w Tarnowie. Miał być na pogrzebie mojej mamy, ale przebywał wtedy w Rzymie. Przysłał mi wówczas piękny obrazek Częstochowskiej Madonny z napisem: „Oto Matka Twoja". Pozostawaliśmy naprawdę w bardzo serdecznych stosunkach. Na trzy dni przed śmiercią zostałem wezwany przez Księdza Prymasa za pośrednictwem Jego kapelana ks. prałata Piaseckiego. Ksiądz Prymas chciał się ze mną pożegnać. Pracowałem wtedy w Lubaczowie. Natychmiast przyjechałem do Warszawy. Sypialnia zamieniona była w szpital- lekarze, pielęgniarki, rodzina, najbliżsi współpracownicy. Ksiądz Prymas poznał mnie od razu, uśmiechnął się, przygarnął do siebie i powiedział: Zwalniam cię Stasiu z obowiązku dochowania tajemnicy. Możesz mówić i pisać, co było i jak było. Mów, jeśli uważasz, że taka jest potrzeba. Potem udzielił mi błogosławieństwa i omdlałą już ręką uczynił krzyż na moim czole. Takie było to moje pożegnanie z Księdzem Kardynałem Prymasem.

- Proszę Księdza, wróćmy jeszcze na moment do cel klasztorno-więziennych Stoczka i Prudnika, do wspólnie spędzonych dni. Jak je Ksiądz wspomina dziś z perspektywy 40 lat? Jaki obraz Księdza Prymasa utrwalił się najmocniej w pamięci Księdza?

- Nasze wspólne więzienne życie zaczęło się, jak już mówiłem, 12 października 1953 roku w Stoczku Warmińskim. Tam w Stoczku spędziliśmy wspólnie rok. Po roku - 6 października 1954 roku - przewiezieni zostaliśmy do nowego miejsca odosobnienia, mianowicie do Prudnika Śląskiego. Przewożono nas samolotem ze Stoczka, spod kwatery Hitlera w Kętrzynie, na dzikie pola, gdzie samolot wylądował dzięki temu, że żołnierze dawali znaki prześcieradłem. Czekaliśmy, aż się ściemni, żeby jechać dalej do Prudnika. Ksiądz Prymas dopuszczał myśl, że może z tego nie wyjść. Był bowiem przekonany, że lecimy do Czech. Powiedział mi więc wiele różnych tajemnic. Z ich dotrzymania zwolnił dopiero po latach. Jak zatem wspominam te dni? Jaki obraz Prymasa utrwalił mi się najbardziej w pamięci? Czy mogę te dni, mimo uwięzienia, nazwać szczęściem? Tak! Mogę! Na pewno były szczęściem. Na pewno były zaszczytem. Ale przede wszystkim były łaską, darem Boga.

Zaraz na początku przyznałem się Księdzu Prymasowi, że po moim uwięzieniu buntowałem się przeciwko Panu Bogu. Ksiądz Prymas odpowiedział mi wtedy. Stasiu, przecież to jest wielka łaska, że my możemy siedzieć. Siedzisz ty, ja siedzę, cały Naród siedzi, a Kościół jest z Narodem i także jest więziony. Pan Bóg nam zaufał, nam nie wolno zawieść tego zaufania. Ciągle Ksiądz Prymas to podkreślał. Już po uwolnieniu - pisząc do mnie kartkę z Częstochowy - 29 grudnia 1957 roku pisał: „Raduj się ze wszystkiego, co było bo, wszystko było dowodem zaufania Boga, było Jego łaską". W innej kartce, z 9 grudnia 1956 roku, pisał: „Patrząc z odległości na życie nasze wspólne uważam, że wszystko w nim było łaską i sprawy i fakty i ludzie. I Ksiądz Stanisław był dla mnie łaską, nie tylko ja dla niego. Bóg działa zawsze wszechstronnie". Takiej korespondencji jest sporo, także kierowanej do moich rodziców, do młodzieży, którą prowadziłem. Wszędzie podkreślana jest ta wielka łaska Boga nam ofiarowana. To po pierwsze.

