Ks. Stanisław Skorodecki
1919 - 2002

Wspomnienia plik mp3
Wywiad - w jednej celi z Prymasem
ROZMOWY NIEDOKOŃCZONE 14.04. 2002 r. RN - "Jestem świadkiem"
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica! Bardzo się cieszę, że spotkał mnie ten zaszczyt, że mogę do słuchaczy Radia Maryja skierować parę słów świadectwa o wielkim człowieku, którego Pan Bóg dał nam na te niezwykłe czasy w historii Kościoła i w historii Polski. Może na wstępie chciałem skorzystać z tego przywileju, że pozdrowię równocześnie wszystkich bardzo mi drogich i bliskich, przede wszystkim mojego proboszcza parafii św. Ottona w Szczecinie - ks. kanonika Jana Zapartka, wszystkich współbraci kapłanów, siostry Karmelitanki od Dzieciątka Jezus, Rodzinę Radia Maryja, lektorów, ministrantów, moich seniorów i emerytów, młodzież i wszystkich parafian, a przede wszystkim słuchaczy. W moim wystąpieniu, proszę Państwa, nie roszczę sobie pretensji do tego, że będzie to jakaś dokładna analiza dokumentacji związanej z uwięzieniem ks. Prymasa. Dokumentacji, jak pokazują ostatnie badania, bardzo manipulowanej. Ukaże się wnet książka, prawdopodobnie pana Wysockiego "O osaczonym Prymasie", który "wykorzystał akta", jakie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przekazało w 1990 roku ks. arcybiskupowi Dąbrowskiemu. Jest tam ogromna manipulacja, fakty przeczą sobie, same ze sobą się nie zgadzają, daty się nie zgadzają. Jest tam oczywiście podejrzenie także, że w jakiś sposób współpracowałem z SB, zresztą o tym mówił pan Światło już tyle lat temu, kiedy uciekał. Ale są tam równocześnie dowody ukazane przez autora książki, że nie można temu wszystkiemu wierzyć, że jest to szczątkowa dokumentacja, wybrakowana, manipulowana i dlatego trudno temu wszystkiemu uwierzyć. To osaczenie ks. Prymasa, tę książkę dostałem już w grudniu - znam jej treść. Wyrządza mi w jakimś stopniu krzywdę, w każdym razie może zachwiać w jakimś sensie zaufanie do mnie. Są tam najrozmaitsze podejrzenia. Autor zgodził się, żebym dał swoją dokumentację, zamieścił w tym jego dziele i ona się tam znajdzie. Autor nie mógł pominąć pewnych faktów, jako aktów historycznych zawartych w tej krypto dokumentacji, które tak samo w jakiś sposób wyrządzają mi krzywdę.
Ale jak mówię, jestem jedynie świadkiem historii więzienia ks. Prymasa, który zacytuję wystawił mi świadectwo zamknięte w słowach: "Jestem pełen przekonania o moralnej uczciwości. Trzeba to podkreślić, że poziom duchowy księdza był wysoki. Był to człowiek gorącej wiary, uczuciowej modlitwy, kochający Kościół Święty, oddany mu całym życiem, miał swoje ideały apostolsko-misyjne. Życiem politycznym w ogóle się nie interesował, jedyną jego pasją był sport". Sam ks. Prymas raczył to zauważyć, zresztą też widziałem, że był w tej dziedzinie zorientowany. Przechodzę do właściwego wystąpienia. Żeby lepiej zrozumieć i ujrzeć ks. Prymasa to trzeba cofnąć się, sięgnąć myślą do lat 50-tych, lat najtrudniejszych w naszej historii, w okresie Kościoła, w okresie Polski, które znamionowała walka. Zabrzmi to dość dziwnie - walka władzy z narodem. To musi zabrzmieć dziwnie. Władzę wybiera naród, jak naród może walczyć z władzą, którą wybrał? Nie tak było w latach 50-tych. Starsze pokolenie doskonale pamięta, bo przeżyło to na sobie, ich rodziny przeżyły. Płacili wszyscy za to bardzo wielką cenę. Ta władza nie była wybrana przez naród, to była władza, jak się to zwykło mawiać, przywieziona w teczce. A więc rząd z panem prezydentem Rzeczypospolitej, Komitet Centralny i Biuro Polityczne Polskiej Zjednoczonej Partii, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, w którym głównym pion stanowiły wszystkie organizacje i urzędy bezpieczeństwa, no i co najważniejsze nie wolno nam o tym zapomnieć, a niestety jesteśmy świadkami, że nasz naród tak prędko zapomina o tym, co było przecież w niedalekiej przeszłości. Byliśmy bici, katowani przez tych, na których teraz głosujemy. Prosto wychodząc z kościoła idziemy do urny i oddajemy głos na tych, na ich dzieci, na ich spadkobierców, ideologów, którzy nas bili, kopali, do więzień zamykali, rozstrzeliwali bez żadnych wyroków. I w tym właśnie cały paradoks, że tym trzecim jeszcze czynnikiem władzy, która walczyła z własnym narodem była Rosja - Związek Radziecki. Niczego w Polsce nie wolno było dokonać bez zgody Związku Radzieckiego. Na wszystko musiało być "błogosławieństwo Stalina", aprobata Związku Radzieckiego. A naród, z którym władza walczyła, to było społeczeństwo nasze, naród ochrzczony, naród związany z Kościołem, bo przecież Kościół to nie tylko hierarchia, biskupi, kapłani, zakony, ale to cały Kościół, a więc wszyscy wierni, związani bardzo z Kościołem.
W tej walce stanął w obronie Kościoła Prymas Polski, legat papieski, kardynał, książę Kościoła, biskup dwóch diecezji, arcybiskup historycznych metropolii gnieźnieńskiej, stolicy Warszawy, ale równocześnie obrońca narodu. Wszak przecież wypełniał obowiązek interreksa. Pamiętamy z historii, że w okresie bezkrólewia, w historii Polski, każdorazowy prymas Polski pełnił funkcję interreksa. W międzykrólewiu pełnił funkcję królewską. Ksiądz Prymas wszystkie godności, które przyjmował, wbrew mniemaniu niektórych i złośliwości niektórych nawet rzekomo związanych z Kościołem, ks. Prymas pojmował władzę jak służbę. I to nie tylko mówił o tym innym, ale tak rzeczywiście sam honorował i praktykował to w swoim życiu. I dlatego swoją godność interreksa, a więc i przywódcy narodu, tak właśnie pojmował. Był świadom ogromnej odpowiedzialności za to wszystko, co dzieje się w kraju, w Ojczyźnie naszej, przecież tak uciemiężonej. Zwłaszcza te lata 50-te, były latami największego terroru, no nie waham się powiedzieć krwawego terroru, bestialstwa, mordowania ludzi niewinnych. Więzienia były przepełnione, coś pewnie podobnie jak teraz, a może jeszcze bardziej. W celi, w której normalnie siedziało dwóch więźniów, wtedy siedziało dziesięciu, dwunastu, a nawet i dwudziestu, zwłaszcza dotyczyło to księży i inteligencji polskiej. Ksiądz Prymas stawał w obronie tego narodu i w obronie Kościoła, mając odwagę, czując ten obowiązek na nim ciążący bronienia tego narodu. Dlatego nie unikał rozmów z przedstawicielami władzy czy rządu, czy z panem prezydentem, czy z ministerstwem. Nie rozmawiał tylko z władzami Związku Radzieckiego. Nie pomogły, jak się pokazało ani rozmowy, ani pertraktacje, ani nawet podpisana umowa, nazwijmy to - to nie był konkordat jeszcze, porozumienie po prostu, gdzie rząd gwarantował, że nie będzie ingerował w sprawy organizacyjne, wewnętrzne Kościoła, a Kościół, że oczywiście będzie pełnił tylko to, co z powołania do niego należy i należało zawsze - swoją rolę misyjną, głoszenie Ewangelii, głoszenie Chrystusa.
