
Nikt nie przeprosił milionów katolików
Komunistyczna szkoła nienawiści
„Wprost" przeciw Kościołowi i Ojcu
Świętemu
Za parawanem pozornego obiektywizmu
I dziś trzeba bronić praw sumienia
Warszawska odmiana sowieckiego
„Bezbożnika"
„ (...) Cóż
powiedzieć o narodzie, który płaci za własne poniżenie? A ta hańba
ciąży na katolikach obrażanych ciągle przez tysiące dzienników. Te
pisma, które katolików bezwstydnie
wyszydzają,
drukuje się dla nas katolików! Nie posyła się ich jednakże anonimowo w
rodzaju paszkwilów, ale my sami je zamawiamy i za nie płacimy. Czy
można być więcej ślepym wobec tak groźnego niebezpieczeństwa! A ta
ślepota nasza staje się wprost zbrodnią, skoro się nie tylko przeciw
temu niebezpieczeństwu nie bronimy, ale trzymając i
czytając złe
pisma, za obrazę i
wyszydzanie wiary płacimy (...) "
(św. Maksymilian Maria Kolbe)
Nikt nie przeprosił milionów katolików
Ludzie prowadzący dziś „zimną wojnę z Kościołem",
to przede wszystkim funkcjonariusze i propagandyści starego reżimu
komunistycznego, którzy wykorzystali ogromną płytkość i połowiczność zmian w
Polsce po czerwcu 1989. Dzięki polityce „grubej kreski" mogli spokojnie
przeczekać wszelkie zagrożenia, uniknąć dekomunizacji i zachować władzę w
gospodarce i najbardziej wpływowych mediach, aby później tym łatwiej podjąć
walkę o powrót do władzy w życiu politycznym. Bardzo przekonywująca wydaje
się jakże ostra krytyka tych pozorowanych zmian, zawarta w kazaniu biskupa
Adama Lepy, wygłoszonym 10 lipca 1994 roku na Jasnej Górze podczas II
pielgrzymki Rodziny Radia Maryja. Biskup Lepa mówił: „(...) Do słownika
modnych i często używanych w Polsce słów dołączyło ostatnio jeszcze jedno
„transformacja". Mówi się więc o transformacji ustroju, gospodarki
oświaty... Słowo transformacja stało się niemal magicznym słowem
dekretującym często zmiany, których naprawdę nie ma. Stwarzającym pozory
rzeczywistych przemian i reform (...). Często więc mamy do czynienia z
pseudotransformacją, żeby nie powiedzieć z karykaturą transformacji".'
Biskup Lepa przypominał w tym kontekście słynne porównania wskazane przez
Chrystusa: „nikt nie przyszywa łaty z surowego sukna do starego ubrania,
gdyż łata obrywa ubranie i gorsze się robi przedarcie: Nie wlewa się też
młodego wina do starych bukłaków. W przeciwnym razie bukłaki pękają, wino
wycieka, a bukłaki się psują. Raczej młode wino wlewa się do nowych
bukłaków, tak jedno i drugie się zachowuje".
Zdaniem biskupa Lepy: „(...) Długi okres walki z religią
i Kościołem niczego nie nauczył niektórych obywateli tego kraju (...) nadal
trwa w Polsce „czas starego ubrania i starej łaty" (...). Panujący ponad 40
lat totalitaryzm nie został należycie oceniony i osądzony (...). I to
również nie dziwi, skoro społeczeństwo, w olbrzymiej większości katolickie,
toleruje w najlepsze sytuację „starego ubrania i nowej laty", a więc jest
nieczułe na wezwanie Chrystusa do całkowitego nawrócenia. Sytuacja jest tym
bardziej paradoksalna, czy wręcz absurdalna, że ci wszyscy, którzy w duchu
starego systemu chcą za wszelką cenę wyeliminować Kościół z życia
publicznego w Polsce, jako ostatni już głos sumienia tego narodu i spychają
go stale na margines, zapomnieli jakoś o elementarnej swojej powinności,
aby wypowiedzieć choćby jedno słowo „przepraszam" - za to, że przez ponad
"40 lat katolicy w Polsce byli obywatelami drugiej kategorii: nie wolno im
było piastować znaczących urzędów w państwie, a także wielu funkcji i
stanowisk; za praktyki religijne represjonowani byli utratą awansu, a nawet
pracy; nie mieli wstępu na niektóre kierunki studiów, szykanowano
wstępujących do seminariów duchownych i do zakonu; pozbawiano ludzi na
nowych osiedlach prawa do własnej świątyni. Byli więc katolicy w swojej
ojczyźnie białymi Murzynami. I dziś nikt nie ma odwagi przeprosić milionowe
rzesze tych Polaków, których jedyną winą było to, że wierzyli w Boga i w
imię tej wiary nie akceptowali systemu, który Prymas Tysiąclecia nazywał
„najbardziej zbrodniczym systemem na świecie". W miejsce przeprosin katolicy
słyszą inwektywy, kierowane pod adresem swego Kościoła i widzą dalsze próby
do ograniczenia jego praw. Widoczna jest wyraźna tęsknota do dalszej walki z
Kościołem, której celem miało być całkowite jego zniszczenie. Ale jak może
być inaczej, skoro nadal tkwimy w Polsce w czasie i atmosferze „starego
ubrania i nowej łaty".
Jakże prawdziwe były te gorzkie słowa biskupa Adama Lepy.
Nikt nie przeprosił milionów katolików za dziesięciolecia zniewalania i
szykanowania. Przeciwnie, dawni oszczercy, którzy niegdyś wypowiadali tyle
nieprawdy o Kościele w służbie komunizmu, w najlepsze kontynuowali swój
proceder w nowych warunkach, w czasach pozorowanych „transformacji" po 1989
roku. Dość przypomnieć tu choćby nazwiska Urbana, Kałużyńskiego czy
Koźniewskiego.
W różnych środowiskach lewicowych: „czerwonych" i
„różowych" próbuje się pomniejszać lub nawet zanegować fakt dziesięcioleci
prześladowań Kościoła w PRL-u. Nawiązując do tego typu praktyk biskup Adam
Lepa powiedział 14 lipca 1996 na Jasnej Górze podczas II Pielgrzymki Radia
Maryja: „(...) Właśnie niedawno, w związku z kolejnym niepoważnym
potraktowaniem Konkordatu przez Sejm, jeden z wysokich rzeczników myślenia
pragmatycznego stwierdził publicznie przed kamerą Telewizji Polskiej, że
„nikt nie wyrządził szkód Kościołowi Rzymsko-katolickiemu w Polsce..."
(Wypowiedź w Wiadomościach z 3 lipca 1996 r.) Tak, w Polsce nie
wysadzano w powietrze świątyń, jak to było gdzie indziej - w imperium
sowieckim. Ale przecież za to, że w Polsce nie wysadzano w powietrze
świątyń, nie będziemy nikomu dziękować. Również za to, że nie wymordowano
więcej kapłanów! Natomiast Kościół katolicki w Polsce w czasach
komunistycznych był Kościołem prześladowanym! Odbywało się to w różny
sposób, często w sposób niezwykle wyrafinowany i perfidny.
Ludzi wierzących i praktykujących traktowano wtedy jak
obywateli II kategorii. Niektóre ustawy i zarządzenia nosiły znamiona
rasizmu wobec pewnych grup ówczesnego społeczeństwa ze względu na ich
wyznawany katolicyzm. Popełnianie z wysokim okrucieństwem zbrodnie
ludobójstwa dotyczyły przede wszystkim tych Polaków, którzy identyfikowali
się z Kościołem katolickim, a więc współstanowili ten Kościół po wojnie,
poraniony głęboko okupacją hitlerowską. Popełniano mordy na kapłanach i na
działaczach katolickich. W sposób planowy niszczono prasę katolicką,
likwidowano szkoły prowadzone przez Kościół. Nie pozwalano na budowę nowych
świątyń. Dokonywano agresywnej ingerencji w sprawy wewnętrzne Kościoła. I
nie było to krzywdzenie Kościoła w Polsce?"