A po drugie, dla mnie ten pobyt z Księdzem Prymasem to była także wielka szkoła. Proszę sobie uświadomić - ja miałem wtedy zaledwie 33 lata, w tym tylko 8 lat kapłaństwa i już 3 lata więzienia. A jeszcze 7 lat więzienia przed sobą! Wspaniała to była szkoła, bo wspaniały był nauczyciel. Ksiądz Prymas nauczył mnie, jak to nasze doświadczenie trzeba przyjąć i przeżyć. Pan pyta -jaki obraz Księdza Prymasa utrwalił mi się najbardziej? Jest parę szczególnych obrazków, które wryły się w moją pamięć na wieki. Niektóre spróbuję wyartykułować, niektóre tylko wskażę. Kolejność nie ma tu żadnego znaczenia. Ale nade wszystko był to człowiek wielkiej dyscypliny, wielkiego ładu. Bardzo wiele żądał od siebie, dlatego miał prawo żądać od innych... Pracowity do nieskończonej potęgi. Człowiek autentycznie szanujący każdego człowieka. Nie umiał nienawidzić nikogo!

Obrazek pierwszy. Ksiądz Prymas to był mistyk i realista. Był jednocześnie mistycznym realistą i realistycznym mistykiem. Był człowiekiem wielkiej wiary, nadziei, ufności, a jednocześnie realnego myślenia. Często powtarzał: któregoś dnia się obudzicie i powiedzą wam, że Prymasa już nie ma, bo gdzieś tam wyjechał. Liczył się z możliwością zsyłki, a nawet unicestwieniem. Uwzględniał tę możliwość, choć wierzył w ostateczne zwycięstwo dobra nad złem. Powtarzał wiele razy, że wielkie sprawy wymagają wielkiego cierpienia i wielkiej cierpliwości.

Obrazek drugi. Ksiądz Prymas był człowiekiem wielkiej, żarliwej modlitwy. Niezłomnego zaufania Bogu. Powiedziałbym dziecięcej wprost ufności. Były całe godziny przeznaczone na modlitwę. A ile było nocnych czuwań, o których nigdzie nie wspomina, nawet w „Zapiskach".

Mówiąc o modlitwie, muszę oddzielnie wspomnieć o różańcu. To była Jego szczególnie umiłowana modlitwa. Ksiądz Prymas zawsze chodził z różańcem w ręku. Ten różaniec nas stąd wyprowadzi - mówił. - Módlmy się, aby nasze wyjście, jeśli jest taka wola Boża, miało miejsce w miesiącu Matki Bożej, w dzień Matki Bożej lub w jakieś Jej święto. I wszystko to zostało wysłuchane. Proszę zauważyć, -12 października, w miesiącu różańcowym, przyjazd Prymasa do Stoczka, 6 października, w miesiącu różańcowym przyjazd do Prudnika, 27 października, w miesiącu różańca, w przeddzień święta Chrystusa Króla, przyjazd do Komańczy i wreszcie - 28 października, w miesiącu różańcowym, w święto Chrystusa Króla i w dzień świętego Tadeusza Judy, patrona spraw beznadziejnych - triumfalny powrót do Warszawy. I trudno to wszystko nazwać zwykłym tylko trafem, zbiegiem okoliczności. Ten różaniec, jak to sobie wyprosił, zwyciężył. To była siła Jego modlitwy, niezłomnej wiary i ufności.

Obrazek trzeci. Ksiądz Prymas miał wielki, szczególny kult dla Matki Bożej. To był człowiek autentycznie Maryjny! To nie była żadna dewocja. To było całkowite zawierzenie. To była dziecięca droga duchowności maryjnej. Ksiądz Prymas wzrastał od dzieciństwa w takiej atmosferze. Ojciec Jego co roku jeździł na Jasną Górę, a matka do Ostrej Bramy. Sam swoje życie również bardzo związał z Jasną Górą - tam był wyświęcony na kapłana, tam odprawił swą pierwszą Mszę św., tam również miała miejsce Jego konsekracja biskupia. Wszystko co ważne w Jego życiu, związane było z Jasną Górą.