No niestety, to wszystko spełzło na niczym, władza nie dotrzymywała zobowiązań, na które się zgodziła. Władza zaczęła ingerować coraz bardziej w czysto wewnętrzne sprawy Kościoła, w struktury organizacyjne Kościoła. Próbowano likwidować seminaria duchowne, zakony, nawet klauzury, media katolickie, jeśli można o nich w ogóle mówić w tamym okresie. Wszystko cokolwiek trąciło Kościołem, religią, a więc w mniemaniu rządzących stawało w opozycji do tej władzy - oczywiście błędne mniemanie, to wszystko próbowano zlikwidować. Za cenę podpisania tego porozumienia, ks. Prymas płacił też w pewnym okresie dużą cenę. Był źle zrozumiany z tego tytułu nawet na Zachodzie, nawet w Watykanie, gdzie pukano się w czoło, jak może prymas w Polsce dążyć i zawierać jakieś porozumienie z czerwonymi, z komunistami, ze Związkiem Radzieckim pośrednio, bezpośrednio z naszą władzą ludową. Oczywicie doszedł do aureoli męczeństwa, kiedy przeszedł to, co przeszedł, co przeżył. Niemniej był źle zrozumiany. Dopiero wszystkim otworzyły się oczy, kiedy ks. Prymas w imieniu Episkopatu ogłosił swój manifest - manifest Kościoła, zaczynający się od dobrze nam znanych słów: "Non possumus"- nie możemy. W dalszym tekście słowa te oznaczały: "Dość, nie będziemy już ustępowali. Nie możemy, nie pozwolimy na to, ażeby władza świecka detronizowała z ołtarza Chrystusa - Boga Prawdziwego, a stawiała na ołtarzu bożka, kazała mu się kłaniać, tańczyć". Jak Żydzi obalili, podeptali, zdruzgotali kamienne tablice Dekalogu, postawili sobie złotego cielca, ofiarowali wszystkie cenności, klejnoty stopili, śpiewali, tańczyli i hałasowali. Kościół na to nie pozwoli: "Non possumus"- "Nie możemy pozwolić". Było to jak gdyby bezpośrednie hasło do takiej zdecydowanej walki z Kościołem, konkretnie z ks. Prymasem. Wszak już w tych latach 50-tych i na przełomie wcześniejszych i późniejszych, aresztowania nie miały końca, zwłaszcza aresztowania duchownych, kapłanów, także sióstr zakonnych, ludzi związanych z Kościołem, których określano jako stojących w opozycji do władzy i do nowego ustroju. Ks. Prymas, kiedy otrzymał wiadomość, że pan prezydent Bierut umarł, tego dnia odprawił w jego intencji Mszę Świętą. Miał zresztą przed otrzymaniem tej wiadomości dość ciekawy sen, który opisuje sam w "Zapiskach więziennych"- wspomnieniach z Komańczy. Śniło mu się, że wyszedł z panem prezydentem Bierutem z jakiegoś urzędowego gmachu większej rangi, mieli przejść przez ulicę na drugą stronę. Ksiądz Prymas doszedł do pasów, żeby po tych pasach przejść, a pan prezydent Bierut przeszedł sobie tak na przełaj. Ksiądz Prymas mówi: "Śniło mi się, że pomyślałem: Takiemu wszystko wolno". I to było wszystko, potem się już nie spotkali. Rano siostra po Mszy Św. podeszła do ks. Prymasa i powiedziała: "Radio podało, że umarł pan prezydent Bierut. Pojechał do Moskwy na jakieś rozmowy. Pojechał szumnie, a wrócił w trumnie". Ksiądz prymas mówi: "Odprawimy Mszę Św. za pana prezydenta". Właśnie sam pan prezydent Bierut z towarzyszami z Komitetu Centralnego, z Biura Politycznego kilkakrotnie jeździli do Stalina do Moskwy o uzyskanie pozwolenia na aresztowanie ks. Prymasa. Za każdym razem Stalin odpowiadał: "Nie. Nie pozwalam, nie zgadzam się". Oczywiście nie kierował się sentymentem, sympatią i miłością ani do Kościoła rzymskokatolickiego, ani do ks. Prymasa, ani do Polski wiemy o tym bardzo dobrze. Aczkolwiek matkę miał wierzącą. Była prawosławną i Stalin był na pogrzebie religijnym swojej matki. Zresztą był dwa albo trzy lata w seminarium duchownym prawosławnym. Ale miał swoją mądrość polityczną, chociaż niektórzy twierdzą, że nie miał tej mądrości. Powiedział do przedstawicieli naszej władzy ludowej: "Lepiej by było, gdybyście wychowali sobie swojego własnego prymasa". Co to miało oznaczać? Mądremu wystarczy. Tak postępujcie, żebyście sobie kupili, urobili któregoś z biskupów, że będzie na wasze zawołanie do dyspozycji, nie wprost, bo wiadomo, że to by nie przeszło, ale nie będzie występował w kazaniach, przemówieniach, nie będzie listów pisał, nie będzie jeździł tyle po Polsce ile jeździ prymas Wyszyński. Bo to wszystko oddziaływało i umacniało naród, bo naród to Kościół.
Bądźmy szczerzy i powiedzmy sobie po prostu: naród i Kościół, to było jedno. Tym bardziej, że do Kościoła w czasach tego wielkiego ucięmiężenia chronili się, znajdowali schronienie i poparcie, oparcie nie tylko ludzie wierzący i związani z Kościołem, ale różnego rodzaju ludzie, niewierzący aktorzy, artyści rozmaitego rodzaju korzystali z tej pomocy Komitetu Prymasowskiego, u sióstr na ulicy Piwnej, u sióstr Franciszkanek w Laskach pod Warszawą. Korzystali z tego i potem, dzięki temu związali się nawet z Kościołem. Zresztą z tego tytułu to miał być jeden z zarzutów preparowanego procesu przeciwko ks. Prymasowi o szpiegostwo. Przygotowywano proces ks. Prymasowi, do którego nie doszło. Paradoksalna, wydawałoby się śmieszna rzecz, ale to tylko wystawił sobie rząd ówczesny świadectwo ubóstwa i nędzy swojej umysłowej, dlatego że Zachód, Stany Zjednoczone przysyłały pomoc uciemiężonej Polsce w postaci materialnej, także i finansowej, ale przez pośrednictwo Kościoła, komitetów kościelnych, a nie na ręce władzy państwowej. Jak więc wiadomo, według ich mentalności, coś za coś, więc Prymas musi być szpiegiem dla Stanów Zjednoczonych, no i szpiegostwo na rzecz Watykanu. Trudno, żeby nie utrzymywał Prymas Polski, biskup, kardynał kontaktów ze Stolicą Apostolską, chyba nie z Moskwą, czy nie z Berlinem miał te kontakty utrzymywać. Do tej sprawy nie doszło. I kiedy Stalin umarł w marcu 1953 roku nastąpiło aresztowanie ks. Prymasa. Następca Malenkow pozwolił już na aresztowanie ks. Prymasa. Decyzja zapadła we wrześniu i wtedy aresztowano ks. Prymasa 25 września 1953 roku. Luna Brystygierowa była dyrektorem Departamentu, ale ona rządziła całym Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, nie tylko Służbami Bezpieczeństwa. Parę razy rozmawiała z ks. Prymasem, nawet całą noc spędzili na rozmowie. Jak podaje o. Góra w książce wydanej "W drodze" - "Rąbek Nieba" - zanotowane jest takie wydarzenie. Zresztą Luna Brystygierowa w swojej wypowiedzi, wracam do tych matactw i manipulacji niby, że wszyscy współpracowali z UB-cją przeciwko Prymasowi, w co i mnie także chciano wrobić i zarzucić, nawet posługując się jakimiś ksywami czy kryptonimami, podając fałszywe zupełnie wydarzenia, np. jest w tych raportach - aktach, że ja byłem w Komańczy u ks. Prymasa, dokładne daty, które się zresztą nie zgadzają. Ledwie przyjechałem, a już w innym miejscu jest podane, że wyjechał tego dnia, ale było podane, że byłem, co mi, ks. Prymas zlecił, podczas gdy ja w ogóle w Komańczy ani razu nie byłem. A jest podana na kilku stronnicach w tej książce cała rozmowa z funkcjonariuszem UB, któremu ja opowiadałem wszystko, co było, co mi Prymas zlecił. A siostra przełożona w swojej książce: "Prymas uwięziony w Komańczy" pisze, że jak ks. Prymas tęsknił, wspominał o tym w liście do rodziców i do mnie. Pisał: "Może księdzu się uda kiedyś do mnie dotrzeć". Jest tu zaprzeczenie. Jeżeli historyk się na tym opiera, na tym fałszu, to mnie w jakiś sposób krzywdzi.