Jakże prawdziwe niestety były słowa rozgoryczenia
ojca Jacka Salija, w wywiadzie dla tygodnika
„Spotkania" z 24 grudnia 1992: „(...) To, co się teraz dzieje w Polsce,
określiłbym jako agresję wobec tej części społeczeństwa, dla której religia
jest czymś ważnym. Dążenia do wydezynfekowania życia publicznego z religii
odbieram lako agresję (...). Odnoszę wrażenie, że w niektórych środowiskach
laickich religię uważa się za rodzaj zarazy, przed którą należy życie
publiczne chronić. Jeszcze trudniej mi zrozumieć tych katolików, którzy
godzą się z nietolerancyjnymi żądaniami, żeby wiarę zamknąć
całkowicie w domu i Kościele. Podobnie jak nikogo nie wolno przymuszać do
jakichkolwiek aktów religijnych, tak samo nie wydaje mi się czymś słusznym
przymuszanie wierzących do zachowania bezreligijnego (...). Do dziś brzmi
też w uszach krzyk Gomułki, że krzyż wiszący w klasie szkolnej drażni
uczniów niewierzących (...). Protesty przeciwko powieszeniu krzyża w klasie
szkolnej czy w sali szpitalnej odbieram jako zamach przeciwko prawu
wspólnoty katolickiej, która w tym kraju jest wciąż jeszcze wspólnotą bardzo
liczną do tego, żeby we własnym kraju mogła się czuć u siebie".
Jeden z najwybitniejszych zagranicznych badaczy
historii Polski XX wieku, świetny znawca historii polskiego Kościoła po 1945
roku, Peter Raina, autor ponad 20 książek o polskiej tematyce, stwierdził,
iż : „ (...) To, co obserwuje się w relacjach mass mediów z Kościołem, jest
kopią polityki, jaką stosowała rządząca partia w latach 50-tych. Z jednej
strony sytuowano kardynała Wyszyńskiego jako symbol betonu i katolickiej
konserwy, z drugiej wybranych „liberalnych" biskupów i księży. Dzisiaj
powtarzane są nawet te same co wtedy argumenty. Jest to polityka celowa,
obliczona na rozbicie Kościoła. Myślę, że łatwa do rozszyfrowania. Czasem
tylko niektórzy przedstawiciele kleru wykazują się pewną naiwnością, kiedy
myślą, że udzielając wywiadu, czy pozyskując sympatię nieprzychylnej sobie
gazety, przyczynią się do nawrócenia któregoś z polityków. Najgorsze jest
to, że środki przekazu cały czas są zmonopolizowane w rękach jednego
środowiska - łatwiej im więc prowadzić antyprymasowską, antykościelną
propagandę".
Teraz robi się wszystko, aby zburzyć polski Kościół i
wiarę, jak czynili to wrogowie Polski w przeszłości. Głównym celem jest
dechrystianizacja i wynarodowienie Polaków, a więc dokończenie „dzieła"
rozpoczętego w komunistycznej PRL.
Komunistyczna szkoła nienawiści
Atak
na Kościół katolicki stanowi - jak już pisałem - wygodny temat zastępczy dla
odwrócenia uwagi od braku rozliczenia ze zbrodniami komunizmu.
Nieprzypadkowo jeden z posłów postkomunistycznego SLD wyznał kiedyś bez
ogródek ( na łamach „Gazety Wyborczej" nr 73 z 1995 roku): „Cały nasz
polityczny kapitał zbiliśmy na wrogości do Kościoła i sentymencie do PRL".
To panegiryczna chwalczyni PRL Izabela Sierakowska publicznie krzyczała w
Sejmie o katolickich rozgłośniach radiowych jako „sieci pajęczej oplatającej
Polskę". To były rzecznik rządu Jaruzelskiego Jerzy Urban kieruje
tygodnikiem pełnym obsesyjnej wręcz nienawiści do religii i Kościoła,
tygodnikiem; który dawno byłby już zamknięty za swe oszczerstwa i judzenia w
prawdziwie szanującym prawo państwie.
Antykościelne oszczerstwa „Nie" charakteryzują się
szczególną inwencją, godną najskrajniejszych pomysłów propagandy
bolszewickiej. Wojciech Wasiutyński opisał w „Życiu Warszawy" z 24 kwietnia
1992 jak to amerykańska dziennikarka Gabrielle Glazer w oparciu o rewelacje
redakcji „Nie" puściła w świat historię o tym, jak to polskie zakonnice
zmuszają nieślubne matki do oddawania sobie dzieci i potem sprzedają je za
granicę. Antykościelnym oszczerstwom towarzyszą w „Nie" rynsztokowy
język i specyficzne hasławezwania. Urban jak widać niczego się nie nauczył
ze skutków oddziaływania swej kampanii nienawiści wobec księdza Jerzego
Popiełuszki i chce dalej oddziaływać na różnych kapitanów Piotrowskich. (Na
tle tej propagandy nienawiści nie było zbyt wielkim zaskoczeniem, że
osławiony krakowski terrorysta Gumiś powoływał się właśnie na Urbana,
tłumacząc swoje motywy, iż on lepiej spożytkuje pieniądze niż władze, które
budują nowe kościoły lub odbudowują stare).
W walce z Kościołem dalej bardzo znaczącą rolę odgrywa
postkomunistyczna „Polityka", skupiająca w swej redakcji licznych
dziennikarzy od dziesięcioleci zahartowanych w bojach z religią jako „opium
dla ludu". By wymienić choćby nazwiska: Kałużyńskiego, Koźniewskiego,
Garlickiego, Grońskiego czy Waldorfa. Prawdziwym stachanowcem w walce z
Kościołem katolickim, podobnie jak w walce z polskim patriotyzmem, jest
stary stalinowiec Zygmunt f Kałużyński. Jego wydane w ostatnich latach
książki Pamiętnik rozbitka i Bankiet w domu powieszonego aż roją się
od mało wybrednych ataków na Kościół katolicki. Kałużyński posunął się
między innymi do skrajnych, pośmiertnych ataków na księdza Jerzego
Popiełuszkę, stwierdzając: „(...) konflikt Popiełuszko - jego zabójca
Piotrowski nie reprezentuje walki dobra ze złem, lecz złego ze złem:
przestępca polityczny morduje agitatora politycznego, posługującego się
autorytetem religii (...). Popiełuszko zginął nie dlatego, że był kapłanem,
lecz dlatego, że był aktywistą (...), film, prawdziwie chrześcijański,
musiałby odnieść się krytycznie do obydwu postaci tego dramatu: jego treścią
jest, z jednej strony nadużycie władzy, z drugiej, nadużycie religii".
Kałużyński chętnie wspomaga płodami swej „twórczości" również urbanowe
„Nie", popisując się tekstami najobrzydliwszego, antyreligijnego fanatyzmu.
By przypomnieć choćby tekst Spowiedź po półlitrze Kałużyński
wieszczył w nim rychły upadek Kościoła i wzywał do pokazania „nieludzkiego
oportunizmu" kleru etc.
Inny „filar" postkomunistycznej „Polityki" - Kazimierz
Koźniewski, swą skłonność do artykułów-donosów wyraził kiedyś w haniebnej
broszurce Biała plebania w Wolbromiu. Z werwą szkalował w niej
biskupa Kaczmarka i różnych księży, oskarżając ich o rzekome współdziałanie
z hitlerowcami- zgodnie z ówczesną (był rok 1951) stalinowską stylistyką.
Pisał o AK-owcach z podziemia: „(...) Chcieli pić wódkę, grabić, mordować, a
czynili to jeszcze goręcej, gdy ich sumienie uspakajano bluźnierczym
powoływaniem się na słowo Boże" (u Koźniewskiego pisane małą literą - JRN).'
