
|
Kaznodzieja „Solidarności"
Przeciw balcerowiczowskim eksperymentom na Narodzie
Pani Jasnogórska, Królowo Polski,
Matko nasza! |
„Solidarność" nie zginęła! Masz obowiązek ujawnić płatnych donosicieli! List ks. Henryka Jankowskiego do Kurii Biskupiej Gdańska z dnia 21 czerwca 1987 roku Walczmy o godne życie w kraju suwerennym! Pamięci księdza Jerzego PRL - czasem niszczenia Narodu II. Pamięć narodowej historii Konstytucja 3 maja W obronie tradycji powstańczych Święto 11 listopada Pamięć obrony Lwowa Cud nad Wisłą Pamięć marszałka Piłsudskiego Pamięć wojennych bohaterów Polski Pamięć zbrodni katyńskiej Przemilczany mord katyński Wstydzimy się za tych historyków! III. Pamięć społecznych buntów W rocznicę buntu poznańskich robotników Pamięć ofiar Grudnia 1970 roku Heroizm bohaterów Grudnia 1970 roku Zginęli w imię Wolności Stocznia symbolem męczeństwa Pamięć radomskiego protestu W rocznicę Sierpnia 1980 roku IV. Bóg, Honor, Ojczyzna Symbol Krzyża Odrzućcie służalczość Patriotyzm polski Apel do Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej Księdza Henryka Jankowskiego z dnia 11 listopada 1989 roku V. Kościół i Naród Kościół i Naród W walce o ideały narodowe Kościół - niezwyciężony bastion polskości Przeciw ateistycznej indoktrynacji VI. Praca, szczęście lub przekleństwo Nie bądźcie niewolnikami pracy! Praca, szczęście lub przekleństwo O godności człowieka pracującego VII. Do różnych środowisk społecznych Do robotników Wybrzeża! Do stoczniowców, portowców i rybaków |
Tom 2
| CZĘŚĆ I Przemilczana opozycja Bitwa o pamięć historyczną O pełną prawdę na temat stosunków polsko-ukraińskich Krytyka „przeprosin" Kwaśniewskiego Przeciw antypolskiemu wyskokowi Kuronia Ksiądz Jankowski piętnuje pomysł Centrum Przeciwko Wypędzeniom Przeciw samozadowoleniu nowych „elit" rządzących Kucharz bardzo zły, ale wielce uczciwy Przeciw „nowej cenzurze" Z dala od pałacu prezydenckiego Przeciw skutkom planu Sorosa-Sachsa-Balcerowicza Przeciw „grubej kresce" i PRL-bis Prymat „towarzysza Szmaciaka" Przeciw „generałowi Judaszowi" Nie lewica czy prawica, a interes narodowy Nagonki za „obrazę narodu wybranego" Spór o „mniejszość żydowską" Im głupszy Żyd A kto przeprosi Polaków? Moje votum separatum CZĘŚĆ II Przeciw złym rządom i antypolonizmowi I. W hołdzie narodowej historii Pamięć II Rzeczypospolitej Triumf 1920 roku a wyzwania naszych czasów W rocznicę heroicznego Września 1939 roku W rocznicę sowieckiej napaści na Polskę Zbrodnia katyńska Pamięci pomordowanych w Katyniu Nie pozwolimy na zapomnienie katyńskiej zbrodni! Wymordowani na Kresach Do 27. Wołyńskiej Dywizji AK Nigdy nie zapomnimy o rzeziach na Wołyniu! Komu przeszkadza prawda o KL Warshau? Testament historii Usunąć nazwiska zbrodniarzy! Misja pojednania II. Nierozliczone zbrodnie komunizmu Pamięć WiN-u Nierozliczone zbrodnie komunizmu Pamięć batalionów roboczych Czuwać, by nie odżył komunizm! Szkalowanie stoczniowego buntu 1970 roku Pamięć grudnia 1970 roku Nigdy nie wolno zapomnieć o tych zbrodniach! (Grudzień 1970 roku) Generał Judasz Dlaczego zbrodniarze żyją spokojnie i dostatnio? III. „Polska jest źle rządzona" Uważnie patrzymy komunistom na ręce Wielu z Was okazało małość Brak prawdziwych elit W międzypartyjnej malignie Nie obrażać się na Polskę Kryzys państwa - kryzys społeczeństwa Otacza nas atmosfera niepewności i lęku Niweczone nadzieje Chciwi i aroganccy Co się stało z etosem Chałturzenie na konto rewolucji Zdrada „Dziś nie trzeba skakać przez płoty. Otwarte są bramy..." Panowie rządzący dziś Polską Chwała i pośmiewisko Partyjni gracze wykorzystali „Solidarność" Czy mamy zmarnować nasze zwycięstwo? Aby nie upokarzano Polski Polska jest źle rządzona Wachowski przeszkadza Polsce Naród „udławił się wolnością" Rządy cwaniaków Żenująca nieudolność władzy Znów mamy prostytucję polityczną! „Nie oszukujmy się, siedzimy w PRL-bis" „Solidarność" wykorzystano! Dzień dzisiejszy - to zdrada narodu Obwiniam ich o zdradę „Solidarności" O silne polskie samorządy Czechy miały rację dekomunizując „Stocznia musi żyć" Ratować Stocznię! Daliśmy zmarnieć wielkiej sile społecznej! Stoimy o krok od dramatu! Daleko nam do wolnej Polski Oczyścić życie polityczne i biznes Nie o taką Polskę walczyliśmy! Karierowicze zdradzili „Solidarność" Dlaczego robi się eksperyment na Narodzie? Faryzejska nietolerancja monetarystów Narodowi nie mówi się prawdy! Czy nie zgubiliśmy człowieka? Poniżający spektakl paszkwili i pomówień Pyszałkowaci politycy Zdradzona „S" Komu Pan służy, marszałku Płażyński? Łatwizna największym wrogiem Polski Sprzedajni politycy Gdy kłamca jest prezydentem Pęd ku narodowej samozagładzie Nie chcemy żadnego dyktatu z zewnątrz! Nie gódźmy się na zdradę ideałów „Solidarności"! Władza odeszła od Narodu Polska to nie jarmark! IV; Być Polakiem! Być Polakiem! Rozważania na temat patriotyzmu Czym jest dla nas Ojczyzna! Młodzież a patriotyzm V. Kościół a Naród Kościół a Naród Ojciec Święty a „Solidarność" Kościół widzialny Z miłości też można zrobić wielką politykę |
Kapłan musi pomagać w odradzaniu się społecznej solidarności Jaka winna być postawa katolika? Nie poprawiajmy Pana Boga Żywe kamienie i kopcące świece Kościół wojujący Jakie winno być kapłaństwo? VI. Polacy a Żydzi Narodzie obudź się Przeciw nadużywaniu oskarżeń o antysemityzm Nikt nam w kraju nie będzie przestawiał mebli Nie będę przepraszał Wciąż milczą o antypolonizmie |
Przeciw balcerowiczowskim eksperymentom na Narodzie
Wcześnie, bardzo wcześnie ostrzegał przed wprowadzaniem w Polsce swoistej, chorej odmiany kapitalizmu, opartej na maksymalizacji zysku za wszelką cenę. Mówił w kazaniu z 10 listopada 1991 roku: Chcemy liberalnej gospodarki opartej na rynku i wolnej konkurencji. Dobrze. Jest rzeczą rozumną i słuszną, by ludzie w swej działalności gospodarczej kierowali się motywem własnego zysku. Motyw ten skłania bowiem człowieka do większej energii i podejmowania większego trudu. Lecz czy musimy iść śladem wojującego kapitalizmu XIX wieku, gdzie zysk nieomal został akceptowany jako norma etyczna ? Wejrzyjmy w nasze serca. Ilu z nas dziś, nie bacząc na nic, goni zachłannie za każdym, nawet nieetycznym sposobem zdobycia pieniędzy za wszelką cenę. Kwitnie spekulacja, mnożą się afery podatkowe, celne, bankowe, powstają czasem w ciągu kilku dni ogromne fortuny na amoralnej wyrosłe glebie.