Ja o tym wiem już od grudnia ubiegłego roku, bo autor - bardzo zacny historyk oparł się na aktach, zresztą już przerabianych, bo mnóstwo było spalonych, część została wręczona przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ks. arcybiskupowi Dąbrowskiemu tak, że to już nie było tajemnicą. Każdy jednak patrzył roztropnie na to wszystko, bo jedno drugie wykluczało. Wracam do pani Brystygierowej. Ona m.in. też zeznaje, że Ministerstwo czy UB już tak daleko sięgało, że mieli swoich w hierarchii najwyższej kościelnej w Polsce, potem, co jest nie do wiary, wymieniają także, że mieli szpicli z Miodowej, z Sądu Arcybiskupiego w Warszawie. Szofer ks. Prymasa, pan Stanisław, do którego ks. Prymas miał maksymalne zaufanie i ja też jestem przekonany, bo go poznałem, był człowiekiem na wskroś oddanym, nawet życie by oddał za Prymasa. Widzimy, więc jaka manipulacja. I pani Brystygierowa po rozmowie z Marysią Okońską, która u niej była z Instytutu Prymasowskiego, załatwiać sprawy odwiedzenia ks. Prymasa, zaczęła bardzo pobożnie z panią Brystygierową rozmawiać. Pani Brystygierowa jakoś poczuła do niej sympatię i od tego momentu umówiła się z nią znowu na spotkanie. Miała jej mówić o Panu Bogu, o religii, o Kościele. Wydała jej pozwolenie na odwiedziny: "Jak będziesz dziecko potrzebowała cokolwiek w sprawie Prymasa, to przyjdź do mnie, ja ci wszystko zrobię". I pani Okońska wiele lat później, umówiła panią Brystygierową na spotkanie i na spowiedź u ks. Prymasa. I ta spowiedź pani Brystygierowej miała miejsce w Wielki Piątek o trzeciej godzinie. Spotkała się z ks. Prymasem, ja powtarzam tylko za tymi aktami, nie wiem też na ile to była manipulacja. Podobno umarła pojednana z Panem Bogiem. Była gotowa na pogrzeb katolicki, ale Syn jednak z jakiś względów, chociaż wcześniej wyrzekł się swojej matki - pani Luny Brystygierowej, nie zgodził się na pogrzeb katolicki. Miała ona pogrzeb świecki, widocznie dla uniknięcia jakiegoś większego skandalu. Na ten temat jest wiele kłamstw, np. pan Światło w wielu sprawach nie był zorientowany, a rzucał hasłami na Zachodzie jak uciekł, ażeby sobie torować drogę i siebie uniewinniać. Tak samo, było z manipulacją dokumentami. W książce pana Wysockiego, która wkrótce wyjdzie cytowane są wypowiedzi najwyższych dygnitarzy o tym, że akta były manipulowane na najwyższym szczeblu, że funkcjonariusze chcieli sobie przypisać zasługę, że zdobyli tego czy tamtego księdza, że od niego mają informacje najrozmaitsze. On jako historyk umieścił to wszystko. Mógł pominąć, ale chciał być historykiem. Naszą rzeczą jest teraz to wszystko poobalać. A obalają same wypowiedzi ks. Prymasa, same świadectwa, bo ci w swoich książkach, np. "Generałowie Bezpieki" i jeszcze parę takich tytułów, które wychodziły, to tam jest czarne na białym wyraźnie powiedziane, że to manipulacja, specjalnie preparowane.
Sam cierpiałem z tego tytułu i ktoś powie: "No też służył, też donosił", bo nawet podobno wymyślili jakiś kryptonim. Raz mnie jakoś tam nazwali, nie pamiętam Krystian, raz Krystyna, to znowu jakoś jeszcze inaczej. No, jakie to są akta, na czym można polegać? Ale to nie w tym rzecz, mam czyste sumienie i jestem spokojny. Zresztą sprzątnęli mi z worka więziennego wszystkie moje zapiski, które sobie w więzieniu robiłem - 12 arkuszy, które czytał zawsze ks. Prymas i on polecił mi to zresztą pisać. I kiedy mnie przerzucano kolejno ze Stoczka do Prudnika w worku więziennym jeszcze były. W Prudniku pisałem dalej i kiedy ks. Prymasa wieziono do Komańczy, mnie przewożono na nowo do Rawicza do więzienia, już w worku więziennym ich nie było. Zgłosiłem to, zanotowane jest w tym rejestrze rzeczy, które są w worku. Prosiłem o wyjaśnienie, że mi zależy, to jest mój pamiętnik. Do końca się nie znalazły. Potem jeden pan UB-ek w Lubaszowie mnie szantażował: "Po co ksiądz tak jeździ, opowiada. Ksiądz wraca do domu, a młodzież szaleje, podpalają sklepy, rabują, milicję napadają, samochody im wywracają. Co, ksiądz bohatera chce z siebie zrobić?" Nawet mi tak wprost powiedział. Ja mówię: "No nie, chyba mnie pan o to nie posądza". A on: "No, bo jak ksiądz będzie podskakiwał, to ksiądz wie, że możemy księdzu- przepraszam za wyrażenie, ale cytuję dosłownie, bo to się pamięta - my możemy księdzu koło gwizdka zrobić. My mamy także wstęp do Radia Wolna Europa i do BBC. Powiemy tak jak Światło to zgłaszał, że wszyscy księża byli na usługach, że ksiądz też był w jakiś sposób na usługach, informatorem czy źródłem jakimś". Zresztą podają, jeśli chodzi o pobyt ks. Prymasa w Komańczy, dziekana z Sanoka jako szpiega i jedną siostrę jako informatora i mnóstwo jeszcze księży stamtąd podają. Na pewno jest to wszystko wyssane z palca. Ja dostałem wyrok 10 lat więzienia. Prokurator żądał 15 lat więzienia. Był taki dekret z 13 czerwca 1945 roku, to już nie był Mały Kodeks Karny Wojska Polskiego, bo już sądy wojskowe sądziły. Ja miałem etat katechety w parafii Robczyce. Tam zostałem aresztowany, gdy wracałem z kolędy wieczorem. Po rewizji, podczas której zabrano mi wiele materiałów pracy magisterskiej, ponieważ postawiono mi zarzut, że założyłem organizację, która z pomocą młodzieży "chciała przemocą obalić ustrój Polski Ludowej". Rzeczywiście było bardzo dużo szkół