Odległych stalinowskich czasów sięgają osobiste tradycje walki z Kościołem
Jerzego Waldorfa, który w służbie komunistycznego reżimu wypisywał
najobrzydliwsze antykościelne brechty. Na przykład w artykule Granice
konfesjonału podtrzymywał najskrajniejsze reżimowe pomówienia w związku
z procesem księży Furtaka i Łubieńskiego, oskarżonych o kontakty z
antykomunistycznymi oddziałami zbrojnymi. Obecnie ten sam Waldorf zapewnia:
„Kiedy zaś mówimy o patriotycznych czy religijnych uczuciach Polaków, to
najbardziej w te uczucia godzą wszelkie przesadne wypowiedzi w obronie
moralności i Kościoła". Inny wpływowy od dziesięcioleci autor „Polityki" -
historyk Andrzej Garlicki aktywnie uczestniczy w kampanii propagandowych
podchodów pod Prymasa Polski. Przypomnę, że ten sam Garlicki, jako historyk
reżimowy już w 1963 roku, ostrzegał na łamach „Polityki" przed „szkodliwymi"
skutkami działań tysięcy punktów katechetycznych, w których uczą historii
niezgodnie z oficjalnym partyjnym punktem widzenia. A więc mącą dzieciom w
głowach, naruszając monopol jedynie słusznego partyjnego punktu widzenia na
historię Polski (!).
Typowy dla podejścia „Polityki" do spraw Kościoła i
religii był entuzjastyczny szkic Stanisława Rosnowskiego o antykatolickiej
„Wprost" przeciw Kościołowi i Ojcu
Świętemu
Wyjątkową zaciekłością i systematycznością ataków na
Kościół katolicki wyróżnia się inny tygodnik postkomunistyczny "Wprost", pod
redakcją byłego sekretarza KC PZPR Marka Króla. Tygodnik ten zyskał
szczególną sławę od czasu profanacji na swej okładce obrazu Matki Boskiej
Częstochowskiej z Dzieciątkiem Jezus. Jako odkryty wróg Kościoła „Wprost"
jest mniej niebezpieczne niż kilka lat temu, gdy swe antyreligijne
przesłanie umiało zręcznie maskować pozorami neutralności i obiektywizmu
(czasem nawet prosząc osoby duchowne o wywiady), w rezultacie jako bardzo
dobrze redagowana pod względem technicznym wersja polskiego „Spiegla".
Czytelnik łatwiej i niepostrzeżenie dla siebie przełykał ataki na Kościół i
religię w sytuacji, gdy były one zręcznie wtapiane pomiędzy bardzo
różnorodne tematycznie treści 96-stronicowego tygodnika. Tak np. w numerze
„Wprost" z 4 lipca 1993 skrajne ataki na Kościół katolicki, wychodzące spod
pióra niemieckiej autorki Uty Ranke-Heineman, były wtopione pomiędzy kolejny
odcinek „wyznań" Leszka Balcerowicza i barwne opowieści o losach książęcej
rodziny Sapiehów w Kenii. Dodajmy, że czytelnik bardziej bezkrytycznie
zawierzał oskarżeniom pod adresem Kościoła czy religii napisanym przez
nieznanych szerzej autorów „Wprost" typu Wiesława Kota czy Bogusława Mazura,
niż podobnym tekstom Michnika, Kałużyńskiego, Warszawskiego czy Urbana.
Nazwiska tych ostatnich wywołują bowiem natychmiast odpowiednie asocjacje u
wielu katolickich czytelników.
Artykuły na temat Kościoła czy religii we „Wprost" stanowią po 2-6 stron 98-stronicowego tygodnika; nie rzucają się więc zbyt mocno w oczy. Za to delikatnie sączą tę samą powolnie działającą truciznę. Najczęściej z numeru na numer. Bywają całe paromiesięczne okresy, w których dosłownie w każdym numerze „Wprost" można znaleźć jeden lub więcej tekstów atakujących Kościół, Ojca Świętego, katolicyzm. Dla redakcji „Wprost" Kościół katolicki jest symbolem wszystkiego złego. Jest on tam oskarżany o „nowy totalitaryzm", chęć zdominowania całego społeczeństwa, bezustanne dążenie jakoby do zapewnienia sobie przyrostu władzy i pieniądza. Redaktorzy nie troszczą się przy tym choćby o minimum prawdy w swych niewyszukanych oskarżeniach. Pozwolili sobie nawet na atak na Ojca Świętego Jana Pawła II. Autorem ataku był mason prof. Tadeusz Kielanowski (atak drukowano po śmierci autora). Pisał on m.in.: „(...) Papież Jan Paweł II jest synem polskiego Kościoła, niestety Kościoła bardzo konserwatywnego, coraz głośniej krytykowanego w świecie. Coraz jaskrawiej z poczynań kleru przebija żądza władzy i niepoślednią rolę odgrywa tu właśnie papież (...). W końcu wybuchnie społeczny sprzeciw wobec polityki Kościoła (...). Polski Kościół czeka na swojego Lutra".
To „Wprost" czujnie rozdmuchało wyssane z palca
„rewelacje" amerykańskiego dziennikarza Bernstejna o rzekomym udziale Ojca
Świętego Jana Pawła II w antykomunistycznym spisku do spółki z Ronaldem
Reaganem. Redaktorzy „Wprost" czynią Kościół odpowiedzialnym za zły model
polskiej rodziny i małżeństwa, za rzekomy „nadmiar" dzieci, za rzekome
nasilanie się „nacjonalizmu" i „antysemityzmu", groźbę nowej cenzury.
Milcząc o aferach postkomunistycznych prominentów, dla odwrócenia uwagi od
tych złodziei,
Co najgorsze,
postkomuniści walczący z religią i kościołem w „czerwonych" mediach,
znaleźli aż nadto wielu sojuszników
w
mediach „różowych", głównie w kręgach byłej tzw. lewicy laickiej.
Najczęściej zaś w kręgach byłych towarzyszy partyjnych, którzy w pewnym
okresie, na skutek zawirowań personalnych (1968 rok) przeszli do opozycji.
Trzon tej grupy przeciwników Kościoła katolickiego skupia się wokół
michnikowskiej „Gazety Wyborczej". Sam Adam Michnik „wsławił się" już w 1966
roku żałosnym atakiem na list biskupów polskich, publikowanym na łamach
ateistycznych „Argumentów". Po latach, w 1977 roku, kiedy bardzo potrzebne
mu były opiekuńcze skrzydła Kościoła, Michnik tak kajał się samokrytycznie w
związku ze swoim udziałem w potępianiu listu biskupów polskich: „(...) w tym
nieprzyzwoitym spektaklu sam wziąłem udział i na samo wspomnienie czerwienię
się ze wstydu. Wstydzę się swojej głupoty"." Również pisał o swoim
środowisku lewicy laickiej „(...) Popieraliśmy politykę represji, często
okrutnych, widząc w niej drogę do nowego wspaniałego świata. Oskarżaliśmy
Kościół o reakcyjność i wszystkie inne grzechy główne, nie bacząc na to, że
w atmosferze totalnego zniewolenia Kościół bronił prawdy, godności i
wolności człowieka". W innym miejscu Michnik pisał: „(...) Tradycyjnie
przywykliśmy sądzić, że religijność i Kościół to synonimy wstecznictwa u
tępego ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost indyferentyzmu religijnego był
traktowany przez nas jako naturalny sojusznik umysłowego i moralnego
postępu. Pogląd taki - sam byłem jego wyznawcą - uważam za fałszywy".
Trzeba było czasu i różnych zmian w Polsce, aby Michnik
już z pozycji wszechwładnego pana największego polskiego dziennika, powrócił
do dawnych idei walki z Kościołem. Okazało się, że mimo tak donośnego bicia
się w piersi w książce wydanej w 1977 roku, Michnik nadal uważa Kościół i
religijność za synonimy ciemnogrodu i marzy o maksymalnym nasileniu
religijnego indyferentyzmu i ateizmu. Tyle, że teraz robi to w sposób
niewyobrażalnie bardziej subtelny niż w latach 60-tych, szczególną uwagę
poświęcając popieraniu różnego typu podziałów w Kościele, nagłaśnianiu
katolickich dysydentów, nader chętnego odwoływania się do próżności
niektórych ludzi słabej wiary, którzy w zamian za publikację na łamach
„Gazety Wyborczej" gotowi są do maksymalnych koncesji z zasad wyznawanej
przez siebie wiary. Wypróbowaną metodą popularyzowania dysydentów Kościoła
stał się wielki cykl „Gazety Wyborczej" o kontrowersyjnych postaciach
Kościoła. Popularyzowano w nim między innymi niemieckiego księdza Hansa
Kunga, zajadłego krytyka Ojca Świętego Jana Pawła II, teologów wyzwolenia
Gustawo Guterezza i Leonardo Boffa, przeciwników celibatu, i tęologów -
feministki.