Wwiezieniu zrodziła się idea odnowy Ślubów Króla Jana Kazimierza, złożonych Matce Bożej w katedrze lwowskiej - ślubów całego Narodu. W więzieniu zrodziła się myśl Wielkiej Nowenny. Miała na celu duchowe i moralne odrodzenie naszego narodu. W więzieniu zrodziła się idea nawiedzenia Ojczyzny przez Maryję w Kopii Jej Cudownego Obrazu, poświęconego przez Głowę Kościoła Powszechnego. W więzieniu wreszcie - zrodziła się myśl oddania osobistego w niewolę Maryi. Czyń ze mną wszystko co chcesz - Maryjo - to wcale nie frazes, to autentyczne zawierzenie.

Obrazek czwarty. Ksiądz Prymas był człowiekiem tytanicznej pracy i samo-dyscypliny. Przykładem może być program pracy, jaki sam opracował dla nas w więzieniu. Pobudka o godz. 5.00. Do 5.45 były modlitwy poranne i rozmyślania, które bardzo często ja prowadziłem. O 6.15 Msza św. moja, o 7.00 Msza św. Ojca. O 8.15 - śniadanie, a po nim spacery, brewiarz i jedna część różańca. O 9.30 była zawsze praca przy stole. Ksiądz Prymas pisał, tworzył i uczył się. Nie było czasu na bezmyślne, bezproduktywne rozmowy. Ja też pisałem wiele rzeczy. Ksiądz Prymas nauczył mnie także języków francuskiego i włoskiego. Wspólnie uczyliśmy się rosyjskiego ze znalezionej starej geografii. Prowadziliśmy rozmowy codziennie w innym języku. Potem był obiad, druga część różańca i odmawianie brewiarza. Od 15.30 do kolacji prace osobiste, znowu brewiarz, wieczerza, nabożeństwo różańcowe, modlitwy wieczorne i jeszcze lektura prywatna. Spoczynek był o godzinie 22.00. Widzimy więc, jak bardzo wypełniony był każdy dzień. W więzieni u powstały też wielkie dzieła Księdza Prymasa: „Szkice liturgiczne", „Listy do kapłanów", „Rozważania do liturgii loretańskiej", „Szkice kazań" i wiele, wiele innych. Ksiądz Prymas nie marnował czasu, był wobec siebie bardzo surowy i bezwzględny. Przy czym dbał zarówno o pracę umysłową, jak i fizyczną. Szukał okazji do pracy fizycznej. Nie możemy zgnuśnieć - mawiał.

Obrazek piąty. Inną cechą Księdza Prymasa może nawet najmniej znaną, mało podkreślaną, była Jego wielka dobroć osobista. Mówiono o nim, że był wyniosły, pompatyczny, dostojny, poważny, mało dostępny. I w jakimś sensie wszystko to prawda. Ale był także człowiekiem bardzo bezpośrednim, serdecznym, ludzkim, i co ciekawe, bardzo dowcipnym. Organizowaliśmy czasem w czasie rekreacji specjalny kącik humoru. Ksiądz Prymas potrafił nas doskonale bawić. Nie był to wcale jakiś humor beznadziejny, wisielczy, pusty, ale bardzo budujący. Mówił na przykład: Dzieci cieszmy się, jesteśmy najmniejszą diecezją świata. Mamy swego biskupa, mamy duchowieństwo, mamy zakony, mamy ludzi wierzących (pani pracująca w kuchni podkreślała z naciskiem, ze jest wierząca), i są niewierzący, komuniści. A więc jest to wszystko, co jest w każdej diecezji.