Uderzmy się w piersi. Etyka społeczna, powołująca się nie tylko na doktrynę katolicką, lecz również na przesłanki racjonalne, wymaga, aby dążenie człowieka gospodarującego do osiągania zysków było podporządkowane zarówno nakazom naturalnej sprawiedliwości społecznej, jak i szerzej pojętej - miłości społecznej. Jest to wyższy stopień zrozumienia nauki Chrystusa i obowiązuje nas wszystkich. Ma to dla uładzenia naszych bieżących problemów ogromne znaczenie, choć wielekroć każdy z nas mówi do siebie: „ Cóż znaczy ten jeden milion, który ja zdobyłem trochę „ na lewo " wobec miliardów, jakie zgarniają rekiny podziemia gospodarczego? ". Nie, Najmilsi, odrzućmy te usprawiedliwienia, gdyż one są fałszywe i ranią serce Chrystusa (...).
Niejednokrotnie ostro, bez ogródek, krytykował jako niebezpieczną dla kraju balcerowiczowską politykę gospodarczą, uderzającą Polaków w interesie międzynarodowych instytucji. W głośnym kazaniu z 17 października 1999 roku powiedział m.in.: - Podobnie jak wielu z was, uważam - czemu dałem wyraz już dawno, co bardzo się nie podobało wielu prominentom - że obecny minister finansów i ekipa rządząca naszą gospodarką nie są dla Polski najlepsze. (...) Los milionów ludzi w naszym kraju nie daje powodów do zadowolenia. Państwo i system jest dla ludzi, a nie odwrotnie!
(...) Słyszy się coraz częściej o zamiarze wprowadzenia tak zwanego podatku katastralnego. Cóż to za monstrum? Nie chcę już mówić o innych projektach ministra finansów i żądaniach jego mocodawców z Banku Światowego i Funduszu Walutowego, bo nie miejsce i czas do tego, lecz trudno nie zauważyć i uznać za normalne to, że człowiek pracujący w Polsce jest obciążony przez najróżniejsze podatki w wysokości 80 proc. swoich zarobków!!! (...). Jesteśmy ludem Bożym! Tym ciągle ubogim ludem, Narodem Europy tak cięż/ ko doświadczonym w dziejach! Chcemy oddać co cesarskie Cezarowi, ale nie w tej lichwiarskiej formie, niczym nieusprawiedliwionej, niszczącej — nieludzkiej! Zapytajmy dzisiejszych obłudników: dlaczego wystawiacie ciągle Naród na próbę? Dlaczego robicie wobec niego i na nim eksperymenty? Dlaczego - wybrani przez Naród - nie dotrzymujecie obietnic i danego słowa? (...).
W kazaniu z 5 grudnia 1999 roku z pasją piętnował „faryzejską mentalność liberałów i monetarystów, „polityków odpowiedzialnych za bałagan w państwie, za poniżanie narodu polskiego w oczach innych, za sprzedawanie najwyższych wartości za marne kilka srebrników z różnych banków światowych i funduszy międzynarodowych". Akcentował: (...) Powracamy, moi mili panowie, do wydarzeń ostatnich dni. Dlaczego nikt się nie spytał o sprawiedliwy podział dóbr i sprawiedliwy podział obciążeń wśród obywateli. Pytam się więc obywatelu Balcerowicz, co znaczy powiedzenie: nam się znacznie więcej należy? Tak często zachowuje obywatel minister postawę osoby, której wydaje się, iż wie najlepiej, co należy uczynić dla dobra narodu, ojczyzny i państwa! Osądza decyzje Premiera, Rządu, Parlamentu, Prezydenta i wszystkich innych ludzi, którzy myślą niezależnie kokietując ich grą „ odejdę ", „ nie odejdę ". Czy Pan minister sądzi, że dar zdolności matematyczno-monetarystycznych otrzymany od Boga usprawiedliwia prowadzenie takich działań? Czy jest jeszcze w tym wszystkim miejsce na prawdę, honor, na ludzkie dobro, na głos sumienia? Ciągłe bowiem „potrzeba nam ludzi sumienia "jak mówił niedawno Ojciec Święty Jan Paweł II! Czy słyszycie te słowa panowie liberałowie, giełdziarze, entuzjaści wolnego rynku? Czy dostrzegacie jeszcze człowieka?
W innym, dramatycznym kazaniu z 6 lutego 2000 roku stwierdzał: - Pojawia się także pytanie o ocenę dalekosiężnych celów polityczno-gospodarczych.