w tym miasteczku powiatowym. Poza działalnością religijną - Sodalicja, lektorzy, ministranci, Krucjata Eucharystyczna byłem zapalonym sportowcem. Założyłem klub sportowy, zbudowaliśmy stadion, organizowaliśmy przedstawienia, pielgrzymki, byłem zastępcą komendanta hufca, przedwojenny podharcmistrz. Na kurs harcmistrzowski mnie nie przyjęli jak się dowiedzieli, że jestem księdzem. Więc pod tym zarzutem, że zorganizowałem młodzież i cokolwiek się stało w tym okresie w Robczycach, to wszystkiemu była winna - "Banda ks. Skorodeckiego i on". Organizacyjny pseudonim miałem, stopień wojskowy, no wszystko. Wszystko było spreparowane, że działałem przeciwko władzy, że obsadziłem ludźmi kościoła różne stanowiska w powiecie. Pan prokurator przygotował takie informacje i zwrócił się do młodzieży: "No, słuchajcie matura w maju. Wyście byli blisko księdza, potrzebne nam wasze zeznania. Podpiszcie tutaj jeden i drugi". Nazwisk nie będę cytował, bo zresztą jesteśmy w kontakcie i nie mam do nich pretensji. "Podpiszcie to, bo to będzie do rozprawy przeciwko księdzu koniecznie potrzebne, no a was matura czeka, chyba na studia zechcecie się dostać. Przyznali się i to publicznie na rozprawie, że ze strachu o tą maturę i o studia podpisali nie wiedząc, co jest w tych niby ich zeznaniach. Na rozprawie prokurator żądał przykładnego ukarania 15-stu lat więzienia, obrońca uniewinnienia. No, ale my mamy zeznania dwóch świadków proszę Wysokiego Sądu, pan ten, obywatel ten i obywatel ten. Ich przesłuchiwał pan prokurator przed Wielkanocą, matura była w maju. Maturę zdali, a już na studia się nie dostali, bo mieli odwagę na rozprawie powiedzieć to wszystko: "Nie czytaliśmy, pan prokurator nam powiedział: "Podpiszecie - zdacie maturę, bez problemu dostaniecie się na studia". Maturę zdali, bo była wcześniej niż moja rozprawa, ale na studia się przez parę lat nie dostali. Dopiero w kilka lat później dostali się na studia. Ja się znalazłem wtedy w więzieniu w Rawiczu- najcięższe więzienie. We Wronkach i Rawiczu było najwięcej księży uwięzionych.
Zresztą dużo
ludzi rzekomego podziemia było uwięzionych z błachych powodów. Moja mama
ciężko chorowała i bolała nad tym, że mnie zamknęli. Bardzo kochałem mamę i
mama bardzo mnie kochała. Przyszedł do Tarnowa ksiądz, który był wikarym w
mojej rodzinnej parafii, który był moim profesorem filozofii, znany ksiądz
filozof ks. bp. Dr Jan Stefa. Parę podręczników napisał. Był u nas w domu, no
i mama mówi: "Niech ks. biskup coś zrobi, żeby Stasia wypuścili z tego
więzienia". "No pani kochana, co teraz może biskup zrobić, nic nie zrobi.
Chyba przez jakiś księży patriotów będziemy próbowali uderzyć, żeby wyrok
zmienili czy żeby rewizja była". Miałem parę lat więzienia przesiedzianego
zanim mnie do ks. Prymasa wyciągnięto. Tak sobie myślę: "Boże ja tu naprawdę
nie miałem żadnych kontaktów z podziemiem, ani nic co by to było. I tak
dojechaliśmy na wieczór do Olsztyna. Tam jakąś kanapkę mieli, herbatę w
termosie. No i przywieźli mnie, noc, ciemno. Klasztor, nie klasztor,
więzienie. Zajechaliśmy, coś tam pokazał, pewnie tę swoją legitymację,
wjechaliśmy, brama żelazna, pancerna, kraty tylko widzę, zasieki na murze
jakimś takim wysokim. Wysiedliśmy i mówi chodźcie za mną. Widzę, że jakiś
klasztor korytarze, cele, zniszczony, zdewastowany, podłogi poniszczone, okna
z jednej j strony zabite deskami nawet nie oszklone, zimno bardzo. No nic
wprowadził mnie do jakiejś jednej z tych celi, która była potem moją celą
stałą. Obok była zaraz kaplica i cela prymasa, a dalej cela siostry, a potem
była centrala ich podglądowa i podsłuchowa. Na drugi dzień powiedziano mi:
"Episkopat Polski zwrócił się z prośbą do rządu, żeby księdza prymasa odsunąć
od sprawowania władzy nad Kościołem w Polsce - to ładnie zabrzmiało - Rząd się
przychylił do tego i tu ksiądz prymas będzie internowany. Episkopat wybrał czy
wybierze innego biskupa, który będzie sprawował władzę nad Kościołem. Ksiądz
prymas utrudniał porozumienie, cięgle były niesnaski, nieporozumienia i rząd
podjął decyzję uwięzienia, odizolowania księdza prymasa. Wy będziecie
kapelanem, żeby świat nie wrzeszczał, że prymas - cytuje dosłownie jego
powiedzenie: "Że prymas nie ma do kogo gęby otworzyć". Mówi: Tu będzie jeszcze
siostra, też z więzienia przywieziona, też tam niewiele przeskrobała, wyrok za
duży dostała to niech się rehabilituje pracą. Będzie pilnowała naszej pani
gospodyni, no żeby nie dolewała trucizny, nie dosypywała do jedzenia
prymasowi, żeby świat nie mówił - że będą truli prymasa, a powiedzą, że umarł.
Jutro prymas będzie przywieziony to was przedstawimy. Jakąś książkę wam
przyniosę, czytajcie, obiad wam też przyniosę jakiś". No i tak siedziałem, ale
już wtedy zobaczyłem przez okno, gdzie jesteśmy, jaki jest klasztor, ogród
zniszczony.
Na ogród wychodziły okna, wszystkie naprawione. Jednakże środkiem
na wysokości człowieka szły bielone pasy. Nie wiedziałem po co to, potem
przekonaliśmy się z łatwością. No i rzeczywiście wieczorem przywieźli księdza
prymasa. "Chodźcie, ubierzcie się przyzwoicie, przedstawię was prymasowi".
Zapukał do celi. "Ksiądz pozwoli, już nie mówił prymas ani kardynał, już był
odtąd ksiądz, to jest na czas internowania księdza prymasa kapelan księdza".
Prymas odpowiada: "A to ciekawe, bo dotąd to ja zawsze sam sobie kapelanów
wybierałem, mianowałem, a nie władza, ani partia i ubecja nic mi nie
mianowała". I on się wycofał. Więc ja się przedstawiam, jak się nazywam,
ksiądz prymas się uśmiechnął tak bardzo życzliwie. Ksiądz prymas powiada: "O
ja księdza nazwisko to zapamiętałem". Nie znaliśmy się przedtem w ogóle i ja
mówię: "W jaki sposób Eminencjo?" A on mówi: " Bo obrońca Jasnej Góry, który
bił Szwedów pod Jasną Górą, no to się nazywał Kordecki, a ksiądz jest
Skorodecki, stąd mi się skojarzyło". Ja mówię: "To proszę Eminencji ja coś mam
jeszcze z drugiego księdza, który pod Warszawą bolszewików bił, nazywał się
ksiądz Skorupka". "Ha, ha, ha rzeczywiście Skorupka i Kordecki, a teraz
Skorodecki znowu bije bolszewików tylko już nie pod Warszawą". I tak to
rozładował całą atmosferę. Ksiądz prymas obdarzył mnie bardzo wielkim
zaufaniem. Na drugi dzień ułożyliśmy program życia więziennego. Potem siostrę
przedstawił i w ten sposób znalazłem się w towarzystwie księdza prymasa.
Ksiądz prymas był chorowitego zdrowia. Nie wiem czy słuchacze wiedzą o tym, że ksiądz prymas nie miał otrzymać święceń kapłańskich. W grę wchodziła choroba płuc, ewentualnie podejrzenie nawet o gruźlicę. Lekarze radzili prymasowi Wyszyńskiemu jeszcze jako klerykowi, żeby leczył się. Z jego wątłym zdrowiem związana jest pewna historia. Powtórzę ją. Kiedy wreszcie zdecydowano, że otrzyma święcenia biskup czy rektor miał powiedzieć: "Taki świętobliwy diakon i taki wiedzę mający, mądry niech umrze jako ksiądz, niech odprawi chociaż tę jedną Mszę świętą". Kiedy w zakrystii stary kościelny katedralny zobaczył ks. prymasa powiedział: "Temu to raczej bliżej na cmentarz, a nie do święceń kapłańskich". Ksiądz prymas sam to opowiadał, więc to prawdziwie musiało być. Ale został wyświęcony, no a z łaski Bożej dożył 81 lat i wiele lat prymasostwa i ocalił Kościół polski. Nawet w "Tygodniku Powszechnym" pani Hennelowa i ksiądz Boniecki pisali, że terroryzował Kościół w Polsce, że powstrzymywał Sobór Watykański, długo nie chciał odprawiać twarzą do ludzi liturgii w języku polskim, że był prymasem ludu Bożego, ale nie trzymał z inteligencją, trzymał z ludem chustkowym i z chusteczkową pobożnością. No a właśnie ksiądz prymas całkiem odwrotnie uratował Polskę właśnie dzięki swojej postawie, uratował Kościół polski, bo bardzo spokojnie i roztropnie go prowadził. Także został uwięziony jako człowiek bardzo schorowany. Prymas tysiąclecia. Albo jeszcze inne powiedzenie: "Nie byłoby papieża Polaka na stolicy Piotrowej, gdyby nie twoje męczeństwo, gdyby nie twoja niezłomna wiara. Ksiądz Prymas był szalenie od siebie wymagający, ale i od nas wymagający, tak słodko wymagający, bo rzeczywistość była taka, że chciał mam służyć. No i ta dyscyplina zewnętrzna. Książka koło książki, grzbiety równo, ołówki nie rzucone byle jak. W tej ubożuchnej kapliczce, gdzie ołtarzem był stół z powyłamywanymi nogami, gdzie tabernakulum to był porozdzierany futerał, bo sprawdzano czy nie ma coś ukrytego w podszewce, nakryty welonem kielichowym. Ksiądz prymas się śmiał, że stanowimy najmniejszą diecezję świata. Bo jest biskup, bo jest kapłan, bo jest zakon, bo są niewierzący, no i pani gospodyni, która czasem wchodziła do kaplicy, żeby odmówić "Ojcze Nasz" i udawała, że jest wierząca. Mówił o sobie: "Ja jestem proboszcz, ty jesteś wikary, mamy zgromadzenie zakonne. Był to człowiek ogromnej wiary. Można było podziwiać z jaką wielką wiarą modlił się. Czasem mnie pytają: "A co się ksiądz nauczył od księdza prymasa?" Ja mówię: "Ja bardzo przepraszam, nie mam odwagi powiedzieć, że ja się nauczyłem, ja się uczyłem." Ale jeśli sobie coś przypisuje, to wydaje mi się, że to co ksiądz prymas o mnie pisze, że byłem człowiekiem modlitwy, uczuciowej modlitwy. Ja się od księdza prymasa uczyłem właśnie modlitwy.
Pamiętam taki szczegół. Ksiądz prymas nie miał długo wiadomości od ojca, ojciec staruszek stu letni sparaliżowany. Kiedyś przyszedł wbrew regulaminowi, w czasie, który był na coś innego przeznaczony i zawołał siostrę i mnie. "Dzieci chodźmy się modlić". Wchodzimy do kapliczki tej naszej, ksiądz prymas już klęczy. Ukląkłem z boku, również siostra, no i modliliśmy się w ciszy. Tak się zastanawiałem czy może ja mam coś prowadzić, ale spojrzałem w stronę księdza prymasa i wszystko zrozumiałem. Wpatrywał się w Chrystusa obecnego w hostii, wargi nie poruszały się, tylko poruszały się mięśnie na twarzy, mięśnie skroni pulsowały a oczy ślepo były prosto wpatrzone. Ja zrozumiałem, co to znaczy modlić się. Ogromnie dużo poza regulaminowym czasem wspólnych modlitw spędzał ksiądz prymas na czuwaniach i na modlitwach nocnych.
W Stoczku Warmińskim nie można było spać. Zimnica niesamowita, warunki fatalne, pokoje nie ogrzewane, bo piece stare, raz paliło się, raz się nie paliło, zimno było. Bardzo dużo nocy i czasu spędzaliśmy na czuwaniach. Czasem zaszedłem do kaplicy, nie na wspólną modlitwę, w nocy, kiedy też nie mogłem jakoś spać, coś tam przeżywałem i mało nie nadepnąłem na księdza prymasa, leżał na posadzce w tej kaplicy, modlił się. Ks. Prymas chorował ciągle. Okazało się, że - z całą odpowiedzialnością o tym mówię - biczował się. Siostra znalazła taki rzemyk. Więc nie mieliśmy żadnej wątpliwości, że ks. prymas biczował się. Człowiek niesamowitej modlitwy, takiej prostej modlitwy, takiego swojego sam na sam z Panem Jezusem. Uczył nas właśnie tego. Nie odizolowaliśmy siostry, ale ona była często zajęta praniem, sprzątaniem, przygotowywaniem posiłków. Więc byliśmy razem na rekreacjach. Ksiądz prymas mówił: "Słuchaj, masz wyrok, masz te 10 lat, jak ci Pan Bóg da siłę, że wytrzymasz, to wyjdziesz na wolność". Potem na pewnym etapie, zlecił mi i odebrał przysięgę zastrzeżoną pod wszystkimi karami, że gdy wyjdę po tych 10 latach, które miałem po wyjściu przekazać. Liczył się z możliwością zamordowania go. A równocześnie był człowiekiem ogromnej nadziei. 8 grudnia, po dwóch miesiącach ofiarował się Matce Najświętszej. Było to słynne oddanie się w niewolę za wolność Kościoła, oddanie w niewolę Matce Bożej za wolność Kościoła i Ojczyzny. Ks. prymas kochał bardzo ojczyznę i to nie były slogany, chciał jej służyć. Mówił: "Kocham Polskę bardziej niż swoje własne serce i to co czynię dla Kościoła to czynię równocześnie i dla Polski".