Od czasu do czasu dopuszcza się do otwartych ataków na
ludzi Kościoła, w tym Ojca Świętego, ze strony Romana Graczyka, głównego
harcownika „antyklerykalizmu" na łamach „Gazety Wyborczej". Graczyk, były
sekretarz redakcji „Tygodnika Powszechnego" (który swą iście „cenzorską
nietolerancją" spowodował odejście Kisiela z tej redakcji), jako
współpracownik „Gazety Wyborczej" stal się niezwykle niebezpiecznym
rzecznikiem relatywizmu moralnego, skrajnej pobłażliwości wobec zła. W
artykule na łamach „Gazety Wyborczej" z 18 maja 1992 Graczyk określił zło
jako „niezbędną cenę wolności człowieka", twierdząc, że „nie można obronić
wolności, nie płacąc tej ceny". Teza to skrajnie niebezpieczna. Dość
przypomnieć, ile świat XX-wieczny zapłacił za panowanie różnych
totalitaryzmów, które dopuszczały zło w imię zasady „cel uświęca środki".
Graczyk, „publicysta katolicki", czy raczej „fałszywy katolik" (by użyć
trafnego określenia ks. Stanisława Małkowskiego na temat podobnych postaci),
ze swą ofertą humanizmu europejskiego, ujmuje ludziom takim jak Alber Camus,
Tomasz Mann, Salvadore Madariaga i inni, którzy nie ustawali w demaskowaniu
relatywizmu moralnego i różnych form godzenia się ze złem. Przypomnijmy, że
racjonalni Anglosasi już dawno wymyślili zwrot moral insanity (oblęd
moralny) na określenie patologicznego braku zasad, uczuć i instynktów
moralnych, który tak ochoczo aprobuje publicysta „Gazety Wyborczej", a
dawniej sekretarz „Tygodnika Powszechnego". Najlepszą odpowiedź na głoszoną
przez Romana Graczyka i jego spojuszników z „Gazety Wyborczej" zasadę
pobłażliwości wobec zła można odnaleźć w słowach zamordowanego później przez
siewców zła Mamina Luthera Kinga: „(...) Ten, kto biernie akceptuje zło, bez
protestowania przeciw niemu, w praktyce współpracuje ze złem".
Specjalną rolę podważania znaczenia Kościoła odgrywają w
„Gazecie Wyborczej" listy czytelników, które odpowiednio wyselekcjonowane
służą niejednokrotnie do atakowania Kościoła bez żadnych zahamowań. W
„Niedzieli" z 29 stycznia 1995 zwrócono uwagę na inną specjalność „Gazety
Wyborczej", to jest atakowanie Kościoła katolickiego za pomocą „bijących"
tytułów: „Kościół przyznaje się do winy", „Arcybiskup nie chce modlitwy",
etc. Ta metoda jest bardzo konsekwentnie stosowana. Na przykład w „Gazecie
Wyborczej" z 14 sierpnia 1995 użyto tytułu: „Badania OBOP: w obronie krzyża
i wolnej miłości". Zestawiono tym samym dwa jakże różne fakty.
Chyba nieprzypadkowo główną harcowniczką w walce z
Kościołem, przebijającą swymi skrajnościami nawet panie Sierakowską i Waniek
z SLD, stała się działaczka byłej opozycji laickiej Barbara Labuda, przez
szereg lat posłanka Unii Wolności, obecnie pracująca w kancelarii
prezydenta. Jej wybryki antyreligijne wzbudzały w swoim czasie niesmak nawet
u niektórych rozważniejszych działaczy Unii Wolności. Choćby taki oto
passus z wywiadu Labudy dla „Szpilek": „(...) Odrzuciłam religię, bo mi
się nie podoba (...) fakt, że jakaś grupa mężczyzn nakłada na laleczkę
koronę, dla mnie oznacza jedynie nakładanie korony, a nie beatyfikację".
Najbardziej tragikomiczny był fakt, że Labuda bez reszty zaangażowała się w
atakowanie konkordatu, choć sama przyznała: „Ja Konkordatu nie zrozumiałam,
choć przeczytałam go ze sto razy". Jak widać, najłatwiej zdobyć się na
atakowanie czegoś, czego się nie rozumie, zamiast odrobiny wysiłku
intelektualnego.
Barbara Labuda stanowi jaskrawy przykład jakże
typowej dla wielkiej części byłej opozycji laickiej „ucieczki od
wdzięczności" wobec Kościoła, który pomagał opozycjonistom przetrwać w
różnych trudnych okresach od 1968 roku począwszy. Dzisiejsi najbardziej
zacięci nawet przeciwnicy Kościoła chętnie garnęli się kiedyś pod jego
opiekuńcze skrzydła, a bywało, że inscenizowali nawet spektakularne
nawrócenia. Można by długo wymieniać owe spektakularne nawrócenia. Można by
długo i wymieniać nazwiska opozycjonistów byłej lewicy laickiej, którzy bez
żenady długi czas korzystali z pomocy materialnej Kościoła. Niektórzy z nich
kończyli nawet studia na KUL-u, gdy mieli problemy na państwowych
uczelniach. Duża część z nich z lubością korzystała z możliwości druku w
katolickiej prasie, tak jak Labuda pisująca w „Przeglądzie Powszechnym".
Warto przypomnieć tu uwagi Janusza Szpotańskiego, swego czasu Autora najsłynniejszych w Polsce satyrycznych utworów antykomunistycznych, więzionego w czasach Gomułki za poemat Cisi i Gęgacze. Zdaniem Szpotańskiego: „(...) Walka z Kościołem przybiera u nas rozmiary, graniczące z obłędem. Gdybym np. mieszkał w Austrii i wiedzę o Polsce czerpał z wystąpień w sejmie, postępowej prasie i telewizji, pań w rodzaju posłanki Labudy, to niechybnie doszedłbym do wniosku, że w Polsce rządzi prymas Glemp i to o wiele surowiej, niż Chomeini w Iranie: Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest, że największymi antyklerykałami są obecnie ludzie, którzy jeszcze nie tak dawno zawodzili religijne pieśni i kurczowo trzymali się sutanny.
Jak z goryczą stwierdził ks. Wiesław Niewęgłowski na
łamach „Rzeczpospolitej" z 8-9 lutego 1992: „(...) Podziwiam dobre
samopoczucie „gadających głów" oraz piszących, którzy prześcigają się w tym,
jak dołożyć „czarnemu" lub całej wspólnocie wierzących Kościołowi. Mają
wieloletnie doświadczenie. Dawniej z powodu dyspozycyjności. Dzisiaj, aby
wykazać się, że są raz jeszcze w czołówce „postępu". Zdumiewa mnie wybitna,
choć wyjątkowo krótka pamięć, zwłaszcza tych, bywających ostatnimi laty w
kościele. Jeszcze nie dawno ci sami „nowi Europejczycy" bili się w piersi
podczas mszy, którą odprawiałem. Przychodzili, aby pomóc im nie tylko
duchowo ale i materialnie. Stali rzędem po paczki; które z różnych
zagranicznych wspólnot kościelnych sprowadzano dla nich podczas stanu
wojennego. Na terenie Warszawy - co trzeci twórca (w tym dziennikarze,
pracownicy radia i telewizji) otrzymywali pomoc charytatywną od Kościoła.