Czy rzeczywiście najbiedniejsze warstwy społeczne lub też ogólnie mówiąc, szerokie rzesze tak zwanych zwykłych zjadaczy chleba, muszą ponosić ciężary związane z wytycznymi Banku Światowego czy też Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Ja wiem o tym, że pomoc międzynarodowych instytucji finansowych była niezbędną dla procesów transformacji. Wiem, że powinniśmy jak najszybciej dostosowywać naszą gospodarkę, nasz przemysł i nasze rolnictwo do standardów europejskich, ale czy nie czynimy tego za zbyt wielką cenę? Czy nie zgubiliśmy tutaj człowieka? Czy tabele, statystyki, wskaźniki i wykresy nie przesłoniły nam obrazu umęczonego, cierpiącego człowieka? Bo, jak inaczej nazwać los milionów emerytów, rencistów, ludzi chorych i skazanych na opiekę państwa, milionów bezrobotnych, pozbawionych perspektyw mieszkańców post-pegeerowskich wsi i miasteczek przy upadłych fabryczkach. Nasz, polski naród, w swej historii doświadczył już bardzo wiele cierpień, niewoli, niedostatku. Nie możemy wszakże pozwolić na to, aby wysiłek naszych ojców i matek włożony w budowanie Polski wolnej, Polski niepodległej, Polski silnej wiarą i mającej należne jej miejsce w rodzinie narodów europejskich został zaprzepaszczony przez politykierów, żądnych władzy nieudaczników, tak samo z lewej, jak i prawej strony sceny politycznej (...). Niebezpieczeństwa i zagrożenia dla naszej tożsamości narodowej wynikające z globalizacji gospodarki światowej, narzucania woli silniejszego ekonomicznie, wartościowania świata według kryterium „ ile masz " i unifikacji standardów - również moralnych, są bardzo widoczne i nasilają się w stopniu zagrażającym bytowi narodu, zagrażającym wolności i demokracji. Aspirujemy do członkostwa w strukturach Zjednoczonej Europy, ale czy ma się to odbyć kosztem naszej tak ciężko wywalczonej suwerenności, prawa do samostanowienia? Nie chcemy zamienić zależności od ZSRR na zależność od Waszyngtonu, Brukseli czy też innych ośrodków nacisku politycznego, finansowego i ekonomicznego. Nie pozwólmy, aby przedstawiciele obcych i niejednokrotnie wrogich nam narodów narzucali nam -podobnie jak to było w czasach totalitarnego reżimu komunistycznego - tak zwane „jedynie słuszne poglądy ". Brońmy swojego naturalnego, boskiego prawa do swobody poglądów i wypowiedzi
W czasie gdy różni, jakże wpływowi, politycy solidarnościowi bezwstydnie porzucili kolebkę „Solidarności" - Stocznię Gdańską- ks. prałat Jankowski wielokrotnie próbował mobilizować wysiłki dla jej uratowania. W kazaniu wygłoszonym 16 marca 1997 roku na Mszy św. radiowej w intencji Ojczyzny i ratowania Stoczni Gdańskiej powiedział m.in.: (...) To nieprawda, ze Stocznia musi być zlikwidowana ze względów ekonomicznych! Jest to fragment scenariusza mającego na celu uporanie się z problemem politycznym. Fragment scenariusza napisanego przez tych, dla których Polska silna i dostatnia jest solą w oku. Uważam, że winni za ten stan rzeczy powinni zostać aresztowani, oskarżeni z mocy ustaw o ochronie obrotu gospodarczego i odpowiadać przed sądem za swoje poczynania. Tragedia tysięcy rodzin i zniszczenie majątku narodowego wielkiej wartości nie może ujść bezkarnie. Prominenci władzy nie mogą stać ponad prawem.
Gdańscy stoczniowcy są doprowadzeni do rozpaczy. Ich działania w obronie zakładu i miejsc pracy to prosty efekt barbarzyńskiej i niszczycielskiej polityki rządu. Dlatego proszę wszystkich o solidarność, wyrozumiałość i modlitwę. To, co zrobił Pan Premier i jego ministrowie przypomina najlepsze lata systemu totalitarnego. Rozpostarto zasłonę pozornej życzliwości rządu, pozorowanej pomocy i deklaracji bez pokrycia. To skandal wołający o pomstę do nieba!
Wielokrotnie wzywał do jak najszybszego obudzenia się pogrążonego w marazmie Narodu. Postulował (w kazaniu z 29 sierpnia 1993 roku): (...) Trzeba za wszelką cenę zatrzymać i odwrócić proces degradacji materialnej społeczeństwa i deprawacji moralnej młodego pokolenia. Trzeba opracować i wprowadzić konsekwentnie w życie program rozwoju gospodarczego i likwidacji bezrobocia, tej hydry, która zniweczy wszelkie papierowe plany, jeśli się jej nie opanuje. Trzeba znaleźć właściwe rozwiązanie postępującej degradacji poziomu życia rosnącej armii emerytów i rencistów. Wobec ludzi starych mamy nie tylko obowiązek prawny, ale i moralny zapewnić im godziwy schyłek ich pracowitego życia. Trzeba wreszcie docenić potrzebę śmiałej wizji rozwoju nauki i oświaty, jako dźwigni postępu technicznego, zamożności materialnej i bogactwa duchowego narodu. Nauka obecnie decyduje o powodzeniu lub klęsce ekonomicznej i kulturowej każdego kraju. Pogłębiająca się recesja w nauce i oświacie musi zostać przezwyciężona (...).
W ponad pół roku później kolejny raz apelował o jak najszybsze rozpoczęcie programu naprawy Rzeczypospolitej. W kazaniu wygłoszonym 27 lutego 1994 roku stwierdzał donośnie: (...) Apeluję do Was, do inteligencji polskiej.
Odezwijcie się! Przerwijcie milczenie! Demaskujcie zło, jakie się pleni, bez względu na miejsce, gdzie się rodzi i kwitnie! Brońcie kraju przed zalewem chamstwa, cwaniactwa i prywaty! Nauka, szkolnictwo wyższe i oświata nie mogą być nadal traktowane jak sfery nieprodukcyjne. Niespełna 2 proc. dochodu narodowego przeznaczane na te dziedziny życia publicznego skazują nas na uwiąd cywilizacyjny. Przed kilkoma tygodniami senat Politechniki Gdańskiej ogłosił dramatyczny apel o ratunek dla ginącej nauki polskiej. W Warszawie nikt się tym nie przejął, gdyż petycje i memoranda uczonych, a także nauczycieli szkół podstawowych i średnich, są przez kolejne ekipy rządzące uważane za nieszkodliwe dziwactwa (...).
Przepędzić próżniaczą klasę polityczną!
Niejednokrotnie wskazywał na prawdziwą diagnozę źródeł słabości elit polskich. Już 21 lipca 1990 roku tak mówił w wywiadzie dla redakcji „Polityki" pt. „Nie będę Judaszem". (...) Każdy rozsądny człowiek wie, że nie może być idealnej sceny politycznej. Elity wymarły, zostały na emigracji po 1945 r., ta część, która przeżyła, została zastraszona, a wreszcie część przez lewicę wymordowana. Polska scena polityczna, w tradycyjnym jej rozumieniu, będzie się tworzyła przez kilka, jeśli nie kilkanaście lat (...).