Ale wracam do tematu. Był Ksiądz Prymas naprawdę człowiekiem wielkiej dobroci i serdeczności. Mogę coś na ten temat powiedzieć, ponieważ wiele-kroć na sobie tej dobroci doświadczyłem. Chorowałem często i ciężko. Bywało, że leżałem jak kłoda, cierpiąc. Wtedy przychodził do mojej celi Ksiądz Prymas, zdejmował mnie z pryczy, kładł na posadzce, okrywał kocem, następnie otworzył okno, przewietrzył pokój, siennik, pościel, przyniósł wodę w miednicy, klęknął koło mnie na posadzce, mył mi twarz, ręce, nogi, wycierał i kładł na powrót do łóżka. Samarytanin.....Nalał oliwy i wina na rany jego i obwiązał je" (Łk 10,34). Nie tylko nauczał Ewangelii, ale ją wypełniał całym swym życiem. Troska o drugiego człowieka była najważniejsza. Sam umiał cierpieć w milczeniu. Nigdy nie skarżył się, że cierpi dla Chrystusa, Kościoła i Narodu.

Był dobry także dlatego, że umiał przebaczać. Nigdy nie żywił chęci odwetu czy zemsty. Często powtarzał: Nigdy mnie nikt nie mógł nauczyć nienawiści do tych ludzi. Ja ich nie mogłem nienawidzić. Dam taki jeszcze, bardzo charakterystyczny przykład Jego dobroci. Był wieczór wigilijny. Przed wieczerzą wyszliśmy do parku na przechadzkę i odmówienie różańca. W pobliżu naszej drogi siedział jeden z tych pilnujących nas panów. Był to starszy już wiekiem człowiek. Ksiądz Prymas podszedł do niego i powiedział: Pewnie panu dzisiaj jest niełatwo na tej służbie trwać. Tam pewnie żona, a może córka, rnoże wnuki czekają na dziadka. Na pewno jest opłatek, choinka u pana w domu. My byśmy pana poprosili do celi, ale pan by nie mógł przyjść. Ja panu życzę wszystkiego dobrego. I proszę sobie wyobrazić, coś się w tym człowieku musiało przełamać. Powiedział cichutko, tak, że tylko myśmy obaj słyszeli - Bóg zapłać, Ojcze! Powiedział: Ojcze. To było niezwykłe. Tylko myśmy mówili do księdza Prymasa: Ojcze. Wszyscy inni mówili per „ksiądz". Ani „biskup", ani „arcybiskup", „ani „kardynał", ani „prymas". Tylko, kiedy przyjeżdżali panowie z ministerstwa tytułowali „Ksiądz Prymas", czy „Ksiądz arcybiskup"- ale „kardynał" nigdy! Ja byłem świadkiem tych wszystkich rozmów. Ksiądz Prymas prosił mnie zawsze na świadka. W tym kontekście podziękowanie tego strażnika nabiera znaczącej wymowy. Bóg zapłać, Ojcze. Był to dla nas najpiękniejszy prezent wigilijny. Trzeba przyznać, że Ksiądz Prymas miał dużo szacunku dla tych panów, którzy mieli nad nami pieczę, choć oni byli nieufni. Jestem osobiście pewien, że niejednego z nich Ksiądz Prymas pozyskał swoją dobrocią, otwartością, swoim taktem i swoją miłością.

Obrazek szósty. I jeszcze jedna, dość charakterystyczna cecha Księdza Prymasa. Jego ogromne umiłowanie Ojczyzny. Jego patriotyzm. Ksiądz Prymas mówił: Kochani, gdy będą wam mówić, że Prymas działa przeciw Narodowi i własnej Ojczyźnie - nie wierzcie. Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko co czynię dla Kościoła czynię dla Niej! To był prawdziwy Ojciec Ojczyzny. I nas uczył tej miłości. Ubolewał bardzo nad moralnym upadkiem Polaków. Polacy - mówił - muszą zrewidować swoje postępowanie, swoją moralność, zarówno tę osobistą, jak i tę społeczną, a zwłaszcza rodzinną. Był ciągle zatroskany o Polskę. Nie mieliśmy ani gazet ani radia ani telewizji, w ogóle żadnych wiadomości z zewnątrz, a rozmowy nasze zawsze dotyczyły życia narodowego, społecznego i zawodowego Polski. Ksiądz Prymas mówił: Polacy muszą mieć wielką wiarę w życie narodu, tak jak Kościół ma wiarę w życie wieczne i zmartwychwstanie ciał, albo: Musimy przejść wielorakie próby, udręki i niepokoje, aby służyć Narodowi w duchu Ewangelii, w duchu prawdy, miłości i pokoju. We „Wskazaniach dla Ojczyzny" Ks. prymas pisał: Musimy wytrwać, żyć dla Ojczyzny, nabrać zaufania do niej i być gotowym do oddania jej wszystkiego z siebie. Trzeba nam w Ojczyźnie potężnej woli organizowania wszystkich sił rodzinnych, ojczystych, by się nie oglądać na prawo i lewo, by nie poddać się pokusie nowej Targowicy.