Nie mówiąc o lekach, nie proszeni o deklaracje i wyznania opowiadali z
zapałem o swym zniewoleniu, uzależnieniu, błędach i nowej szansie, jaką
odnajdują wśród odzyskanych, chrześcijańskich wartości i w „podziemnej
Polsce". Podnosili pierwsi zajączki V, najgłośniej śpiewali religijne pieśni
i z nadgorliwością przywdziewali pokutne szaty. Wyrzekali się ateizmu i
obiecali restytucję. I oto teraz ci gorliwcy spod ambony, nabierając
kolejny, nowy wiatr w żagle, bez żenady, zapomniawszy już dawno,
Szczególnie ostro napiętnował obłudę postępowania
niektórych byłych dysydentów z dawnej opozycji laickiej w stosunku do
Kościoła słynny zagraniczny badacz historii Polski Peter Raina. Zarzucił im,
że świadomie oszukiwali Kościół, twierdząc, że reprezentują te same
wartości, co on. Wykorzystywali Kościół tylko jako „swoisty glejt,
przepustkę do kariery politycznej". Zdaniem Rainy ludzie ci w rzeczywistości
„zasadniczo nigdy nie mieli nic wspólnego z Kościołem oprócz szyldu, którym
lubili się posługiwać"."
Warto również przypomnieć zupełnie nieznane krajowym
czytelnikom wnikliwe spostrzeżenia świetnego obserwatora polskiej sceny
politycznej, od lat korespondenta amerykańskiej prasy polonijnej Roberta
Strybela. Parę lat temu tak pisał on w polonijnym „Dzienniku Związkowym" w
Chicago o naiwnym zawierzeniu przez ludzi Kościoła dobrej woli opozycyjnej
lewicy laickiej:„(...) Większość ludzi Kościoła uległa triumfalistycznej
euforii lat 80-tych, co utrudniło rozeznanie własnych sił i środków oraz
realistyczną ocenę potencjału przeciwnika. Do najaktywniejszych osób
działających
Za parawanem pozornego obiektywizmu
Brak
miejsca nie pozwala na szczegółowe scharakteryzowanie wszystkich pism o
zdecydowanie antykościelnym nastawieniu. By wspomnieć poza już
omawianymi choćby opanowane przez krąg Labudy pismo „Bez dogmatu", czy
polską edycję „Playboya", w której nierzadko pojawiały się najbardziej
zjadliwe antykatolickie artykuły. Wymowa tych periodyków jest aż nazbyt
ewidentna dla rzesz czytelniczych. Istotniejsze może okazać się raczej
przypomnienie niebezpieczniejszych, bo cichych, bardziej zakamuflowanych
ataków na Kościół i wartości prowadzonych w dziennikach pozornie
troszczących się o obiektywizm i neutralność typu „Życie Warszawy" i
„Rzeczpospolita". Uważna lektura numerów dawnego, pozornie wyważonego i
neutralnego „Życia Warszawy" dostarczała licznych przykładów świadomego
przedstawiania Kościoła katolickiego w Polsce w świetle negatywnym,
pomniejszania jego znaczenia. Tomasz Wróblewski, znany skądinąd z
rozdmuchania na łamach „Wprost" rzekomego antykomunistycznego spisku Ojca
Świętego Jana Pawła II z prezydentem Reaganem, zamieścił w „Życiu Warszawy"
9 marca 1993 roku artykuł pt.: Kościół polski przeciwko polskim rodzinom.
Na łamach „Życia Warszawy" z 20 września 1994 z kolei czytamy wielki
tytuł: Do Kościoła chodzi coraz mniej Polaków. Z tekstu Ryszarda
Holzera Bóg i cesarz, publikowanego w „Życiu Warszawy" z 19 kwietnia
1993 mogliśmy z kolei dowiedzieć się o „pełzającej klerykalizacji, z jaką -
zdaniem wielu - mamy do czynienia obecnie". W 1994 roku „Życie Warszawy"
zamieściło wywiad z osławionym rabinem Weissem wraz z tekstem wychwalającym
tego awanturnika - recydywistę, polakożercę i katolikożercę. Później
maksymalnie nagłośniono „protesty" rabina Weissa w Oświęcimiu. Dopiero po
liście ks. Waldemara Chrostowskiego do „Życia Warszawy", krytykującego
skrajną jednostronność tego dziennika w przedstawieniu wystąpień Weissa, bez
równoczesnego przedstawienia stanowiska strony katolickiej, redakcja „Życia
Warszawy" przeprosiła swych czytelników za jednostronność swych relacji w
tej sprawie. Dość znamienna jest rola „Życia Warszawy" w promowaniu różnych
antywartości, począwszy od stałych reklam agencji towarzyskich (czytaj domów
publicznych), po skrajnie pornograficzne wyskoki na łamach dodatku do „Życia
Warszawy"„Ex libris", opanowanego przez szalejące feministki. Osobny temat
Swoisty model stosunku do Kościoła prezentowała
„Rzeczpospolita". Jakże często w sobotnio-niedzielnym numerze
„Rzeczpospolitej" raczono nas kolejną porcją antykościelnych,
antykatolickich i antynarodowych wywodów Szota w jego cotygodniowym
przeglądzie prasy pt. Na zdrowy rozum. Oto kilka typowych „perełek" z
przeglądów Szota. W „Rzeczpospolitej" z 17 grudnia 1994, powołując się na
„Gazetę Lubuską" pisał, że klerykalizm „można podzielić na przyczajony,
pełzający, kroczący i atakujący". W „Rzeczpospolitej" z 23 lutego 1995 pisał
o teorii, wedle której „europejskie państwa można podzielić na kraje „Marty
i kraje Marii". Społeczeństwa pierwszych były protestanckie i pracowite,
drugie katolickie i powierzające pracę raczej Bogu." Bzdurność uogólnień
Szota widoczna jest chociażby na przykładzie prosperujących gospodarczo
katolickiej Bawarii czy Belgii, ale autorowi wyraźnie chodzi o propagandę
antypolską, a nie o fakty. W „Rzeczypospolitej" z 23 lipca 1994 Szot z
głupia frant przedstawiał banialuki jakiejś Australijki o tym, że żoną
Jezusa była biblijna Maria, z którą
Postkomunistyczne władze konsekwentnie działają na rzecz
maksymalnego ograniczenia katolickiej większości ludności Polski i
możliwości jej zaprezentowania. W rezultacie tych działań oficjalna
delegacja polskich kobiet na konferencję w Pekinie jechała z raportem
skrajnie przesiąkniętym „labudyzmem" i gruntownie sprzecznym z poglądami
przeważającej części polskich kobiet-katoliczek. Nic dziwnego; że
reprezentantki polskich katolickich organizacji kobiecych odmówiły
firmowania takiego raportu.
I dziś trzeba bronić praw sumienia
Przez
cały okres po 1989 wyraźnie widać coraz bardziej negatywne skutki
współdziałania „czerwonych" i „różowych" środowisk politycznych i
kulturalnych w walce przeciw wartościom. Ich współdziałanie, tak widoczne w
walce przeciw patriotyzmowi, znajduje równocześnie wyraz w coraz
intensywniej rozwijanej, niebywale perfidnej ofensywie antywartości,
ośmieszania wiary i Kościoła, dążeniu do rozbicia trwałości polskiej
rodziny. W miejsce oczekiwanej wolności mamy na każdym kroku „luz" i „róbta
co chceta", jako swoiste symbole małości wzorców lansowanych przez
najpopularniejsze, najbardziej wpływowe polskojęzyczne media. Tym ważniejsze
były więc dla nas przejmujące słowa ostrzeżenia wypowiedziane przez Ojca
Świętego: „(...) Wbrew pozorom praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj.
Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i środkach
Wbrew faktom próbowano zbagatelizować ostrzeżenia Ojca
Świętego. Roman Graczyk na łamach „Gazety Wyborczej" przyznał, że istnieją
zjawiska obrażania uczuć religijnych, ale stanowią, jego zdaniem, tylko
margines. I nie sposób stwierdzić, że prowadzona jest odgórna walka z
Kościołem. Czyżby? Warto więc przypomnieć, że na łamach „Gazety Wyborczej"
doszło 7 lipca 1994 roku do znamiennego przyznania ze strony jednego z
czołowych działaczy Unii Wolności Jana Lityńskiego, iż mamy do czynienia z
ciągłym wypychaniem Kościoła poza nawias życia publicznego, które musi
zakończyć się rodzajem zimnej wojny religijnej. Można by bardzo 4 długo
wyliczać przejawy ataków na Kościół i religię w różnych mass
Warszawska odmiana sowieckiego
„Bezbożnika"
Szczególnie szkodliwą rolę w zręcznej, systematycznej
akcji podważania i osłabiania religijności Polaków odgrywała i odgrywa
zdominowana przez starych komunistycznych politruków telewizja. W kraju,
gdzie zdecydowana większość ludności jest katolicka, wykorzystuje się
utrzymywaną w niemałej mierze ze środków całego społeczeństwa (abonamenty)
telewizję do perfidnych ataków przeciwko Kościołowi i religii oraz
ośmieszania wartości chrześcijańskich. Zdecydowanie przodowała pod tym
względem Olga Lipińska ze swym kabaretem, w którym wciąż usiłowała dokładać
Kościołowi jako rzekomej „nowej sile przewodniej", zatruwającej dusze narodu
i wsączającej w nią jady zaścianka. W wywiadzie dla katowickiego „Dziennika
Zachodniego" Lipińska sugerowała bez żenady, że wszędzie w Polsce jakoby
panoszy się ciemnogród, a głównym jego wyrazicielem jest oczywiście Kościół
katolicki, który na dodatek „ma długie ręce", i już, już sięga po władzę.
Styl ataku na Kościół wyrażony przez Lipińską w programie „Kariery-Bariery",
redaktor naczelny „Najwyższego Czasu"Stanisław Michalkiewicz, ne bez racji
przyrównał do manifestacji organizowanych w Rosji Sowieckiej przez
„Bezbożnika", tyle, że w sposób dostosowany do gustu warszawskiego
demi-monde'u. Szczególnie „zabłysnął" program kabaretu Lipińskiej z okazji
Nowego Roku 1997. Można było w nim usłyszeć donośne wezwanie: „Wybaw nas od
Kościoła, a Kościół od klechów". Rzeczywiście, szczególny typ powitania
Nowego Roku w kraju, z przeważająca większością ludności katolickiej. Nawet
wyskoki Olgi Lipińskiej potrafiono jednak przebić - poprzez pokazaną w
Poniedziałek Wielkanocny 12 kwietnia 1993 roku w kabarecie „Big Zbig Show"
sceniczną parodię wielkopostnej pieśni religijnej „Nocą ogród oliwny".
Główny aktor spektaklu Zbigniew Zamachowski, przebrany za księdza w
otoczeniu pląsających niby - zakonnic z głupawą miną parodiował wstrząsającą
melodię pieśni o Jezusie w Ogrójcu. Po protestach różnych środowisk
katolickich, zdobyła się na przeproszenie telewidzów tylko Autorka spektaklu
Magda Umer. Ani słowa przeprosin nie wybąkał tak „zasłużony" dla walki z
wartościami chrześcijańskimi i patriotyzmem w telewizji jej ówczesny prezes
Janusz Zaorski. Czyż można się dziwić - przecież to on przerobił scenariusz
Marii Nurowskiej z „bogoojczyźnianego" - jak sam powiedział - w
„ateistyczno-internacjonalistyczny", wywołując gwałtowny protest Autorki.
W kontekście tych antychrześcijańskich ekscesów
telewizji, warto przypomnieć wypowiedź swego rodzaju klasyka polskiego
kabaretu Wojciecha Młynarskiego, na łamach „Telerzeczpospolitej" z 12
czerwca 1994 r. Młynarski ubolewał, że zupełnie nie widzi odważnego, ostrego
i na wysokim artystycznym poziomie kabaretu politycznego, dodając: „(...) We
wszystkich produkcjach wałkowany jest Kościół. Uważam, że trzeba ten temat
poruszyć, ale nie w formie tak marnej artystycznie i miałkiej myślowo, jak
to jest robione".
Także dotowana z pieniędzy całego społeczeństwa
kinematografia staje się nierzadko areną grubiańskich ataków na Kościół
katolicki w Polsce. Szczególnie jaskrawym przykładem pod tym względem był
film Konrada Szołajskiego „Człowiek z..." (prod. 1993 r.), skrajnie
przerysowana satyra na solidarnościowe podziemie. Reżyser filmu,
opracowanego na podstawie scenariusza przygotowanego do spółki z Januszem
Lindenbergiem, tym skwapliwiej rzucił się w swej „satyrze" na wspierający
solidarnościowe podziemie Kościół katolicki. Jak komentował film
Szołajskiego Mirosław Winiarczyk: „Antyklerykalizm „Człowieka z..." wydaje
się być na granicy patologii".
Bezkarność w obrażaniu uczuć wiernych zachęca ciągle
nowych naśladowców Herostratesa do szukania rozgłosu dzięki co skrajniejszym
bluźnierstwom. Typowy pod tym względem był popis szerzej nieznanej
dziennikarki katowickiej TV Eweliny Puczek w kwietniu 1996 roku. W trakcie
wywiadu z ks. Józefem Tischnerem Puczek wystąpiła z „odkryciem", że
Apostołowie jakoby upili się w czasie Ostatniej Wieczerzy i zasnęli,
zostawiając Pana Jezusa samego. Oburzeni czytelnicy złożyli krakowskiej
prokuraturze doniesienie na taką obrazę ich uczuć religijnych. Badająca
sprawę prokurator uznała zarzut za bezpodstawny, tłumacząc, iż zamiarem
Skrajna tolerancja wobec najbardziej ordynarnych nawet
przejawów obrażania uczuć religijnych stała się zachętą dla różnych
prymitywnych amatorów do skandalizowania za wszelką cenę. W takiej
atmosferze doszło między innymi do powstania prac niejakiego Krzysztofa
Kuszeja z Łodzi, w ordynarny sposób obrażających uczucia religijne. Na
jednym z jego „obrazów" Matka Boska została pokazana naga. Jeszcze inny
obraz Kuszeja przedstawiał scenę profanacji wizerunku Czarnej Madonny przez
żołnierzy. Były to więc przypadki dość szczególnej „sztuki", polegającej na
łączeniu obsesyjnej skłonności do profanowania rzeczy świętych z
pornografią. Po kilku tygodniach śledztwa Prokuratura Rejonowa w Łodzi -
Śródmieście przedstawiła Kuszejowi zarzut usiłowania obrazy uczuć
religijnych oraz produkcji i posiadania pornografii w celu jej
rozpowszechniania.
Panujący model „tolerancji" dla wulgarnych bluźnierstw i
drwin z wszystkiego, co najświętsze, zapewnia maksymalną bezkarność dla
autorów „utworów" profanujących pieśni Eucharystyczne (vide ostawiony
tekst zespołu „Piersi"). Inny zespół młodzieżowy „Apteka" w tekście „Jezuu"
(1992 r.) podśpiewywał: „Jezus Chrystus nie jest w modzie, chyba diabeł jest
na fali, my pijemy, tu browary, Hary Kriszna, Hary, Hary!" W Katowicach
młodociani chuligani antyreligijni zwoływali na „antyfaszystowską" zadymę
plakatami wyobrażającymi molestowanych nazistów - pod rękę esesmana z
księdzem. W marcu 1995 r. we Wrocławiu doszło do manifestacji młodych
„antyfaszystów" w ramach tzw. Akcji Antyklerykalnej. Kolportowano odezwy
nawołujące do mordowania księży. Na czele manifestacji, idącej pod pałac
biskupi, stanął młodzieniec przebrany za biskupa w mitrze z brystolu i
autentycznej stule, najprawdopodobniej skradzionej z konfesjonału.
Nadmierna tolerancja rodzi coraz większe ekscesy. Widząc
bezkarność bluźnierców z telewizji i prasy coraz więcej młodych
rozwydrzonych nihilistów, pozwala sobie w praktyce na najgorsze bluźnierstwa
i czynne napaści na księży i świątynie. Pojawiają się napisy „księża na
księżyc", „katolicy do kostnicy". W Ostródzie grupa młodych podpaliła grób
Chrystusa i darła Pismo Święte. W Legnicy inni młodzi ludzie potłukli organy
kościelne i rozszarpali atrybuty liturgiczne. W Żyrardowie zdewastowano
Tabernakulum i podeptano święte Hostie. W Poznaniu grupa dziewcząt urządziła
Dochodziło i dochodzi do różnych przejawów
antyreligijnego fanatyzmu, godzącego w uczucia ludzi wierzących. By
przytoczyć choćby przykład opisany w „Słowie-Dzienniku Katolickim" z 6
grudnia 1995. Chodziło o bulwersujące wydarzenie, które miało miejsce w
Społecznym LO w Ursynowie. Otóż nieznany sprawca zdjął tam ze ściany krzyż,
zawieszony przez młodzież w sali, w której odbywają się lekcje religii. Po
długich poszukiwaniach krzyż został odnaleziony w koszu na śmieci.