W kazaniu z 27 lutego 1994 roku przypomniał: (...) Dogasa wspaniała, choć tragiczna, generacja Kolumbów. Następne po nich pokolenie światłych Polaków zaciekle niszczone przez stalinizm, rozproszone po świecie przez dobrowolną lub przymusową emigrację, terroryzowane przez obcych i własnych sprzedawczyków, sfrustrowane w swej odepchniętej gotowości do współpracy przy odbudowie kraju, z każdym rokiem traciło wpływy nie tylko polityczne i ster życia gospodarczego, ale także słabło jej przewodnictwo intelektualne i moralne. I dziś jest odsuwane na margines, choć nie brak nam ludzi mądrych, wykształconych, myślących i prawych (...).
Słabość polskich elit i rozbicie „Solidarności" po 1989 roku ksiądz Jankowski tłumaczył też długofalowymi skutkami wojny wydanej Narodowi przez reżim Jaruzelskiego w grudniu 1981 roku. Wołał w pełnym namiętnej pasji kazaniu z sierpnia 2001 roku: (...) Tę „Solidarność" zdławiono w zdradliwą noc grudniową 1981 r., niszczono czołgami i gazami, salwami ZOMO-wców i rozkładano od wewnątrz. Represjami, coraz bardziej zaciskaną pętlą terroru jaruzelszczyzny wojującej z Narodem, wygnano za granicę 800 tysięcy Polaków, głównie tych młodych i bezkompromisowych, nie chcących się pogodzić z ponurym porządkiem pogrudniowym. Ten nowy wielki upływ krwi, zmęczenie ciągłymi szykanami oraz brak jasnej wizji przyszłości wykorzystali wrogowie Polski i ludzie zaprzedani obcym ideałom. To oni zdeformowali ideały „Solidarności", doprowadzili di zaprzepaszczenia jakże wielu rzeczy ze zwycięstwa w 1989 r. i zatriumfowania polityki „grubej kreski". Zniszczony został narodowy charakter ruchu, zniszczona została społeczna solidarność przez narzucenie odczłowieczonej polityki finansowej wykorzystanej przez byłą nomenklaturę i cwaniaków, potęgującej mizerię i krzywdę milionów, terapii, która gwałciła podstawowe zasady społecznej nauki Kościoła.
Nie wolno nam pogodzić się z takim zdradzeniem ideałów „Solidarności" z lat 1980-1981, z tym wszystkim, co przekreśla troskę o społeczny wymiar reform, o stworzenie prawdziwie braterskiej narodowej wspólnoty w suwerennej Polsce (...). Jeśli naprawdę chcemy silnej Polski, takiej, o jakiej marzył Prymas Tysiąclecia, takiej, jaka byłaby ucieleśnieniem pragnień wielkiego Papieża-Polaka Jana Pawła II, to musimy dużo odważniej i aktywniej niż dotychczas walczyć przeciw wszystkiemu, co nas opóźnia i deformuje. Musimy przede wszystkim stworzyć prawdziwe pole dla rozwoju talentów najzdolniejszych Polaków i ich awansu, zarówno Polaków z wielkich miast, jak i z tysięcy miasteczek i wiosek. Czas najwyższy wymienić dzisiejszą próżniaczą klasę polityczną, odsunąć od władzy ludzi, którzy ideały sprzedali za ciepłe posadki w parlamencie, rządzie, urzędach centralnych bądź innych intratnych przedsięwzięciach państwowych.
Za swe ostrzeżenia i alarmy, za swe zatroskanie o Polskę, o Naród, otrzymał ileż bezwstydnych wyzwisk i kalumnii. Na szczytach kraju, gdzie tak wpływowi byli i są różni anty-Polacy, nie chciano tolerować człowieka, który mówił zbyt gorzkie prawdy o rządzących, ba ośmielał się wzywać do wymienienia całej rządzącej klasy politycznej.
„Niepoprawny politycznie" od zawsze
W drugim tomie prezentowanej tu książki (obejmującym „niepoprawne politycznie" kazania księdza Henryka Jankowskiego po 1989 roku wraz z obszernym wstępem i komentarzami) pokazuję, jak słuszna była droga wybrana przez proboszcza Św. Brygidy. Droga, z której nigdy nie mógł i nie chciał zejść. Bo zbyt mocno zaangażował się całym sercem i duszą niegdyś w walce przeciwko komunistycznemu totalitaryzmowi, aby mógł spokojnie patrzyć na to, jak naród przez złych rządzących „zadławił się wolnością" po 1989 roku. Nie mógł patrzeć spokojnie, więc głosił kazania coraz gniewniejsze, coraz bardziej emocjonalne, i zadzierał z różnymi Wachowskimi, z różnymi potężnymi grupami interesów zainteresowanymi łowieniem ryb w mętnej wodzie.
Dziś, z perspektywy kilkunastu lat jakie upłynęły od czerwca 1989 roku, widzimy, że rację miał właśnie On - proboszcz św. Brygidy, przez wielu najemnych żurnalistów piętnowany z powodu swych gniewnych kazań jako „warchoł". (Cóż, za warchoła burzącego niepotrzebnie ich spokój, niektórzy możni w swoim czasie uważali i księdza Piotra Skargę). Dziś widzimy, że prawdziwym problemem dla Polski lat 90. nie był wcale ks. prałat ze Św. Brygidy. Duchowny od początku tak donośnie bijący na alarm z powodu wykolejania się polskiej drogi do wolności i demokracji, z powodu chorych i pasożytniczych elit politycznych. Tym problemem było to, że tak mało było duchownych, w tym wpływowych hierarchów, którzy równie stanowczo i donośnie biliby na alarm, ostrzegali przed upadkiem Polski. Casus proboszcza Św. Brygidy powinien być raczej traktowany jako symbol kontrastujący z ogromnymi zaniechaniami polskiego Kościoła po 1989 roku. Z tym jakże fatalnym w skutkach dla Polski modelem nie mieszania się duchownych do spraw Rzeczypospolitej, nie reagowaniem na czas, na jakże wiele niczym nieuzasadnionych udręk balcerowiczowskich transformacji dla milionów Polaków.
Wiem, że nazbyt silni byli ci, którzy chcieli zepchnąć Kościół na margines życia, że zadziałał złowrogi sojusz postkomunistów i dawnej opozycyjnej lewicy laickiej, która „czarną niewdzięcznością" odpłaciła się za dawną pomoc Kościoła. Że Kościół był zaskoczony przez nagły jakże nieoczekiwany atak michnikowców, przez perfidne postępowanie katolewicy (lewicy katolickiej), prawdziwą zdradę „Tygodnika Powszechnego". Że sam Prymas Polski Józef Glemp padł ofiarą długotrwałej nagonki, od ataków „Gazety Wyborczej" w lecie 1989 roku po grubiańskie incydenty w USA (m.in. zaatakowanie samochodu, w którym jechał Prymas Polski przez grupę bojówkarzy fanatycznego rabina A. Weissa z krzykiem: - Ty katolicki bękarcie! Zdaję sobie sprawę z tych wszystkich uwarunkowań. Z tego, że Kościół nie może odpowiadać za politykę „grubej kreski" Mazowieckiego i za fatalne „hodowanie lewej nogi" przez Wałęsę. A jednak duchowni od najwyższych po najniższych muszą bić się w piersi, tak samo zresztą jak wszyscy ludzie świeccy i zadawać sobie jakże bolesne pytania - co zrobiliśmy osobiście dla zapobieżenia zamieraniu Rzeczypospolitej właśnie wtedy, kiedy powinna po 1989 roku gwałtownie, wręcz galopem pójść do przodu. Dlaczego w Polsce 1989 roku znalazło się tak wielu jurgieltników, gotowych do służenia różnym obcym panom? Dlaczego głos Uczciwych był tak mało donośny? Dlaczego, dlaczego...?
Także i w latach po 1989 roku nie zapomina w kazaniach o tak ulubionej przez niego tematyce dziejów ojczystych. Szczególnie chętnie sięga do historii powstawania II Rzeczypospolitej, do 11 listopada i cudu nad Wisłą oraz heroizmu i martyrologii czasów II wojny światowej. Wspomina rocznice wojny polsko-niemieckiej 1939 roku i sowieckiego „noża w plecy" 17 września 1939 roku, martyrologię w KL Warschau i zbrodnię katyńską, pamięć ogromnych rzesz Polaków nieludzko wymordowanych przez szowinistów ukraińskich w rzeziach na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Przypomina bohaterów WiN-u i innych formacji podziemnych walczących przeciw komunizmowi po 1944 roku, nierozliczone zbrodnie komunizmu, od czasów stalinowskich poprzez grudniową masakrę 1970 roku na Wybrzeżu po zbrodnie stanu wojennego. I wciąż piętnuje zniweczenie triumfu „Solidarności" przez politykierów „grubej kreski", nierozliczenie komunistycznych zbrodniarzy.
W jednym z najdramatyczniej szych kazań, poświęconych rocznicy Grudnia 1970 roku, wygłoszonym 10 grudnia 2001 roku powiedział: (...) Zwycięstwo zostało zaprzepaszczone i choć nie sposób odwrócić biegu historii, to dziś obserwujemy kolejne, radosne gody „towarzyszy Szmaciaków" i triumfalny pochód tych, którzy ciemiężyli Polskę przez prawie pół wieku powojennej historii. Nie ukarano PRL-owskich zbrodniarzy, nie ukarano morderców robotników; przeciwnie - coraz butniej rzucają oni dziś oszczerstwa na swe dawne ofiary. Tyle razy tutaj, u św. Brygidy, przeżywaliśmy radość z tego, że jesteśmy Polakami, że należymy do niezłomnego, nigdy nie poddającego się Narodu! A dziś musimy przeżywać wstyd, wielki wstyd z powodu bezwstydnego oszukania naszego Narodu. Polacy naprawdę nie zasłużyli na taki los, na powrót „ czerwonych hien " i różnej maści politykierów tak z prawej jak i lewej strony, dbających bardziej o interes własny i starych towarzyszy niż przyszłość Polski i jej młodego pokolenia. Czyż nie może ogarniać nas straszliwa gorycz na myśl, że komunistycznych morderców ukarano w tylu krajach, od Litwy i Czech po Węgry i Bułgarię, a w Polsce nadal są bezkarni komunistyczni mordercy, którzy kazali strzelać do bezbronnych robotników (...).
Z pasją wołał: (...) Czyż mamy się biernie pogodzić z zatarciem pamięci o zbrodniach na robotnikach Wybrzeża, podobnie jak zrobiono już ze zbrodnią w kopalni „ Wujek", najkrwawszym skutkiem wojny wytoczonej przeciwko Narodowi przez generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka? Dlatego wzywam wszystkich tu obecnych - nie pozwólmy na zabijanie pamięci, idźmy zamanifestujmy naszą wierność pamięci o ofiarach, o tych, którzy oddali swe życie za nas wszystkich, którzy chcieli prawdziwej godnej Polski! Nie pozwólmy, aby hańbiono imię Polaka! (...).
Równie ostro piętnował grudniową zdradę „generała Judasza" Wojciecha Jaruzelskiego, wojnę wytoczoną przez niego własnemu Narodowi w grudniu 1981 roku. Przywołując oparte na dokumentach sowieckiego Biura Politycznego teksty rosyjskiego pisarza Włodzimierza Bukowskiego, piętnował Jaruzelskiego jako polskiego targowiczanina, który sam wielokrotnie prosił Rosjan o pomoc przeciwko własnemu narodowi. A mimo tego „wciąż jest hołubiony w polskich mediach, w telewizji i u swego ulubionego brudersza-ftowego przyjaciela Adama Michnika w „Gazecie Wyborczej". W przejmującym kazaniu z 3 marca 2002 roku, znów nawiązywał do komunistycznych zbrodni, zapytywał: Dlaczego zbrodniarze i złoczyńcy żyją dostatnio i spokojnie? Gorzko komentował czas, w którym mordercy robotników Wybrzeża kpią ze swoich ofiar, a Temida nadal jest ślepa, chroma i nieruchawa.
W następnym tomie szerzej omówię inne wątki z prezentowanego tam, jakże bogatego zestawu kazań ks. Henryka Jankowskiego z okresu od czerwca 1989 roku do lipca 2002 roku. Jego wizje współczesnego polskiego patriotyzmu i roli Kościoła w Polsce, dzisiejszej „walki z Krzyżem", „antywartości" i „cywilizacji śmierci". A także, tak mocno powracający w kazaniach proboszcza Św. Brygidy, problem współczesnego antypolonizmu, zagrożeń dla Polski i polskości oraz różnych drażliwych wątków dzisiejszych stosunków polsko-żydowskich. Właśnie wyrwane z kontekstu wypowiedzi księdza prałata w tych sprawach w czerwcu 1995 roku stały się pretekstem do bezprecedensowej, jakże gwałtownej nagonki medialnej przeciw niemu, oskarżeń, szykani kalumnii. O całej sprawie pisał już szeroko Piotr Raina w kilku głośnych książkach. Ta bezprzykładna nagonka na ks. prałata miała jednak ogromny rezonans międzynarodowy, sprowokowany i zainscenizowany przez krajowych anty-Po-laków. I o tym chciałbym tu pokrótce przypomnieć, by pokazać, jak poprzez zmasowane potępienie kilku zdań z kazania księdza Jankowskiego chciano całkowicie przekreślić dorobek jego życia, do końca zaszczuć, usunąć z ambony.
Występując tak mocno, wręcz oskarżycielsko, pod adresem całej klasy po* litycznej, zarówno postkomunistów, jak i czołowych działaczy solidarnościowych, prałat ze Świętej Brygidy stawał się coraz bardziej niewygodny. Narażał się zbyt potężnym lobby interesów, mówił o rzeczach, które chciano ukrywać pod korcem. Nie dawał się ani kupić, ani uciszyć. Takiego „niepoprawnego" weredyka musiano coraz bardziej nie lubić w kręgach rządzących, łącznie z otoczeniem tak wspieranego przez niego niegdyś prezydenta RP Lecha W& łęsy. Faktycznie stawał się coraz bardziej izolowany ze swymi tak ostrymi kaznodziejsko-kassandrycznymi tonami. Można było tylko czekać, kiedy w najbardziej wpływowych kołach warszawskiej „elitki" uznają, że tege» jttź jest za dużo, i czas odpowiednio skarcić niewygodnego prałata. I wreszcie trafił się oczekiwany moment - pretekstu dostarczył sam ks. prałat Jankowski poprzez odpowiedni wystrój wielkanocnego grobu w Świętej Brygidzie w kwietniu 1995 roku.
Przypomnijmy tu, że już od czasów stanu wojennego kościół Świętej Brygidy wyróżniał się swoimi, pełnymi aluzji politycznych, dekoracjami żłobków i grobów wielkanocnych. Częstokroć pojawiały się tam motywy łańcuchów niewoli czy stylizowanej czarnej kraty, na której siedział ogromny biały orzeł, próbujący zerwać kajdany. Tego typu szopki i groby wywoływały niejednokrotnie prawdziwą wściekłość władz komunistycznych i najemnych partyjnych dziennikarzy. (Cytowałem już na ten temat atak zamieszczony w jednym z numerów partyjnego „Głosu Wybrzeża" w 1983 roku). I oto teraz ks. prałat pozwolił sobie na zastosowanie podobnej stylistyki w czasie „naszych rządów", z niedwuznacznymi ostrymi odniesieniami nie tylko wobec postkomunistów, ale i wobec takich partii jak UW, UP czy PSL. W kwietniu 1995 roku na wystawionym w kościele Św. Brygidy Grobie Pańskim umieszczone zostały krzyże i szubienice, swastyki, sierpy i młoty. Niżej na czerwonym płótnie widniały białe napisy: SS, NSDAP, SB, PZPR, SLD, PSL, UP i UW. Napisom towarzyszyło ułożone z dużych liter hasło: Narodzie, obudź się. Dokąd zmierzasz? Wystrój grobu wywołał gwałtowne protesty polityczne, od przywódców Unii Pracy: Ryszarda Bugaja i Aleksandra Małachowskiego począwszy, po władze Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, a nawet SLD-owskiego ministra zdrowia Jacka Zochowskiego. Ten ostatni zwrócił się w osobnym liście do kardynała Józefa Glempa, liście utrzymanym w dość szczególnej stylistyce, akcentując, że zwraca się do Pana jako Polaka-Prymasa Polski. I gwałtownie protestował przeciwko stawianiu znaku równości między SS, SA, NSDAP, KGB a polskimi partiami. W rezultacie tych protestów arcybiskup Gocłowski zażądał od ks. Jankowskiego usunięcia wspomnianych napisów. Ksiądz Jankowski, uzasadniając napisy, odmówił ich usunięcia. W efekcie doszło do osobistego ich usunięcia z bazyliki Św. Brygidy przez arcybiskupa Gocłowskiego.
Godne uwagi było stanowisko Prymasa Polski Józefa Glempa w całej sprawie. Odpowiadając na list ministra Zochowskiego Prymas Polski uznał go za „pełen emocji i niezwyczajnej retoryki". W dalszym ciągu listu Prymas Polski stwierdzał: Mam głęboką wątpliwość, czy minister zdrowia ma kompetencje do zabierania głosu w sprawie dekoracji Grobów Pańskich w świątyniach katolickich. Jako członek partii może Pan Minister czuć się dotknięty krytyką ideologii swojego ugrupowania, ale wciąganie do tego resortu państwowego, który według projektów nowej konstytucji ma być ideologicznie „ bezstronny " lub „neutralny" — wydaje się nieporozumieniem.
Także ja nie jestem kompetentnym odbiorcą protestów Pana Ministra ani jako „pan Polak", jak mnie Pan nazywa, ani jako Prymas Polski i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, gdyż Episkopat dotychczas wykazuje się wytrwałą chęcią dialogu i cierpliwością obywatelską wobec działań władzy. (...) Nie jestem zwolennikiem upolityczniania prawd wiary. Nie wiemy jednak w tym wypadku ani Pan Minister, ani ja, jak ideę księdza Henryka Jankowskiego o „obudzenie się narodu" chcieli ostatecznie wyrazić plastycy. Temat zaiste trudny. Czy jednak nie warto zastanowić się, jakie przesłanki drzemią w społeczeństwie, skoro w niektórych ośrodkach rodzi się chęć wyrażenia swego krytycznego stosunku do niektórych ugrupowań politycznych lub osób, które na konto tych ugrupowań się wypowiadają? Czy niektóre wydarzenia ostatnich lat, obrażające przekonania religijne, były brane pod uwagę przez tych, którzy, jak Pan Minister pisze: „ działają dla polskiego społeczeństwa i w mię dobrze pojętej racji stanu "? Cyniczna deformacja Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w czasopiśmie „ Wprost" nie znalazła żadnego usatysfakcjonowania ludzi głęboko dotkniętych. Podobnie można wymienić wstawienie przez inne czasopismo jednego z katolickich polityków w miejsce Dzieciątka Jezus w ramiona Matki Bożej z czcigodnej ikony. Warto też przypomnieć drwiące słowa wobec katolickich polityków wstawione w rytm i melodię eucharystycznej pieśni. Pan Minister zapewne się orientuje, że obrażania przekonań religijnych dokonuje się niemal nagminnie w wielu spektaklach i kabaretach scenicznych i telewizyjnych. Protesty poparte tysiącami podpisów, a także sądowe procesy nie przynoszą innych skutków jak wezwania do „tolerancji".
Pan Minister jako poseł zdaje sobie również sprawę, w jaki sposób wyrażana jest „ dobrze pojęta racja stanu " w Sejmie odnośnie do spraw Kościoła. Nie tylko kpiny z Konkordatu, ale szerzenie defetyzmu na temat Kościoła katolikiego, przyrównywanie go do chomedefnizmu, ukazywanie jako instytucji zagrażającej wolności, jako ośrodka ciemnoty i wstecznictwa - to pojęcia, które nieraz padały z trybuny sejmowej i nie spotkały się ze sprzeciwem partii rządzących. Czyżby Pan Minister wierzył, że w ośrodku gdańskim „powstaje ognisko zła, nienawiści i zacietrzewienia"? Tych samych słów używał pan Jerzy Urban w stosunku do ośrodka przy kościele Świętego Stanisława w Warszawie i księdza Jerzego Popiełuszki. Warto, aby Pan Minister jako członek rządu spojrzał na ośrodek pana Jerzego Urbana, jak tam pielęgnowane są cynizm. nienawiść, zacietrzewienie. (...) (cyt. za P. Raina: „Ksiądz Henryk Jankowski walczy o prawdę", Warszawa 1999, s. 208-209).
Zacytowałem tu tak szeroko wystąpienie Prymasa Polski w obronie ks. Henryka Jankowskiego nie bez kozery. Było to rzadkie, niestety zbyt rzadkie wystąpienie przedstawiciela Episkopatu polskiego, i to najwyższego rangą, demaskujące obłudę przeciwników Kościoła, stosowaną przez nich nagminnie mentalność Kalego. Zarówno czołowi działacze SLD, jak i UW czy UP, nie mówiąc o związanych z nimi żurnalistach, byli gotowi zawsze do wybraniania - w imię domniemanej wolności słowa, sztuki etc. najbardziej nawet grubiańskich wybryków antykościelnych czy antyreligijnych. Gwałtownie protestowali zaś, i to natychmiast, przeciwko wystąpieniom duchownych krytykujących ich partie. Nie zważali przy tym na to, że ci duchowni jako Polacy i jako obywatele mieli również prawo do wyrażania swego osobistego, choćby najbardziej krytycznego stosunku wobec partii rządzącego Polską establishmentu. Ksiądz Jankowski miał zapłacić za radykalny wystrój wielkanocnego grobu w 1994 roku całą serią wymierzonych w niego ataków w mediach, nierzadko bardzo brutalnych i grubiańskich.
Dlaczego ks. prałat Jankowski wybrał tak szokującą formę udekorowania Grobu Pańskiego, formę, która ściągnęła nań taką burzę potępień ze strony lewicowych polityków i z najbardziej wpływowych mediów? Po prostu, po kilku latach swych pełnych pasji, ale jakże gorzkich krytyk sytuacji w Polsce, a zwłaszcza w łonie rządzącego establishmentu, poczuł się całkowicie zdesperowany. Jego ostrzeżenia, jego alarmy były najwyraźniej czymś w rodzaju tłuczenia głową o mur, Polska wyraźnie staczała się po równi pochyłej, a elity i media nie podejmowały żadnych działań dla jej ratowania. Przeciwnie, część z nich gorliwie wspierała drogę do katastrofy. Gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, że było również i trochę przejawów bardziej zdecydowanego zareagowania na alarmy gdańskiego prałata. Na przykład na łamach „Przeglądu Tygodniowego" (nr 11 z 1993 roku) Jędrzej Bielecki tak komentował prezentowany tam niedługo przedtem artykuł księdza Henryka Jankowskiego: (...) Artykuł (...) ks. prałata Henryka Jankowskiego, duchowego ojca „Solidarności" stanowi przerażająco prawdziwą ocenę sytuacji w Polsce. Świadectwo moralności wystawione -publicznie -przez ks. Henryka Jankowskiego całemu establishmentowi, w tym ludziom z trójkąta parlament-rząd-prezydent, jest zdecydowanie negatywne. (...) Dobrze się stało, że w tak ważnej sprawie, jak moralność kierowniczych sił III RP zabrała głos osoba duchowna, tak żywo kojarząca się z całym etosem „ Solidarności", z walką opozycji w czasach PRL, a więc z tą siłą, która dzisiaj decyduje o losach naszego kraju. Rozumiem to jako, z jednej strony rozczarowanie, iż to, co sam ksiądz prałat kreował uległo wynaturzeniu i deprawacji, a z drugiej jako ostrzeżenie dla elit będących w Polsce u szeroko pojętej władzy. (...) Na wizerunek, który tak dobitnie przedstawił ks. Jankowski, wpłynęło roztrwanianie szlachetnych idei w walce o władzę w łonie samej nowej grupy politycznej, frymarczenie ideałami dla osiągnięcia spektakularnych celów. Trwałe miejsce w arsenale zachowań i postaw nowych polityków znalazła obłuda, która wyziera niemal z każdego wystąpienia i zatruwa coraz szersze kręgi ludzi z ambicjami zdobywania władzy (...). Podobnych wyrazów poparć dla oskarżeń ks. Jankowskiego pod adresem elit można było trochę znaleźć, tu i ówdzie, na łamach ówczesnej prasy. Wszystko to jednak faktycznie było tylko kroplą w morzu. Ksiądz Jankowski po tylu rozpaczliwych apelach o ratowanie kraju, powstrzymanie go w pędzie ku samozagładzie, mógł czuć się straszliwie zawiedziony i osamotniony. Tak radykalny wystrój grobu wielkanocnego w Świętej Brygidzie w kwietniu 1994 roku był wyraźnym przejawem desperacji gdańskiego prałata, i jego potrzeby zrobienia czegoś prawdziwie szokującego, co by wreszcie jakoś poruszyło sumienia. Na stosunku do partii napiętnowanych na grobie wielkanocnym, wyraźnie odbiło się też oburzenie ks. Jankowskiego z powodu ich dążenia do przyspieszonej legalizacji aborcji - morderstw na dzieciach nienarodzonych. Powiedział później -w kazaniu 11 czerwca 1995 roku: Chciałbym, aby Grób ten wstrząsnął sumieniami również katolików i nas wszystkich obecnych w tym jednym domu, któremu na imię jest Polska. Aby obudził umysły i zmusił do działania, a nie do gadania. Nie każdemu się to podoba i inne interesy mają gracze polityczni. Dla sprawujących władzę najlepiej jak wszyscy milczą, są biernie nastawieni do poczynań elit politycznych (...) Narodzie obudź się! (...)