Obrazek siódmy. Na koniec, tej, rzecz jasna, niepełnej wyliczanki, parę słów na temat Jego szczególnych umiłowań. Bardzo lubił Ksiądz Prymas świętą liturgię Kościoła. Bardzo do liturgii tęsknił. Myśmy tego byli pozbawieni. Proszę sobie wyobrazić, że myśmy z pamięci odprawiali np. liturgię Bożego Ciała, albo liturgię Wielkiego Tygodnia.

Kaplicę mieliśmy bardzo małą, prostą, surową. Ołtarzem był zwyczajny stół, a ze starego futerału brewiarzowego zrobiliśmy tabernaculum. Przykryliśmy go starym welonem kielichowym. Ksiądz Prymas z dziecięcą ufnością całymi godzinami wpatrywał się w ten stary, podarty futerał, w którym mieszkał żywy i prawdziwy Jezus Chrystus -Pan i Bóg. Sprawą, do której przywiązywał ksiądz Prymas nadzwyczaj wielką uwagę była spowiedź święta. Przyznam się, że była to dla mnie najbardziej zaskakująca sprawa. Byłem ogromnie zawstydzony. Przecież byłem jeszcze młodym kapłanem, wikariuszem, cóż ja mogłem za naukę powiedzieć Prymasowi w czasie spowiedzi? A jeszcze w dodatku Ksiądz Prymas bardzo celebrował tę swoją spowiedź, bardzo ją przeżywał. Zawsze to było poprzedzone ogromnym przygotowaniem, nabożeństwem pokutnym. Podobnie zresztą przeżywałem i ja swoją spowiedź u Księdza Prymasa.

- Proszę Księdza Kanonika, zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy tym temacie par excellence katolickim. Trwamy w modlitwie o beatyfikację Księdza Prymasa. Ksiądz jest na pewno koronnym świadkiem procesu beatyfikacyjnego. Czy może Ksiądz w paru słowach wyartykułować najbardziej znaczące, zdaniem księdza, cechy tej świętości?

Sprawa przygotowań do beatyfikacji Księdza Prymasa sprawia mi, rzecz jasna, ogromną radość. To, że ten proces się toczy, wcale mnie nie dziwi. Bardzo się modlę o to. Z perspektywy ludzkiej chciałbym móc powiedzieć: Ja z tym świętym siedziałem w więzieniu, ja na tę świętość patrzyłem z bliska przez pełne dwa lata. I nie ma tu żadnej przesady. Ja mam nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek mówić o tym. Oczywiście człowiek może się niekiedy maskować, może nawet zagrać rolą świętego. Ale to na krótki czas. Kiedy się jest ze świętym we dnie i w nocy, w kaplicy i na spacerze, przy modlitwie, w rozrywce, przy stole, ba, nawet w toalecie - trudno przybrać pozę, maskę, jakąś rolę i grać.

To był naprawdę człowiek święty!

Głosił Ewangelię i żył Ewangelią. Żył nieustannie w stanie łaski uświęcającej. Jego życie duchowe, moralne i religijne stanowiło zawsze harmonijną całość. Wyróżniał się cnotą heroiczności. Miał nadprzyrodzony dar czynienia dobra innym. Szedł przez życie służąc i czyniąc dobrze. Bogu i ludziom. Samemu Bogu. Soli Deo. Tak miał w swoim biskupim herbie: Samemu Bogu!

Tak patrzę na świętość. O taką świętość się modlę.

- Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę.