W obronie polskich interesów

 

Spis treści:

I. Skutki wrześniowych wyborów
II. A miało być „normalnie"!
SLD-owski Lisek Chytrusek (L. Miller)
Nadmierna pewność siebie na finiszu
Czarna seria wpadek i rejterad
Prysnął mit minister Piwnik
Molochy ocaleją
Kontrowersje wokół pomysłów M. Belki
III. Chore „elity", chore państwo
Biurokracja III Rzeczypospolitej
Okradanie biednej Polski
IV. Chory Sejm i Senat, chore partie
Armia generała Millera
Dawni aparatczycy
Nowi aparatczycy, dyrektorzy, naczelnicy
Oskarżani o „ciągotki alkoholowe"
Ciekawostki na temat gospodarczej działalności niektórych posłów SLD
„Strateg" SLD
Politolog-propagandysta L. Pastusiak
Filozof z betonu (M Szyszkowska)
SLD-owcy wycinają się niemiłosiernie
Wasale SLD z Unii Pracy
Platforma kameleonów
„Ślizgacz" Olechowski
Na bakier z polskością - Donald Tusk
Technokrata, ponurak Płażyński
Piskorski, mistrz „gierek" politycznych
„Prywatyzator" 0. Lewandowski)
Spory wśród ludowców
W co gra Andrzej Lepper?
Sejmowa szarża Leppera
Prawda o skorumpowaniu klasy politycznej
Brutalizmy Leppera a rynsztok Urbana
„Dostojny" Lepper i „obrońcy godności" z SLD
Kilka słów na koniec


 

Platforma kameleonów

Platforma Obywatelska jest jaskrawym przykładem swoistego pospolitego ruszenia różnych, najczęściej nieźle zgranych polityków z Unii Wolności, SKL-u i AWS dla kolejnego dopchania się do Sejmu. Mogliby sobie za motto wziąć słynny kuplet ze „Słówek" Boya o galicyjskim polityku:

Żadnych politycznych

Nie zna on przesądów,

Każda Partia dobra,

Byle dojść do rządu!

Przerażający jest fakt, jak dzięki nagłośnieniu medialnemu można było zwieść tak wielu ludzi co do charakteru i celów tego bardzo nieciekawego zbioru kameleonów i karierowiczów różnych maści. Przedstawiano jako rzekomo nowoczesną formację mogącą radykalnie przyspieszyć rozwój Polski grupę politykierów, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, zostawiając po swoich niedokonaniach głównie wiele niesmaku. Osobną grupę w Platformie, dziś coraz bardziej w konflikcie z nią stanowili starzy gracze z SKL-u typu Artura Balazsa. Dla tych ostatnich wejście do Platformy Obywatelskiej było tylko udanym zabiegiem socjotechnicznym przed dostaniem się do Sejmu. Jak wyznał potem szczerze, a cynicznie, jeden z liderów SKL Krzysztof Oksiuta: Nigdy nas, SKL, nie łączyły żadne wspólne idee. Przyznam szczerze, że to była jedynie metoda na dostanie się do parlamentu. Dziś PO przeżywa wyraźny kryzys i pierwszy rozłam, odejście części polityków z SKL. Uzyskała znacznie niższy wynik niż prorokowano jej w mediach i sondażach, bo bardzo wielkie pieniądze na reklamę nie mogły wyrównać słabości cechującej PO ogromnej pustki programowej. Początkowo wielce komplementująca PO profesor Jadwiga Staniszkis przyznała na temat Platformy: (...) zrobiła kiepską kampanię, a jej przywódcy okazali się paradoksalnie niemedialni. Telewizja wychwytuje to, że nie ma się nic do powiedzenia. Można milczeć znacząco, ale takie milczenie jest nieznośne na dłuższą metę.

O słabości Platformy Obywatelskiej w niemałej mierze zadecydował najsłynniejszy jej lider, bardzo nie lubiący się przepracowywać Olechowski. Po wrześniowych wyborach, które przyniosły Platformie wynik znacznie słabszy od oczekiwanego, Olechowski wyraźnie jakby stracił do niej serce i mało jest widoczny, w sytuacji wymagającej wysiłków dla rozwijania nowej partii. Prawdą jest to, że z góry przy tworzeniu Platformy powiedział jasno, że przystępuje do całej inicjatywy, daje nam twarz i nazwisko oraz wyborczy kapitał, ale od ciężkiej pracy ma być kto inny. On tego nie lubi (według zwierzeń anonimowego liberała z PO odnotowanych w „Nowym Państwie" już 19 stycznia 2001 r.).