Co najsmutniejsze, wiele profanacji miejsc świętych,
dokonywanych jest przez małolatów, których indoktrynowano w nienawiści do
księży i Kościoła. Jak opisywał ks. Waldemar Kulbat: „(...) Dwoje dzieci
dokonało profanacji w kościele św. Antoniego w Łodzi, dokonując zniszczeń na
kilkadziesiąt milionów starych złotych. W innej parafii dwóch
czternastolatków rozbiło rzucając R o ziemię figurę Pana Jezusa. W kościele,
w którym pracuję, odbywa , się nieustająca adoracja Najświętszego
Sakramentu. Grupa młodych ludzi pluła i wykrzykiwała bluźniercze okrzyki,
wobec Pana Jezusa w Eucharystii, a gdy podbiegli ludzie obecni w kościele, w
rękach „dzieci" pojawiły się noże". Ks. Kulbat przypomniał również inny
wyczyn „małolata" z Polichny pod Chęcinami koło Kielc 5 lutego 1992.
Długoletni proboszcz tej parafii ciężko poraniony udaremnił morderczy zamach
wyrostka, którego sam, przed laty, ochrzcił n w miejscowym kościele.
Jakie są skutki tej antykościelnej i
antyreligijnej kampanii nienawiści w praktyce, wiadomo. Pisali o tyra we
wstrząsających
Coraz większe rozmiary przybiera dewastacja i profanacja
cmentarzy katolickich. Oto kilka drastyczniejszych przykładów tego typu. W
nocy z 12 na 13 maja 1990 doszło do zdewastowania 187 grobów na cmentarzu w
Wejherowie. Sprawcy profanacji zrzucili z postumentu i rozbili 1,5 metrową
figurę Chrystusa. 6 lutego 1993 zniszczono około 500 grobów na warszawskim
Wawrzyszewie. W kolejne dwie noce 8 i 9 maja 1993 sataniści sprofanowali 136
grobów na zabrzańskich cmentarzach, przewracając pomniki i łamiąc płyty
nagrobne, strącając i odwracając do tyłu krzyże na grobach. 25 października
1993 zniszczono 110 grobów we Wrocławiu, niszcząc płyty nagrobne i łamiąc
krzyże. W tymże 1993 roku podczas świąt Bożego Narodzenia sataniści
urządzili czarną mszę na toruńskim cmentarzu przy ul. Wybickiego. 30 lutego
1994 doszło do zbezczeszczenia 30 grobów na zabytkowym cmentarzu wojskowym w
Modlinie, głównie mogił żołnierzy polskich z 1920 i 1939 roku. W 1996 roku
doszło do 861 profanacji cmentarzy, w przeważającej większości cmentarzy
katolickich. Dodajmy do tego niektóre tylko przykłady celowych podpaleń
kościołów z długiej, jakże długiej listy wypadków tego typu. W czerwcu 1992
spłonął na skutek podpalenia kościół w Niedźwiedziu pod Gorcami zbudowany w
XVII wieku. W październiku 1992 w wyniku podpalenia spłonął zabytkowy
kościół w Łękawicy Żywieckiej z 1536 roku. W styczniu 1994 roku podpalono
najstarszą świątynię na Górnym Śląsku - ponad 500-letni drewniany kościół w
Łączy koło Gliwic. W lipcu 1994 roku anarchiści z Frontu Antyreligijnego
podpalili zabytkowy kościółek w Motyczu. Podpaleniu towarzyszyło wypisanie
na ścianach kościółka napisów odpowiedniej treści: „Bóg nie istnieje", etc.
W tymże 1994 roku, zaledwie na trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia
podpalono przy pomocy butelki z denaturatem kaplice papieską na Turbaczu
zbudowaną dla uczczenia pierwszej wizyty Ojca Św. na Podhalu. W sierpniu
1995 spłonął na skutek podpalenia XVII-wieczny kościół w Gronowicach w woj.
opolskim. W maju 1996 spłonął - prawdopodobnie na skutek podpalenia kościół
w Książomierzu z 1430 roku, słynący z otaczanego kultem obrazu Matki Boskiej
Księżomierskiej. Tylko na Ziemi Lubuskiej w ciągu ostatnich dwóch lat
doszczętnie spłonęło pięć zabytkowych, drewnianych kościołów. Stwierdzono
kilkanaście prób podpaleń i ataków na obiekty sakralne. Między innymi w
Wielki Piątek 1995 roku doszczętnie spłonął kościół pod wezwaniem
Podwyższenia Krzyża Świętego w Szlichtyngowej (gmina Wschowa), a zbudowany w
1653 r. w lutym bieżącego roku spłonął zbudowany w XVI w. drewniany ;
kościół pod wezwaniem św. Trójcy w Tuchorzy (gmina Wolsztyn) Spłonęły tam
m.in. zabytkowy tryptyk z XVI wieku i ambona z tegoż stulecia. W kościele
Najświętszego Zbawiciela w Zielonej Górze, w ciągu 9 miesięcy, od września
1996 do czerwca 1997, podkładano ogień pięciokrotnie, przy tym cztery razy
podpalano drewniany tryptyk w bocznej nawie kościoła. Mirosław Kuleba,
opisujący w bardzo udokumentowanym tekście serię podpaleń kościołów na Ziemi
Lubuskiej, wyrażał jednoznaczne przekonanie, że kościoły płoną z powodu
świadomych podpaleń, a nie w rezultacie niesprawności instalacji
elektrycznej, etc. W przypadku spalenia XVIwiecznego kościoła w Tuchorzy, w
momencie pożaru w nocy z piątku na sobotę, były wyłączone wszystkie
urządzenia elektryczne, a instalacja odcięta przez zabezpieczenie główne,
zawsze wyłączane przez kościelnego. Znamienne jest, to co podkreślał
Mirosław Kuleba: „(...) Nie trudno spostrzec, że okoliczności powstawania
pożarów są niemal identyczne. Kościoły płoną zawsze w nocy. Zwykle jest to
sobotnia noc. Pożar zaczyna się w drewnianej wieży, do której najłatwiej się
dostać i która najczęściej nie posiada żadnej instalacji elektrycznej".
Rzuca się w oczy „zdumiewający" brak reakcji
przeważającej części mediów i przedstawicieli władz RP na tak liczne
przejawy podpaleń czy profanacji kościołów katolickich. Jakże kontrastuje to
tak wymowne „milczenie" z całą falą oficjalnych protestów, jaka nastąpiła po
próbie podpalenia drzwi synagogi w Warszawie w marcu 1997. Natychmiast
zaprotestował wówczas prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, zaprotestowali
liczni inni wpływowi politycy i intelektualiści. Sprawa nabrała rozgłosu
międzynarodowego, podczas gdy o tak licznych podpaleniach kościołów
katolickich w Polsce jakoś dziwnie nikt nie informował zagranicy. Warto
przytoczyć w tym kontekście uwagi ks. Marka Starowieyskiego, profesora
Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie, historyka Kościoła i publicysty,
zamieszczone w „Rzeczpospolitej" z 15-17 marca 1997: „(...) Bezkarne
znieważanie kościołów i Najświętszego Sakramentu, pożary obiektów
sakralnych, nie tylko katolickich (prawosławna Grabarka czy warszawska
synagoga), dewastacja cmentarzy i niszczenie krzyży zaczyna stawać się
częścią składową codziennego życia w Polsce. Może właśnie podpalenie
warszawskiej synagogi stanie się punktem zwrotnym dla poważnego traktowania
praw ludzi wierzących w Polsce. Protestował prezydent, wyrazy oburzenia
okazali przedstawiciele elit rządowych, ambasadorowie. Czy jednak zobaczymy
tych ludzi i usłyszymy te same potępienia, gdy spłonie następny kościół, gdy
zostaną bluźnierczo rozsypane Hostie po kościele lub potrzaskane krzyże na
cmentarzu?" Nadzieje ks. Starowieyskiego okazały się złudne. Elity rządowe
dalej zachowywały wymowne milczenie, gdy chodziło „tylko" o podpalenie i
dewastację kościołów i cmentarzy katolickich. W kilka tygodni potem doszło
do podpalenia zabytkowego XVI-wiecznego kościoła w Łagowcu w województwie
poznańskim. Kościół spłonął doszczętnie, a z nim cenny stary ołtarz barokowy
i dwa zabytkowe obrazy. Tym razem przedstawiciele kół rządzących i
intelektualiści milczeli jak grób, niemal całkowicie milczały media.