Jeśli chodzi
o cnoty Boskie to trudno nie powiedzieć, że ks. prymas odznaczał się wprost
wielką miłością się do każdego człowieka. Mówił: "Nigdy mnie nikt nie nauczył
nienawiści". Był absolutnie pozbawiony jakiejkolwiek nienawiści, nawet kiedy
mówił o tych panach, nawet kiedy czasem i krytykował coś, ale to nie było z
jakąkolwiek nienawiścią. Oni unikali spotkania z księdzem prymasem na schodach
w ogrodzie. Jeśli już natknął się na kogoś to mówił: "Bóg zapłać", "Szczęść
Boże", "Daj Boże zdrowie", "Daj Boże szczęście", "Jak się spało?". Chyba mieli
polecenie i tylko mruczeli coś pod nosem, nie wiadomo było, co odpowiadali,
ale jak najszybciej, mało co nóg nie połamali, uciekali gdzieś tam do siebie.
Byli to wybrani ludzie, 30 ubeków, 90 żołnierzy, którzy odbywali zasadniczą
służbę wojskową. Ci z bliska patrzący, myślę, że no doszli do przekonania, że
właściwie za co ten człowiek tu siedzi, odizolowany, po co my tu tracimy i
marnujemy na nudach czas. Myślę, że nie jeden z nich wewnętrznie się
przemienił. A mam takie potwierdzenie, zresztą ksiądz prymas to też do tego
wniosku doszedł, często żeśmy potem rozmawiali, bo po wyzwoleniu z kilkoma z
nich byłem w stałym kontakcie aż do śmierci. Jeden z nich zmarł niedawno, w
ten czwartek, a w poniedziałek byłem pożegnać się z nim. Odwiedzał moich
rodziców, jak jeździł do Krynicy. Mam mnóstwo listów i ta korespondencja jakoś
mnie broni, wystawia mi świadectwo. Pewnego dnia, w Wigilię, mróz był wielki,
wychodziliśmy do ogrodu na różaniec i ksiądz prymas kiedy spotkał tego pana
powiada: "No żal nam pana, współczujemy panu. Takie święto rodzinne, bo dla
nas to religijne, a pan musi tak tutaj stać, musi tu pan kogoś pilnować. A tam
w domu rodzina.
No pewnie żona czeka, pewnie dziadziuś i babcia, pewnie
dzieci, wnuki czekają, że dziadziuś przyjdzie z pracy, z ministerstwa,
przyniesie coś pod choinkę, podzielicie się opłatkiem, zaśpiewacie kolędy". On
to tak wysłuchał. Miał spuszczoną głowę i kiedy ksiądz prymas powiedział: "Ale
proszę przyjąć od nas najlepsze życzenia. My wam wcale nie mamy za złe, to
jest wasza praca. Taka jest trochę nijaka, ale taką żeście sobie wybrali, za
to wam płacą. My czas marnujemy tutaj, bo nasze miejsce jest gdzie indziej. I
ten człowiek wtedy podniósł głowę, spojrzał w oczy prymasa i powiedział: "Bóg
zapłać, Ojcze". Myśmy wyszli do ogrodu, stanęliśmy, wyjęliśmy różańce, a
prymas mówi: "No i co? No to pomódlmy się za niego i za nich". Z absolutnie
wielkim szacunkiem do każdego odnosił się ksiądz prymas.
Może jaszcze warto wspomnieć o warunkach w jakich był przetrzymywany ksiądz prymas zwłaszcza w Stoczku Warmińskim. Stoczek to był stary klasztor, opustoszały, mieszkał tam w jednym pokoju ksiądz diecezjalny czy zakonnik. Był tam obraz Matki Bożej łaskami słynący na Warmii i na Mazurach. Myśmy tego wszystkiego nie wiedzieli. Byliśmy odizolowani absolutnie. Klasztor był odcięty, ksiądz był w szpitalu, potem go wysiedlili gdzieś na wieś. Otoczyli klasztor podwójnym murem. Podnieśli mur do wysokości drugiego piętra. Drzewa, jak to stare przy dworach, przy klasztorach otoczyli drutami kolczastymi. Reflektory lepsze niż drużyny sportowe mają na stadionach, dzień i noc paliły się. Na zewnątrz warty, budki wartownicze żołnierzy rozmieszczone co paręnaście metrów. Obserwowali dom, zainstalowali łączność podsłuchową, podglądową. To co mówię teraz wiem od żołnierza, który dzisiaj jako starszy pan ma dwóch synów księży. Miałem rekolekcje w tej parafii po latach i on mi to wszystko opowiedział. Oni byli od przygotowania obiektu, no i znaleźli pod listwą w celach jakieś kable, poszli pytać porucznika czy to też mają zrywać. "A nie, nie to jest aparatura, bo tu będzie szkoła szpiegów, tu szpiedzy będą przygotowywani, to jest aparatura potrzebna". W każdej celi pod podłogą były podsłuchy. To co wspomniałem, obielone ściany, smuga, podsłuchy w koło. Podsłuchy były nawet w lampie, w takiej szerokiej lampie. W ogrodzie wytoczyli nam ścieżkę wśród tych chaszczy. Na jednym drzewie zauważyliśmy jakieś druty, stare kable, bo niby był to zniszczony ten ogród. I któregoś dnia ksiądz prymas powiada: "Wiesz ja bym nie był taki pewny, czy to też nie są jakieś kable. Akurat ta ścieżka została wytyczona. Zmieńmy sobie ścieżkę. Wychodźmy sobie tam równolegle dalej, tam jest mniej tej trawy, tego nieładu." I zaczęliśmy chodzić tą ścieżką. Wychodzimy któregoś dnia i ksiądz prymas mówi: "Popatrz Stasiu". Patrzę w stronę, w którą patrzy prymas, ale nic nie widzę. Ksiądz prymas się śmieje i mówi: "Nie widzisz nic?" No mówię: "Nie widzę". "A wierzysz, że krasnoludki są na świecie?" Żartował często i ja mówię: "No tak mówią, bajki takie są". Ojciec mówi: "To chodźmy i zobacz". Podeszliśmy pod drzewo, na którym byłe te kable przeniesione z tamtego drzewa przypadkowego. To już wszystko było jasne i zrozumiałe. W oknach strychu były dwa karabiny maszynowe. Aparatura tak działała. To właśnie żołnierze byli posłani, żeby sprawdzić czy nie zardzewiało i zobaczyli, że po ogrodzie chodzi prymas, a nie żadni szpiegowie. I stąd po roku ze Stoczka trzeba było prymasa zabrać, bo się już rozniosło. Dowiedziałem się o tym po latach kiedy byłem na rekolekcjach w Dąbrowie Tarnowskiej proboszcz powiada: "A to jeden z tych panów co was pilnowali, chciałby z księdzem porozmawiać". I on mi tych wiele spraw z tego czasu wtedy powiedział. Aparatura była tak jeszcze urządzona, że kiedyśmy chcieli otworzyć okno, przekręcaliśmy klamkę, zapalało się w centrali światełko i szedł sygnał do żołnierza na warcie za murem A5. I żołnierz, który miał A5 już patrzył w to okno bez przerwy co będzie. Otwieraliśmy klamkę do ubikacji czy na korytarz zapalało się światełko w centrali. Oni tylko nad tym siedzieli i zwracali uwagę na drzwi czy ktoś wychodzi z tej celi czy z tamtej celi. Więc tak było to urządzone. W Prudniku już było centralne ogrzewanie, bardziej nowoczesny klasztor, ale w Stoczku, piece prawie niesprawne były, więc było bardzo zimno. Woda była tylko zimna. Cały czas nie było żadnej innej możliwości.