Przedstawiam niżej dość szeroko portrety czołowych postaci Platformy Obywatelskiej, by tym lepiej uwidocznić, zgodnie ze słowami szwedzkiego XV-wiecznego kanclerza Axela Oxenstierny, jak małą mądrością rządzony jest ten świat. Jeśli politycy tego pokroju mogli oszukać w tych wyborach aż tylu ludzi. Jeśli człowiek taki, jak Olechowski zdobył drugie miejsce w wyborach prezydenckich i choć jest kandydatem oligarchii pozyskał nawet dużą część tak radykalnego socjalnie ROP-u. Przykro pisać i mówić!

Spis treści

 

„Ślizgacz" Olechowski

Andrzej Olechowski jest jednym z najbardziej typowych przykładów koniunkturalistów, którzy porobili w latach 90. świetne kariery dzięki wyjątkowej wprost umiejętności zmieniania poglądów zależnie od sytuacji. A zaczynał tak niewinnie jako typ człowieka zabawowego, niechętnego do jakiegoś zdyscyplinowania. Miał niezłe zadatki na wiecznego studenta - studiował na SGPiS-ie 7 lat. Szybko za to dał się poznać jako spec od rozrywki. Był disc jockeyem w „Stodole", pisał piosenki, zakładał klub rockowy (wraz z Wojciechem Mannem). Pracował jako prezenter muzyczny w Polskim Radiu, został nawet menadżerem zespołu „Trzy Korony".

Dość szybko wkroczył jednak na zupełnie odmienne ścieżki. Nawiązał współpracę z PRL-owskim wywiadem (kryptonim „Must"), co zapewniło mu dostatnie życie i określone przywileje, choćby możliwość dobrze płatnych pobytów na Zachodzie. Pracował w genewskiej agendzie ONZ UNCTAD, później w Banku Światowym i pilnie słał odpowiednie raporty do PRL-owskiej centrali wywiadowczej. Nieprzypadkowo też przy „okrągłym stole" reprezentował stronę komunistyczną. Polityka „grubej kreski" ułatwiła mu szybkie awansowanie i po czerwcu 1989 r. zostaje wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego i wiceministrem w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą.

Adam Glapiński, który był szefem Olechowskiego w Ministerstwie Współpracy Gospodarczej z Zagranicą w 1992 r. (Olechowski był tam wiceministrem) wspominał później, że wyraźnie niepokoił go nazbyt optymistyczny stosunek swego zastępcy do kapitału zagranicznego. Mówił o Olechowskim: Uchodził wśród zagranicznych partnerów za bardzo dobrego negocjatora i to zawsze budziło mój niepokój. Mówi się przecież, że najlepszy negocjator to ten, którego nie lubią jego partnerzy. Dość paradoksalnie Olechowski, były agent wywiadu, właśnie Olszewskiemu zawdzięczał swój pierwszy wielki awans ministerialny, zostając wiosną 1992 r. ministrem finansów w jego rządzie. Na tym stanowisku podpisał nader niekorzystną dla polskiej strony umowę z włoskim Fiatem.

Sam tekst (tajnej!) umowy z Fiatem został wyciągnięty w trzy lata po jej zawarciu przez lewicową „Politykę", ostro krytykującej Olechowskiego za całą sprawę. Zarzuty podjęto też w innych pismach. Marcin Dominik Zdort przypomniał w „Rzeczpospolitej" z 12 lipca 1995 r., że Olechowskiemu zarzucano pójście na zbyt duże ustępstwa wobec Fiata, które w praktyce oddały tej firmie monopol na produkcję samochodów małolitrażowych w Polsce.

Dość wcześnie, bo już 3 maja 1992 r. pisano we „Wprost": W kuluarach sejmowych mówiono (...), że Olechowski to „zręczny ślizgacz" (...) że jest facetem „z predyspozycjami paraestradowymi", który opanował umiejętność sprzedania własnego wizerunku i takiego operowania słowem, by wiele mówiąc mało powiedzieć, nikogo nie urazić, a wszystkim dać nadzieję. Nie był długo członkiem rządu Olszewskiego - po trzech miesiącach podał się do dymisji pod niezbyt istotnym pretekstem (przypuszczalnie na życzenie Wałęsy, który dążył do obalenia rządu Olszewskiego).

Oportunizm i umiejętności przystosowywania się Olechowskiego szybko zyskały mu zaufanie Wałęsy. Już wiosną 1992 r. Wałęsa zachwalał Olechowskiego jako kandydata na premiera w dość szczególnej, typowej dla siebie stylistyce, mówiąc, że spełnia ona zuarunki teoretyczne, praktyczne i fizjologiczne (podkr. J.R.N.), niezbędne do przeprowadzenia reform. W tamtych latach przy każdej okazji, jak mógł wysławiał Wałęsę w najbardziej wymyślnym panegirycznym stylu. Można powiedzieć, że był jednym z najgorliwszych rzeczników tak popularnej wśród polskich karierowiczów zasady „Dzień bez pochlebstwa jest dniem straconym"! Dziś mało pamięta się, jak bardzo ten akcentujący swój pragmatyzm i nowoczesność polityk, był w swoim czasie zdolny do najgłupszych, najbardziej absurdalnych nawet publicznych pochlebstw pod adresem swego głównego protektora Lecha Wałęsy. „Wsławił się" m.in. powiedzeniem: Jeśli ktoś za kilkaset lat pokusi się o napisanie krótkiej historii świata, to jedynym Polakiem, który ma szansę się w niej znaleźć jest właśnie Lech Wałęsa. Nie będzie w niej ani Kopernika, ani Chopina.

Te tak lizusowskie dywagacje Olechowskiego o Wałęsie najostrzej skomentował Gustaw Herling-Grudziński w paryskiej „Kulturze" z listopada 1993 r., pisząc, że po takiej wypowiedzi wolno niestety zastanawiać się czy aby nasza „scena polityczna" nie zmierza wielkimi krokami do przeistoczenia się w ośrodek psychopatologii politycznej.

W wywiadzie dla „Wprost" z 12 września 1993 r. Olechowski wysławiał Wachowskiego mówiąc m.in.: świetnie mi się współpracuje z ministrem Wachowskim i bardzo sobie tę współpracę cenię (...) mogę powiedzieć, że jest bardzo przydatny prezydentowi, bo przecież Lech Wałęsa nie ponosi porażek tylko ma sukcesy. W dwa lata później po odsunięciu Wachowskiego przez Wałęsę miał już tylko złe słowa dla upadłego faworyta. Zwierzał się „Gazecie Wyborczej" z 16 listopada 1995 r.: Rozróżniam politykę przez duże „P" i przez małe „p". Ta przez duże „P" to realizowanie ambitnych celów i urzeczywistnianie wartości. Polityka przez małe „p" polega na konfliktowaniu ludzi, intrygowaniu, sianiu nieufności. Ja bym chciał, żeby prezydent zawsze prowadził politykę przez duże „P", ale pan Wachowski za dużo lonosił tego małego „p". Dlatego też doszło do rozstania.

Mało się dziś pamięta, że Olechowski po 1992 r. współuczestniczy w tworzeniu wałęsowskiego Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform, co więcej - to on pisał program BBWR i był szefem jego Rady Programowej. Organizując dla Wałęsy BBWR liczył na premierostwo z jego nadania. Zbyt słabe wyniki wyborcze BBWR przekreśliły jednak te marzenia. Dzięki Wałęsie został jednak ministrem spraw zagranicznych w rządzie W. Pawlaka. W październiku 1994 r. złożył swoją dymisję z rządu Pawlaka, oburzony z powodu umieszczenia go na fzw. Liście Cimoszewicza, tj. na liście wyższych urzędników zasiadających w radach nadzorczych spółek i biorących dzięki temu dodatkowe wynagrodzenie.

Po utracie prezydentury przez Wałęsę, wyraźnie odsunął się od niego. Wywołał tym niekłamaną niechęć u swego byłego protektora. Olechowski z rozgoryczeniem uskarżał się w 2000 r.: Przed pięciu laty Wałęsa obiecywał, że w następnych wyborach mnie poprze, a dziś twierdzi, że poparłby najgorszą chabetę, byle nie mnie.

Później zaangażował się w Ruchu Stu, został tam nawet przewodniczącym Rady Politycznej. Szybko rozczarował się i ustąpił z funkcji, gdy został przegłosowany w sprawie wejścia do AWS, do której wszyscy chcieli wejść poza nim. W końcu i on sam zdecydował się na poparcie AWS-u na krótko. Uznał jej program za nazbyt narodowy i prawicowy, i wszystko to ogłosił w obszernym liście do Krzaklewskiego, drukowanym w „Gazecie Wyborczej". Zadeklarował tam poparcie Unii Wolności, choć faktycznie niewiele zrobił i w tym kierunku.