Podobnie jak w przypadku następnych profanacji i podpaleń - by wymienić
tylko parę z jakże niestety licznych przykładów.
Na początku czerwca 1997 nieznani wandale zbezcześcili i
okradli kościół w Będzinie koło Katowic, poświęcony pamięci Polaków
wywiezionych do Związku Radzieckiego w czasie drugiej wojny w światowej.
Kościół nazywany jest Golgotą Wschodu - jego proboszcz ks. Stefan Gibała od
lat gromadzi pamiątki związane z Polakami wywiezionymi i zaginionymi na
Wschodzie. Nieznani napastnicy wyważyli drzwi, wyrzucili z zakrystii szaty
liturgiczne
Za suchymi faktami o aktach profanacji i dewastacji
kościołów katolickich kryje się prawda o wyjątkowym zwyrodnieniu
niszczycieli. Ciągle dowiadujemy się o wyjątkowym okrucieństwie przestępców
napadających na księży. Ta zaciekła nienawiść, bezwzględność wobec
napadanych księży nie są wcale przypadkowe.
Jak powiedział ks. bp Roman Andrzejewski w kazaniu
wygłoszonym w czasie pogrzebu księdza Zbigniewa Durczyńskiego, zamordowanego
w 1992 roku: „(...) Włączone radio nadawało przegląd prasy. Odczułem; jak
sączy się stamtąd nienawiść, ile pieniędzy ma Kościół, ile zarabiają księża?
(...) Żadnej wzmianki o wychowawczej pracy kapłanów, szkolnej i
pozaszkolnej, o dyżurach w konfesjonałach, o pracy podejmowanej bez
oglądania się na wynagrodzenie. Z upodobaniem kontynuowane są przez niektóre
kręgi ataki na Kościół, dobrze nam znane z minionej epoki. Chyba ci ludzie i
serca wykształcili w wysokiej szkole oszustwa, bo tak zręcznie mieszają
prawdę i kłamstwo (...). Napastnikom zapewniona jest bezkarność. Przykłady
idą z góry".
Według artykułu Nieznani sprawcy Katarzyny
Klukowskiej w „Tygodniku Solidarność" z 26 lipca 1995 tylko w ciągu pięciu
lat do 1995 roku w Polsce zamordowano 10 księży. Statystyka ta nie
uwzględniła 1989 roku - tragicznego roku śmierci księży Niedzielaka,
Suchowolca i Zycha. Autorka wskazywała również na tak znamienny fakt - nie
zrobiono nic dla wykrycia sprawców morderstw na księdzu Stefanie Niedzielaku
(w czasie II wojny światowej kapelana Armii Krajowej, a później kapelana WiN,
opiekuna rodzin pomordowanych w Katyniu i poległych na Wschodzie), księdza
Stanisława Suchowolca (przez wielu uważanego za duchowego spadkobiercę
księdza Jerzego Popiełuszki) i księdza Sylwestra Zycha (uwięzionego w stanie
wojennym).
Wiele dającą do myślenia sprawą była historia swoistej
„czarnej serii" napadów na plebanie w diecezji sandomierskiej w 1995 roku. W
ciągu kilku miesięcy do października 1995 doszło do 9 napadów tego typu,
połączonych czasem z pobiciem księdza, m.in. w Biskupicach, Denkowie, Hucie
Józefów i Mychowie. Napadnięci księża traktowali te napady jako formę
zastraszenia i terroru. Tym bardziej,
Przeważająca część najbardziej wpływowych mediów w Polsce
jak zwykle milczała w sprawie brutalnych napaści na księży w diecezji
sandomierskiej. Wszak napadano i torturowano tylko księży! Katolicki
publicysta Zdzisław Bradel, komentując „dziwne milczenie" „Gazety Wyborczej"
i „Trybuny" w tej sprawie, zapytywał: „(...) Czyżby więc chodziło o zmowę
milczenia, której wymowa stawia pod znakiem zapytania deklarowaną przez
różowoczerwone ośrodki obronę wszystkich prześladowanych? A może milczy się
w tej sprawie, bo ksiądz ma funkcjonować w naszej świadomości wyłącznie jako
symbol polskiego i katolickiego ciemnogrodu? Może też trzeba nasze
duchowieństwo tak zastraszyć, aby raz na zawsze odechciało mu się występować
w obronie zgnębionego narodu?"
Na tle rozlicznych faktów dowodzących świadomego,
cynicznego prowadzenia zimnej wojny antykościelnej i antyreligijnej w
Polsce, tym bardziej zaskakują wciąż ponawiane próby zamazywania ostrości
istniejącej sytuacji, minimalizowania zagrożeń dla religii i Kościoła.
Częstokroć z całym cynizmem próbuje się zrzucać na obrońców Kościoła winę za
to, że się w ogóle bronią. Bo najlepiej, żeby byli zupełnie bezbronni, jak z
uporem sugeruje publicysta
W Polsce wciąż z niebywałą pobłażliwością toleruje się akty fanatyzmu antyreligijnego i antykościelnego, które wywołałyby gwałtowne protesty i przeciwdziałania w najbardziej nawet liberalnych krajach Zachodu. Nie mówię tu niczego gołosłownie. W „ultraliberalnych" Stanach Zjednoczonych piosenkarka Sinead 0'Connor, która podarła „na wizji" fotografię Ojca Świętego Jana Pawła II, spotkała się z powszechnym bojkotem. Nikt nie wystąpił w jej obronie; organizatorzy koncertu publicznie przeprosili widownię za nieodpowiedzialność piosenkarki. Po pewnym czasie i sama 0'Connor wybąkała słowa przeprosin, a nawet założyła koszulkę z portretem Ojca Świętego Jana Pawła II. U nas w katolickim tygodniku (! ! ! ) - „Tygodniku Powszechnym" Jerzy Wertenstein-Żuławski napisał w numerze z 14 marca 1993, że piosenkarka O'Connor, która podarła przed kamerą wizerunek Ojca Świętego, jest i tak moralnie lepsza od rozwydrzonej Madonny. Pytanie - czy ma jakikolwiek sens tego typu stopniowanie zła?! Niestety, właśnie w „Tygodniku Powszechnym" zbyt często po prostu powielano po 1989 roku różnej „argumenty" „Gazety Wyborczej". Mówi się, że w ramach współpracy lewicy katolickiej (czy katolewicy, skupionej wokół „Tygodnika Powszechnego") ze środowiskiem dawnej opozycji laickiej (skupionej wokół „Gazety Wyborczej") doszło do tego, że „Tygodnik Powszechny" stał się swego rodzaju dodatkiem do „Gazety Wyborczej". Szczególnie widoczne stało się maksymalne wykorzystanie „Tygodnika Powszechnego" w czerwcu 1989 roku do prób obciążenia rzekomego Kościoła „zamkniętego", „triumfalizmu" Kościoła winą za wszelkie konflikty z lewicą laicką. Ta wyraźna tendencyjność ocen na niekorzyść Kościoła spotkała się z jednoznaczną krytyką ze strony Ojca Świętego w liście do redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego" z 5 kwietnia 1995, notabene opublikowanego na łamach tygodnika z ponad miesięcznym opóźnieniem!