W Prudniku
już się nieco poprawiły te warunki. I właśnie ten schorowany prymas, człowiek
wielkiej wiary, modlitwy, czuwania, człowiek nadziei, miłości połączonej z
szacunkiem. Natomiast państwo i czerwone media wyrabiały opinię, że ks. prymas
był człowiekiem apodyktycznym, wyniosłym, niedostępnym, nawet, że był
zarozumiałym. Znana była tendencja poróżnienia ks. prymasa z kardynałem
Wojtyłą. Prymasowi nie dano paszportu na wyjazd na Sobór, kardynał Wojtyła
dostał. W takim wypadku Ks. Kardynał Wojtyła odmówił wyjazdu. Ja na księdza
prymasa patrzyłem jak na człowieka wielkiej pokory. Uzasadnie. Któregoś dnia
ksiądz prymas powiada: "Jutro cię poproszę Stasiu o spowiedź i tak będzie do
końca. Będziemy razem regularnie spowiadali się co dwa tygodnie." Ja sobie
zdawałem sprawę co to znaczy. Stały spowiednik, to rady ascetyczne, to rada
duchowe. A ja byłem młodym kapłanem, miałem 6 czy 7 lat kapłaństwa i teraz mam
staremu prymasowi, człowiekowi wiedzy, urobienia duchowego, mam mu dawać rady
duchowe. Nie mieliśmy jeszcze wtedy żadnych książek, żadnej ściągi
ascetycznej, żeby coś przeczytać i być mądrym potem w konfesjonale, ale Łaska
Boża i Duch Święty działają. I jesteśmy kiedyś w ogrodzie, ksiądz prymas
bierze taki pniaczek, przenosi w jedno miejsce, żeby ani tego kabla nie było,
ani nic i mówi siadaj, będę się spowiadał.
Oblał mnie pot. Usiadłem, nie
bardzo wiem, co mam ze sobą zrobić. Chwile wahania, siedzę na tym pniaku.
Prymas ukląkł na trawie. Przysłoniłem sobie oczy, odsłoniłem ucho: "Mów synu"
Trudno i prymas się spowiada. Po spowiedzi prymas był wzruszony, wstając oparł
się o moje kolana, złapał mnie za rękę i pocałował mnie w rękę, nie zdążyłem
cofnąć. A ksiądz prymas się uśmiechnął i mówi: "Ja nie ciebie całuję w rękę,
ja Panu Jezusowi w twojej osobie dziękuję za przebaczenie, bo to jest
sakrament przebaczenia i miłosierdzia". No i tak już potem było przez cały
czas. To mnie tak jakoś troszkę podnosiło na duchu, że ma do mnie zaufanie, to
zresztą ciągle okazywał. To był człowiek pokory.
Kiedy zachorowałem ciężko, rwa, korzonki, ręką, nogą nie mogłem ruszyć, leżałem na pryczy w swojej celi, Ksiądz prymas przyszedł do mnie wieczorem i przyniósł mi swój koc. Ja byłem szczuplejszy, prymas był troszkę silniejszy. Wziął mnie za ręce i zawinął w koc, położył mnie na posadzce i otworzył okno, wietrzył celę. Potem prześcielił trociny w tym sienniku i poszedł do tzw. łazienki po wodę, zimną bo zimną i przyniósł ją. Potem klęknął przy moich nogach i natarł mnie tą zimną wodą. Potem położył mnie znowu na tą pryczę, zawinął mnie szczelnie całego po szyję. Mówi: "Pół godziny się nie ruszaj, a jak uśniesz to jeszcze lepiej, ale się nie odsłaniaj, bo jest powietrze nazimnione". Zrobił mi krzyżyka na czole i poszedł do swojej celi. Więc to jest dla mnie bardzo charakterystyczny wyraz tej wielkiej jego pokory. Ja nie mówię, że ja jestem pokorny, ale myślę, że dużo w tym względzie od księdza prymasa się uczyłem. Po uzyskaniu wolności, ksiądz prymas, no czy w dowód jakiejś wdzięczności, bo takie pełne wdzięczności listy pisał do rodziców, kiedyś był u nich, odwiedził ich kilkakrotnie, pamiątki różne zostawił, ciągle mnie czymś chciał wyróżniać. Kiedyś mnie poprosił żebym wstąpił do niego i coś mi tam zaproponował, nie będę o tym mówił, a ja upadłem do nóg prymasowi, dosłownie objąłem go za nogi, zacząłem całować i mówię: proszę ojca, proszę tego nie robić, bardzo o to proszę. Ja nie chcę, żeby potem było mówione, że ja wyjechałem na tym, że siedziałem razem z ks. prymasem w więzieniu. No i prymas powiedział: "Twoja wola, zwykle taką wolę szanuję".
Bardzo charakterystyczne dla prymasa, co rzutowało na modlitwę, na wiarę, na nadzieję i na miłość - specjalnie dopiero teraz o tym mówię - była jego maryjność, która też spotykała się tak często z zarzutami i wśród duchownych, i wśród ludu. Dewocja maryjna. Wszystko tylko na Jasną Górę, na Jasną Górę i do Częstochowy, i pielgrzymki, i nawiedzenia, i tylko Matka Boża. Często mnie pytano, jak ja to odbierałem? Ja mówię: "Moi kochani, dziecięctwo maryjne, maryjne dziecięctwo". Mówię: "Popatrzcie na mamę, która trzyma maleństwo na rękach, a ono obcałowuje mamę, obejmuje za szyję i pyta raz po raz: "Mamo kochasz mnie?" - "Kocham cię, rybeńko" i cmok. Ono za chwilę: "Kochasz mnie?" - "No kocham cię". No to jest maryjność prymasa. Takie dziecięce: "Wszystko postawiłem ma Maryję, Jej zawierzyłem losy Kościoła i narodu w naszej Ojczyźnie." I ksiądz prymas powiadał: "Ojciec co roku wędrował na Jasną Górę, matka co roku pielgrzymowała do Ostrej Bramy. W domu już wtedy, tyle lat przed pierwszą wojną światową odmawiano u nich różaniec wspólnie. Mówił prymas: "Musiałem klęczeć z tyłu za rodzicami, to tak sobie troszkę kucnąłem, jak zajączek na piętach, jak tato zobaczył to mnie zaraz przywołał do porządku i musiałem klęczeć. I tak się nauczyłem tego różańca i to mi potem zostało." Pierwszej nocy naszego spotkania, ksiądz prymas miał różaniec. Podarował mi go. Przechowują go tak, jak kielich więzienny, w którym odprawialiśmy Msze św., też dostałem w podarunku. Ksiądz prymas podniósł ten różaniec i mówi: "Codziennie będziemy odmawiali wszystkie trzy części różańca". I tak trzyma ten różaniec, tak mnie objął i mówi: "Ten różaniec nas stąd wyprowadzi. Będziemy się modlili, żeby Matka Boża dała mam znak, że Ona mam wyprosiła naszą wolność, żeby to było w Jej dzień, w Jej miesiącu, w Jej święto jakieś". Ks. prymas mówił to z taką wielką wiarą, i nadzieją, i miłością, i równocześnie, z zaufaniem, że to tak będzie. I proszę sobie wyobrazić. No i odmawialiśmy codziennie wszystkie trzy części różańca. Odmawialiśmy go w ogrodzie zawsze po śniadaniu, po obiedzie, przed kolacją albo po kolacji w lecie. Ksiądz prymas został przywieziony do Stoczka w październiku. Październik - miesiąc różańcowy. Ze Stoczka do Prudnika przywieziony w październiku - święto Matki Bożej Różańcowej. Z Prudnika do Komańczy przywieziony w październiku. Z Komańczy zaznajomiony z dekretem rządu, że wraca ma wolność, że jest amnestia dla księży i jest zwolniony - w październiku, w sobotę w dzień Matki Bożej. Miał jechać prosto do Warszawy. Przeczytałem dekret. Przyjechali z pustym, super wyposażonym samochodem dla prymasa. Powiedzieli, że mają prośbę, bo towarzysz Gomółka powiedział: "Nie wracajcie bez prymasa". Już Gomółka przejął władzę, ale naród dał warunek: aprobują Gomółkę, nie będzie rozlewu krwi, jeżeli prymas będzie dzisiaj w nocy w Warszawie. I ksiądz prymas, paradoksalna rzecz, więzień dyktuje warunki, mówi do ministra: "A ja stawiam warunek, że będę miał tu obiecane za chwile, że wyjdą też wszyscy biskupi i księża i podziemie polityczne przestanie być prześladowane". "No my nie mamy tych uprawnień". "To trudno, będę czekał, aż wy dostaniecie te uprawnienia". I oni pojechali na godzinę do Sanoka, wrócili, "Tak, jest zgoda, Gomółka, rząd i partia przyjmują ten warunek, proszę poświęcić swoje osobiste upodobanie dla ocalenia narodu". Ks. prymas poszedł na chwilę się pomodlić do kaplicy. Powiedział: "Dobrze, wracam do Warszawy". To już byli zadowoleni, o północy gdzieś wrócili do Warszawy.