Postawę Olechowskiego wobec narodu i sprawy niepodległości najlepiej wyraził fragment jego bardzo agresywnego listu z 1997 r. do Mariana Krzaklewskiego, publikowanego w „Gazecie Wyborczej". Olechowski stwierdził tam wprost: (...) Nowoczesnego państwa nie zbudują politycy niepodległościowi. Ich państwo to gombrowiczowski „stwór Święty Ciemny", którego stale trzeba bronić przed wrogami - sąsiadami, agentami, Żydami, masonami albo właścicielami supermarketów (...).

Szczególnie smakowitą lekturę stanowi dziś tekst wywiadu Donalda Tuska dla „Rzeczpospolitej" z 2 października 2000 r. Tusk, już w kilka miesięcy potem wchodzący wraz z Olechowskim do przywódczego grona „trzech tenorów", tworzących Platformę Obywatelską, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" dokładał Olechowskiemu, ile wlezie. Mówił tuż przed wyborami prezydenckimi w związku z kandydaturą Olechowskiego: Głosując na Andrzeja Olechowskiego, kwestionowałbym wysiłek tysięcy ludzi, także swój własny; włożyłbym w ironiczny cudzysłów dwadzieścia najważniejszych lat mojego życia. Nie odpowiada mi żadna wersja polityki, której istotnym elementem jest unieważnienie przeszłości (...). Jeśli coś mnie niepokoi w tym, co prezentujący tacy kandydaci jak Kwaśniewski czy Olechowski, to próba deformacji przeszłości. Nie mam w sobie śladu zaciekłości wobec ich biografii, a szczególnie wobec Olechowskiego. Ale odczuwani osobistą przykrość, kiedy słyszę, że życiowy wybór Olechowskiego w latach 70. i 80. w jego ocenie, to była służba Polsce i patriotyzm. (...) Życiowe wybory takich ludzi jak Olechowski, którzy decydowali się na współpracę z wywiadem, pozwalał im uzyskać paszport, awans, mieć dostanie życie, robić karierę etc. Nie przyjmuję do wiadomości, że był to sposób na patriotyzm.

Zaledwie trzy miesiące później ten sam Tusk, nie bacząc na przeszłość Olechowskiego, w styczniu 2001 r. wraz z nim współtworzył Platformę Obywatelską. Zapytany przez dziennikarki „Gazety Wyborczej" z 17 lipca 2001 r., )ak mogło dojść do tak radykalnej zmiany jego poglądów, Tusk powiedział: Me zmieniłem swojej oceny przeszłości i moje dwie rozmowy z Olechowskim - zanim spotkaliśmy się w trójkę - dotyczyły właśnie przeszłości. To były trudne rozmowy. Ale też pamiętam, że miesiąc po moim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" Olechowski powiedział publicznie, że wstydzi się tamtej decyzji i że zabrakło mu odwagi, by być po drugiej stronie.

Spis treści

 

 

Na bakier z polskością - Donald Tusk

Do najszkodliwszych dla polskich interesów działaczy Platformy Obywatelskiej należy jeden z trzech jej czołowych przywódców, były wiceprzewodniczący Unii Wolności, wicemarszałek Sejmu Donald Tusk. Był politykiem, który od początku, na każdym kroku, usprawiedliwiał proceder wyprzedaży polskich zakładów zagraniczniakom szokująco poniżej ich wartości. Aby usprawiedliwić politykę prywatyzacji za bezcen, tak pospiesznie realizowaną przez jego kolegę partyjnego J. Lewandowskiego, Tusk publicznie akcentował, że rzekomo i tak, co sprzedajemy nie ma żadnej wartości, wyrażając skrajną pogardę dla możliwości polskiego przemysłu. Dawał do zrozumienia wprost, że cały polski przemysł jest tylko kupą bezwartościowego złomu. W wystąpieniu na spotkaniu z wyborcami w Starachowicach, w sierpniu 1993 r., Tusk deklarował: Mogę stanąć nago na głowie na szczycie Pałacu Kultury i powtarzać, że prywatyzacja już przyniosła Polsce biliony złotych, że polskie przedsiębiorstwa są mało albo nic niewarte i dlatego są tanio sprzedane (por. Z. Nowak „Tusk nagi", „Gazeta Wyborcza", 14-15 sierpnia 1993 r.).

Dziś wiemy, jak wiele świetnie funkcjonujących zakładów (choćby Kwidzyn) zostało sprzedanych kosztem mizerii całego narodu poniżej swej wartości. Mimo to Tusk, jedna z osób najbardziej odpowiedzialnych za popieranie tych tak katastrofalnych dla Polski działań, jest wicemarszałkiem polskiego Sejmu.

Inna sprawa, że takie rzeczy, jak polskie interesy, polskość (a może nigdy) nie rajcowały Tuska. Już w 1987 r. wystąpił na łamach „Znaku" z jednoznaczną koncepcją skrajnego wyobcowania z polskości. Mówił wprost: Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość - to nienormalność - takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu.

Wyobcowanie z polskości łączy się u Tuska z wyraźną niechęcią do Kościoła katolickiego. Były przywódca prawego skrzydła Kongresu Liberalno-Demokratycznego Lech Mażewski oskarżał Tuska jako jedną z osób szczególnie odpowiedzialnych za „swoistą barbaryzację KL-D", jej odejście od pierwotnych nawiązań do tradycji etyki chrześcijańskiej i pojawienie się klerykalizmu. Jak pisał Mażewski w katolickim „Ładzie" z 17 kwietnia 1994 r. pod koniec 1992 r. czołowi przywódcy (D. Tusk czy J. Lewandowski) zaczęli krążyć po Polsce z kagankiem oświaty seksualnej, twierdząc, że bez nieograniczonego prawa do aborcji nie ma prawdziwej demokracji, a jedynie zakamuflowana dyktatura Kościoła.

W styczniu 1997 r. szczerze wyznał w wywiadzie dla „Głosu Wybrzeża", pytany, z jakiego powodu najczęściej gryzie go sumienie: Z powodu lenistwa. Mówił to człowiek, który sam w jednym z wywiadów pomstował na polską "próżniaczą klasę" polityczną. Przypomniano mu to w czasie wywiadu dla „Gazety Wyborczej" z 17 lipca 2001 r., pytając: Czy jednak Pan sam nie jest przedstawicielem klasy próżniaczej? (...). Przyznaje się Pan, że nie potrafi się przebić ze swoimi pomysłami, a zatem nic Pan nie wytwarzał. W wywiadach prasowych chwalił się Pan zamiłowaniem do drogich garniturów kupowanych za senacką dietę. Czy to nie jest klasyczny przykład członka klasy próżniaczej?

W tym samym wywiadzie z Tuskiem dla „Gazety Wyborczej" pytano: W wywiadzie dla „Echa Dnia" tak Pan tłumaczył swoje odejście z Unii (Wolności - J.R.N.): - „Me chciałem żyć w tym politycznym ciepełku, którego głównym sensem jest pobieranie wynagrodzenia. Mam niewiele ponad 40 lat i jeszcze chce mi się coś robić". To dlaczego tak długo tkwił Pan w tym ciepełku i nie chciało się Panu czegoś zrobić?

Niechęć do wartości chrześcijańskich i narodowych ściśle łączy się u Tuska ze skrajnym koniunkturalizmem, niebywałą łatwością zmieniania poglądów w zależności od sytuacji. Wspomniana przy sylwetce Olechowskiego skrajnie radykalna zmiana poglądów na jego temat ze strony Tuska była dość typowa dla różnych metamorfoz tego ostatniego polityka. Już 23 listopada 1991 r. Tuskowi przypomniano na łamach „Tygodnika Solidarność": Zofia Kuratowska i Piotr Nowina-Konopka stwierdzili, że pan przynajmniej dwa razy dziennie zmienia opinię. Mówili to działacze z kręgu Unii Demokratycznej, a więc partii, w której parę lat później, po jej połączeniu z liberałami (jako Unii Wolności), sam Tusk miał stać się wielce prominentnym działaczem.

Spis treści

 

 

Technokrata, ponurak Płażyński

Powszechnie uważany jest za sztywnego, kostycznego, „drewnianego". Działający dziś z nim jako współtwórcą Platformy Obywatelskiej Donald Tusk mówił o Płażyńskim: Raczej ponurak, niespecjalnie błyskotliwy. Mówca też z niego nietęgi („Nowe Państwo" z 3 marca 2000 r.). Mimo tych wad zrobił jednak dużą karierę polityczną, dochodząc do stanowiska Marszałka Sejmu, a później stając się jednym z kilku czołowych polityków PO. Swoje awanse zawdzięcza przede wszystkim dużej pracowitości, szerokim kontaktom z ludźmi i kto wie, czy nie w największym stopniu - umiejętnościom przystosowywania się do kolejnych osób na górze. Nieprzypadkowo nazywano go w swoim czasie „człowiekiem Wałęsy"; należał do „dworaków" ze świty żony Wałęsy - Danusi. Ma jednak wielkie zasoby cierpliwości i umiejętności znoszenia nudy, bo jak pisał Igor Zalewski w „Nowym Państwie" o tym dworze: Towarzystwo tam było bardzo nieciekawie: restauratorzy, policjanci zawdzięczający awans łasce prezydenta. Jako wojewoda gdański Płażyński wyrobił sobie pierwszą znaczącą pozycję, a usuniecie go z tego stanowiska przez postkomunistów znacząco dodało mu popularności. Jako wieczny potakiewicz wobec Krzaklewskiego został poparty przez niego na najwyższe dotąd stanowisko - Marszałka Sejmu. Niedoświadczenie i słaby wzrok sprawiały, że początkowo wypadał dość fatalnie na tym stanowisku, z trudnością odczytując wyniki głosowań. Postkomuniści, widząc tę powolność marszałka, wybrali go za ulubiony cel swoich drwin, przy każdym chwilowym zawahaniu marszałka, wołając: Wyniki! Wyniki! Złośliwie przezwali go nawet Marszałek Przerwa-Płażyński.

Płażyńskiego jako polityka AWS-u obciąża aż nadto wiele rzeczy. Najpierw to, że ten skądinąd sprawny technokrata, faktycznie nie zrobił nic dla zapobieżenia upadkowi kolebki „Solidarności" Stoczni Gdańskiej. Później, że jako Marszałek Sejmu z ramienia AWS-u, realizował politykę bardzo bliską Unii Wolności.

Znamienne... i skandaliczne zarazem było to, że nie poparł w Sejmie tak sztandarowego postulatu AWS-u jak dekomunizacja. Odrzucał anty-korupcyjne poprawki Dorna, mętnie tłumacząc swoje opory tym, że w walce z korupcją nie prawo jest najważniejsze. Odmiennie niż większość AWS opowiadał się za wejściem liberalnego kodeksu karnego. Inny, wielce wymowny rys przy portrecie Płażyńskiego. Przez lata potakujący wobec Buźka i Krzaklewskiego marszałek po raz pierwszy zdobył się na stanowczy sprzeciw wobec nich w obronie interesów Unii Wolności. Napiętnował powołanie komisarza w Warszawie, które uderzało w interesy Unii Wolności jako partii bez przeszkód przez lata eksploatującej tę najbogatszą gminę w Polsce. Dość szczególnie zachował się w czasie późniejszych sporów wokół reformy AWS. Po wielotygodniowych rozmowach ustalono tekst porozumienia kończącego spory w Akcji. Płażyński najpierw podpisał porozumienie, a już za dzień je zerwał. Najwyraźniej wyczuł, że koniunktura już nie sprzyja AWS-owi i pogalopował w innym kierunku. Zabawne, jak usprawiedliwiał dziwne zygzaki Płażyńskiego jego sojusznik polityczny Donald Tusk Może dziwne zachowanie marszałka Płażyńskiego wynika właśnie z jego trudnej sytuacji w AWS. Podpisał porozumienie, ale nie miał wiary, że coś się dzięki temu zmieni. Można i tak, rano podpisuję, wieczorem zrywam, tylko co to ma wspólnego z prawdziwą polityką. Nie mówiąc o napuszeniu w stylu męża stanu, które tak lubi demonstrować Płażyński.

Spis treści

 

 

Piskorski, mistrz „gierek" politycznych

Paweł Piskorski dał niejednokrotnie przykłady zręcznych manewrowań w pogoni za władzą. Były bojownik antykomunistycznego NZS, aby utrzymać prezydenturę w Warszawie, ani przez chwilę nie wahał się wejść w porozumienie z postkomunistami z SLD, pomimo oburzenia części solidarnościowców, oburzonych takim zgniłym kompromisem. Paradoksalnie, niegdyś umacnianie jego pozycji w NZS-ie, przebiegało przy wielkim wsparciu twardego, antykomunistycznego radykała Mariusza Kamińskiego, który wprowadzał go na salony opozycji. Radykalne przyspieszenie kariery politycznej Piskorskiego następuje po wybraniu go zimą 1990 r. przewodniczącym NSZ-u. Kaperowany przez Kongres Liberalno-Demokratyczny przyłączył się do liberałów i jak mu potem zarzucano wpuścił NZS w kanał partyjniactwa. Jak wspominał jego kolega z NZS Maciek Wąsik: Wstąpienie Pawła do Kongresu Liberalno-Demokratycznego odczytywaliśmy jako budowanie własnej kariery politycznej. Bazą był niezależny związek, który w peumym sensie Piskorski zawłaszczył. Wykorzystując etos i nazwę NZS zbudował własną pozycję polityczną (cyt. za A. Sal: „Ryba w wodzie", „Polityka" z 24 kwietnia 1999 r.). Zapewnił KL-D możliwość przyspieszonego budowania struktur partyjnych w oparciu o uczelniane organizacje na terenie całego kraju. Został za to solidnie wynagrodzony. W wieku 23 lat został posłem KL-D, sekretarzem generalnym partii i doradcą premiera J.K. Bieleckiego ds. młodzieży. W wyborach 1991 r. startował z wysokiej pozycji z listy krajowej. Nawet po przegranych przez liberałów wyborach z 1993 r. kontynuował przyspieszoną karierę - zdecydowane poparcie J.K. Bieleckiego zapewniło mu zostanie zastępcą przewodniczącego KL-D Donalda Tuska.

W rojącej się od karierowiczów KL-D Piskorski czuł się jak „ryba w wodzie". Gdy KL-D połączyła się z Unią Demokratyczną we wspólną partię, także i tu wykazał świetne umiejętności budowania dla siebie nieformalnych układów władzy. Umiał zmieniać szybko sojusze w rozgrywkach o pozycję w Warszawie. W bojach o pozycję wiceprzewodniczącego UW w Warszawie doprowadził, dzięki zakulisowym działaniom, do porażki popieranego przez Geremka kandydata. W kolejnych wyborach w Warszawie, mając już poparcie Bronisława Geremka, toczącego cichy bój z frakcją Mazowieckiego został szefem warszawskiej UW. Autorka „Polityki" Anna Sal pisała o Piskorskim: Ci, którzy go nie lubią (...) twierdzą, że cierpi na przerost ambicji. Ze jest chory na władzę. Że do wyznaczonych sobie celów dąży bezwzględnie i po trupach. I cytowała wymowne zdanie jednego z polityków warszawskiej Unii w czasie, gdy jeszcze był jej prominentnym działaczem (kwiecień 1999 r.): Gierki, manipulacje, tzw. rozprowadzanie, to jego żywioł. Przeciwników wykańcza bezwzględnymi często metodami, niezdecydowanych kupuje obietnicami dopuszczenia do władzy. Uprawia politykę przez małe „p". Fascynuje go politykierstwo, zakulisowe rozgrywki.

Dla Warszawy Piskorski okazał się kolejnym nieudanym prezydentem po Wybranowskim i Święcickim. Zarzucano mu brak całościowej wizji rozwoju miasta, brak strategii rozwoju stolicy. Krytykowano za efekciarstwo, podejmowanie spektakularnych kosztownych przedsięwzięć kosztem zaniedbania elementarnych potrzeb stolicy. Piskorski lubi maksymalnie pokazywać się na różnych uroczystych imprezach, celebrować, eksponować medialnie swą obecność przy otwarciu nowej pływalni czy uruchomieniu zegara. Równocześnie zaś „dziwnie" brak mu czasu na prawdziwie głębokie zajęcie się sprawami miasta. Najostrzejsze zarzuty dotyczą polityki Piskorskiego i jego unijnych kolegów w tak kluczowych dla Warszawy sprawach nieruchomości i gospodarki gruntami. Wciąż podnoszone są w tych sprawach zarzuty poważnych nieprawidłowości, np. wybrania przy przetargu na budowę Mostu Świętokrzyskiego oferty o 20 min droższej od pozostałych. Czy pozwolenia przez Piskorskiego na budowę w mieście kilku wielkich hipermarketów, powszechnie w świecie budowanych na obrzeżach wielkich miast, w interesie drobnego handlu.

Wiele osób zastanawia się, w jaki sposób młody, trzydziestoletni prezydent Warszawy - P. Piskorski tak szybko potrafił się dorobić pokaźnego majątku, stając się jednym z najbogatszych ludzi w polskim Sejmie.

Redaktor Teresa Kuczynska pisała w „Tygodniku Solidarność" z 5 października 2001 r.: Piskorski przyznał się do posiadania dwóch mieszkań własnościowych (111 i 193 m2), trzech mieszkań w budowie, do tego akcje, kolekcje starych obrazów i książek, „działka" o powierzchni 2,4 ha. A więc fortuna daleko wyrastająca ponad to, czego mógł dorobić się trzydziestolatek na samorządowych posadach. Piskorski tłumaczył swój majątek handlem antykami i grą na giełdzie (...). Piskorski zwrócił się do urzędu skarbowego o potwierdzenie zgodności jego dochodów z PIT-em. Ponoć tuż przed wyborami otrzymał rozgrzeszającą informację i z dumą oświadczył, że urząd skarbowy uznał, że wszystko się zgadza. Informację urzędu skarbowego zdyskredytowało jednak Ministerstwo Finansów jako niewłaściwą, bo pozbawioną uzasadnienia faktycznego i prawnego.