Jeszcze jedno
co do maryjności prymasa. Ani partia, ani rząd, dobierając miejsca, czy
szukając miejsc na pewno nie zwrócili uwagi na to, że te miejsca więzienia
związane były z kultem Matki Bożej. W Rywałdzie Królewskim było sanktuarium
Matki Bożej - czczona była Matka Boża Cygańska. Przyjeżdżali tu Cyganie,
Romowie z całej Europy. W Stoczku Warmiński czczona była Matka Boża Królowa
Pokoju. W Prudniku czczona była Matka Boża Anielska. Było tu sanktuarium
Opolszczyzny, dróżki Matki Bożej. W Komańczy czczona była Matka Boża
Jasnogórska, ale bez tych koron, bez tych wszystkich ozdób. We wszystkich
miejscach cudowny patronat, opieka Matki Bożej. Ja w tym absolutnie widzę
palec Boży. Może jeszcze tak już pod koniec można podsumowac cały okres
uwięzienia księdza Prymasa. Jedzenie było bardzo proste, skromne, żadnych
frykasów. Raz czy drugi podała rodzina paczkę. Treść tej paczki po rewizji nie
nadawała się już do spożycia, wszystko było zmiętoszone, porozdzierane, ciasto
było wymieszane z lekarstwami, które przepuszczone były przez jakąś analizę
chemiczną. No niesamowite rzeczy. Listy zawsze były podrapane, powyrywane,
poniszczone, które ojciec pisał czy rodzina pisała, bo biskupi nie mieli
żadnego kontaktu, dopiero w Komańczy. W październiku już były troszkę lżejsze
warunki. I w tym wszystkim ksiądz prymas charakteryzował się wielką pogodą
ducha. On nas chciał ratować przed pesymizmem, a to opowiadał jakieś anegdotki
humorystyczne, w niedzielę siedzieliśmy przy stole, śpiewaliśmy, ogromnie dużo
rozmawialiśmy, potrafił żartować myślę, że nawet przy jego ogromnej
inteligencji i takim polocie sam wymyślał jakieś anegdotki albo żarciki, żeby
nas troszeczkę zabawić, rozerwać. Obserwował wspaniale przyrodę.
Wracał do
celi, siadał i pisał zaraz jakieś morały, jakieś spostrzeżenia. We framudze
okna w celi prymasa uwiła sobie gniazdko mychołówka, malutka ptaszynka. Ksiądz
prymas mi o tym mówił: "No wiesz, tylko zastanawiam się skąd ma przydział, czy
Warszawa przydzieliła, czy miejscowe władze przydzieliły. No, ale wysiedziała
małe, przyszedł czas na lekcje fruwania, sfrunęła matka troszkę niżej na
drzewo, skrzeczy i przywołuje. Trójka czy czwórka maleństw sfrunęła do matki i
jeden tchórz został". Ksiądz prymas mówi: "Uchyliłem okno dałem mu prztyczka w
ogonek na odwagę, no i sfrunął. Tam był raban wielki, gdzie one siedziały.
Zamknąłem okno i tak sobie stanąłem z boku czekam, patrzę, frunie matka do
gniazdka, ogonek nerwowo trzepocze. Za chwilę dziobem tak jakby dzięcioł, tak
mocno bije w tą szybę tym małym dzióbkiem. Ja patrzę, ale słucham, ona coś do
mnie mówi, wiesz co mi powiedziała? "Nie mieszaj się do nie swoich spraw,
wychowanie dziecka należy do matki, a nie do kołchozu, nikt mi nie będzie
dyktował jak ja mam dzieci wychowywać". No i uśmiech, zabawa i zaraz napisał,
jaka jest nauka, prawo i obowiązek matki.
Człowiek niesamowitej pracy, jak wspomniałem, wszystkie dzieła, które realizował potem, powstały w Stoczku i Prudniku. Zawsze dawał mi do czytania to wszystko. Co sądzisz o tym? Tak jak mi zaproponował będziemy się uczyli języków. W jeden dzień będzie taki, w drugi taki. Ja mówię: "Proszę ojca, to będzie tak, jak mówił dziad do obrazu, a obraz do niego ani słowa, ani razu. Dał ci pan Bóg dziesięć palców u rąk dziesięć u nóg, nie będziesz wiedział to pokażesz. Zawdzięczam w tym względzie także dużo, księdzu prymasowi, także był człowiekiem pogody ducha, jakiegoś mimo wszystko optymizmu, jakkolwiek z tego wszystkiego, doskonale sobie zdawał sprawę. Zresztą kiedy mnie straszył pan ubek to powiedział: „Dać już spokój, już nie opowiadać, prymas już miał taki pogrzeb, jakiego żaden pierwszy sekretarz nie miał i nie będzie miał, nawet w Moskwie”. Mówił: „Już nie jeździć, nie mówić, daliśmy prymasowi to co mu się należało”. Ale najbardziej charakterystyczne i to myślę, że to jest najbardziej znaczące, żeby już tak zamknąć to wszystko, to najbardziej oddaje wszystko napis, który był umieszczony na jednym z wieńców w czasie pogrzebu, który nieśli jeszcze oficerowie Ludowego Wojska Polskiego, biało - czerwone szarfy, biało - czerwone kwiaty i złoty napis na tym wieńcu: „Nie koronowanemu królowi - Polski naród”. No to było coś, coś wspaniałego. No wydaje mi się, że tak podzieliłem się, może troszkę chaotycznie, ale starałem się to jakoś w miarę uporządkować. Może coś pominąłem, ale naprawdę nie celowo, bo nie chciałem ani wybielać, ani stawiać w innym świetle. To były moje własne odczucia.