Spis treści

 

 

Prywatyzator" (J. Lewandowski)

Trudno mówić o jakiejkolwiek trosce o narodowe interesy Polski w gospodarce w przypadku Janusza Lewandowskiego. Przejdzie do historii transformacji po 1989 r. jako najbardziej krytykowany, i to z uzasadnieniem, minister przekształceń własnościowych. Już w 1992 r. doszło do pierwszych bardzo ostrych krytyk działań Lewandowskiego, kolejno ministra przekształceń własnościowych w rządach J.K. Bieleckiego i H. Suchockiej. Poseł KPN Mirosław Lewandowski publicznie wystąpił w czasie spotkania z ministrem Lewandowskim z całym katalogiem zarzutów skierowanych przeciwko niemu. Obejmowały np.: nadużycia związane m.in. z brakiem księgowania operacji sprzedaży poszczególnych przedsiębiorstw, niekompetentny przydział zachodnim firmom konsultingowym spraw wyceny majątku przedsiębiorstw oraz doradztwo polskim przedsiębiorstwom („Nowy Świat" z 2 września 1992 r.). W czasie wcześniejszego o trzy dni wywiadu z Lewandowskim w rym samym „Nowym Świecie" ministrowi zarzucono: Kontrole NIK w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych potwierdziły m.in. brak dbałości o interesy Skarbu Państwa, rozrzutność w wydawaniu państwowych pieniędzy, nierozliczenie wielomiliardowych transakcji związanych ze sprzedażą akcji i udziałów przez banki na zlecenie resortu.

NIK stwierdził wielokrotnie przekroczenie przepisów przez ministra Lewandowskiego. Zarzucano mu o wiele mniejsze niż przewidywano dochody z prywatyzacji - tylko 1,7 bln złotych, zamiast oczekiwanych 3,8 bln („Nowy Świat" z 7 września 1992 r.). Wśród powszechnie krytykowanych w mediach prywatyzacji w stylu Lewandowskiego szczególnie ostro krytykowano sprzedanie Amerykanom za cenę kilkakrotnie niższą od rzeczywistej wartości świetnych, nowoczesnych zakładów papierniczych w Kwidzyniu.

Sprawa niektórych prywatyzacji, łagodnie mówiąc, „wadliwie", z naruszeniem prawa przeprowadzonych przez Lewandowskiego, co pewien czas powraca nawet po latach. W październiku 1996 r. Lewandowskiemu zarzucono przekroczenie prawa przy prywatyzacji dwóch krakowskich spółek: Techmy i Krakchemii. Zdaniem krakowskiej prokuratury minister w latach 1991-1993 naruszył przepisy ustawy o ochronie obrotu gospodarczego oraz antydatował umowy podpisywane przy prywatyzacji krakowskich spółek. Straty skarbu państwa oszacowano na prawie 2,4 min zł (...). Poseł Janusz Lewandowski nie zrezygnował dobrowolnie z chroniącego go immunitetu. Jego obrońca wystąpił do sądu o umorzenie postępowania, uzasadniając wniosek trzyletnią bezczynnością organów ścigania. Lewandowski skorzystał na tej bezczynności. Sąd sprawę umorzył.

Zarysowuje się jednak szansa zakończenia długotrwałej bezkarności „arcyprywatyzatora". Według informacji warszawskiej wersji „Newsweeku" z 2 grudnia 2001 r. Prokuratura Okręgowa w Krakowie zdecydowała się na skierowanie wniosku do ministra sprawiedliwości o uchylenie immunitetu Januszowi Lewandowskiemu.

Warto tu dodać, że deptanie przez Lewandowskiego interesów narodowej gospodarki szło w parze ze skrajnymi fobiami antynarodowymi i antykościelnymi. Obnażył je kiedyś otwarcie Lech Mażewski, w swoim czasie przywódca prawego skrzydła Kongresu Liberalno-Demokratycznego, mówiąc, że Lewandowski jest: dziedzicem francuskiego Oświecenia. Kościół, naród to według Lewandowskiego - reakcja, przeżytek, nacjonalizm, ksenofobia („Przegląd Tygodniowy", nr 45 z 1992 r.).