Nagonka na księdza Jankowskiego w 1995 roku
Zniesmaczony brakiem pozytywnego wstrząsu, jakiego oczekiwał w efekcie przygotowanego przez niego kształtu grobu wielkanocnego, i oburzony na ataki mediów, ks. Jankowski spróbował przejść do dalszej ofensywy na niereformowalnych rządzących. Okazją ku temu miała stać się wygłoszona przez niego 11 czerwca 1995 roku wielka homilia w bazylice Św. Brygidy, wypowiedziana w obecności Lecha Wałęsy. Było to faktycznie pełne namiętnej pasji ogromniaste kazanie polityczne. Ksiądz Jankowski krytykował uzależnienia polskich elit politycznych od Zachodu i Wschodu, niszczenie prawdziwych autorytetów, „niszczenie godności, honoru i Ojczyzny". Piętnował Aleksandra Małachowskiego, niegodnie atakującego Polaków jako „durnych" i Jerzego Urbana, który „co dzień szydzi z patriotyzmu, wiary i symboli narodowych".
Odpowiadając na zarzuty nadmiernego upolitycznienia jego kazań, mówił: Zawsze będę głosił to, co myślę (...) i będę pokazywać niegodziwość i zło wszędzie tam, gdzie je dojrzę, niezależnie czy się to komuś podoba, czy nie. Czy będzie to w smak różnym graczom politycznym, tak z lewa, jak i z prawa. Atakując działaczy partii postkomunistycznych i lewicowych stwierdził: Ja się pytam w imieniu tych tysięcy i milionów oszukanych przez was Polaków: Gdzie jest wasz ideowy człowiek? Stał się dla was przedmiotem, trybikiem maszyny zwanej państwem. (...) Codziennie nadchodzą do mnie sprawy z całej Polski: Tu zmieniono dyrektora, tam zmieniono dyrektora, a biedny rencista stoi patrząc, kiedy ta władza postkomunistyczna zapłaci mu rentę. Co to znaczy? Renta na zakupienie trucizny i otrucie się. Piętnując zmarnowane szansę kolejnych rządów RP po 1989 roku, mówił: (...) Ludzie zadbali o swoje interesy, o wygodne stołeczki, o posady dla swoich bliskich i o posłuch. Dzisiejsza sytuacja nauczycieli czy służby zdrowia, brak gwarancji socjalnych nie są efek' tem ostatnich pięciu lat. Są to zaniedbania systemowe, których nie da się zmienić w tak krótkim czasie, tym bardziej teraz, kiedy od dwóch lat rządzą nami cienie tamtego czarnego systemu o bestialskiej czerwonej twarzy (...).
Podobnych ostrych krytycznych wątków było jeszcze niemało w tej ogromniastej homilii-filipice. Na tym tle tym bardziej szokujące było to, co stało się niemal natychmiast po jej wygłoszeniu. Manipulatorzy z „Gazety Wyborczej" starannie przemilczeli wszystkie kwestie, które stanowiły trzon wielkiej homilii, jej oskarżycielską pasję wymierzoną w aktualne zło polityczne i społeczne, niszczące Rzeczypospolitą. Gorliwie zajęli się natomiast nagonką na jedno odpowiednio spreparowane i wyrwane z kontekstu zdanie, tak aby jak najszybciej przyprawić księdzu prałatowi „gębę antysemity" w Polsce i za granicą.
12 czerwca 1995 roku michnikowska „Gazeta Wyborcza" zainicjowała nagonkę przeciwko księdzu Jankowskiemu, podając, że rzekomo podał on w swym kazaniu w kościele Św. Brygidy stwierdzenie, iż: Gwiazdy Dawida nie włączyłem dlatego, że jest ona wpisana w symbole swastyki i sierpa, i młota. (Chodziło o dekorację grobu wielkanocnego w kościele Św. Brygidy, pokazującą siły odpowiedzialne za zniszczenie Polski). Faktyczna odpowiedź ks. Jankowskiego na pytanie: dlaczego ksiądz nie użył Gwiazdy syjońskiej w tym grobie Wielkiej Nocy, była zupełnie inna. Brzmiała ona: Moja odpowiedź była krótka: znak Dawida mieścił się już w tych dwóch znakach i nie muszę go powtarzać.
Fałszerstwo fragmentu homilii wykazał słynny historyk zagraniczny PeteF . Raina w książce „Ksiądz Jankowski nie ma za co przepraszać" (Warszawa ^ 1995, s. 80-81): Pamiętać trzeba, że na wielkanocnym grobie umieszczonych było wiele znaków i wcale nie jest jasne, o jakie „ dwa znaki" chodziło. A rzecz jasna, że w całym kazaniu, wygłoszonym 11 czerwca, ani razu nie padają sło~ wa „symbole swastyki i sierpa i młota ". Jarosław Popek (autor korespondent- '\ cji w „GW" - przyp. J.R.N.) więc nie tylko przekręcił tekst kazania, ale pó prostu kłamał i zrobił to świadomie, by skompromitować ks. Jankowskiego, Kościół polski i samą Polskę. Taki musiał być cel redakcji „ Gazety Wyborczej", a Popek go wiernie wykonał.
Jak słusznie podkreślił P. Raina, w wystroju grobu wielkanocnego, przygotowanym wcześniej przez ks. Jankowskiego, było wiele znaków. Wśród tych znaków były nie tylko sierp i młot, i swastyka, ale także użyte jako znaki negatywne nazwy ugrupowań politycznych: SLD i Unii Wolności. Mogły się one wiązać z innym fragmentem kazania o potrzebie znania rodowodów, skąd kto przybył, czy z Izraela czy z Moskwy. Na ile uzasadnione jest w kontekście tych ugrupowań politycznych porównanie z Gwiazdą Dawidową, można by długo dyskutować. Nikt nie może zaprzeczyć w każdym razie skrajnego, wręcss zdumiewającego swą tendencyjnością „proizraelskiego i prożydowskiego". stanowiska wielu liderów obu tych ugrupowań w ostatnich latach. By przypomnieć choćby godzące w interesy Polski zachowanie osób z UW (UD) czy SLD: brak odpowiedniej stanowczej reakcji zdominowanego przez ludzi UD rządu T. Mazowieckiego na haniebne pomówienia pod adresem Polaków, wygłoszone przez premiera Izraela I. Szamira, tolerowanie skrajnych anty* chrześcijańskich wybryków rabina A. Weissa w Oświęcimiu, proizraelskie posunięcia gospodarcze niektórych polityków UD (UW) i SLD kosztem interesów Polski, pozbawione choćby cienia godności narodowej, kolejne przepraszania Żydów przez Rosatiego, Cimoszewicza, Kwaśniewskiego etc.
Zdumiewały rozmiary kampanii - wokół jednego zdania księdza z Gdańska rozpętano międzynarodową falę potępień, nieproporcjonalnie wielką do rangi sprawy. Przypomnijmy, że z potępieniem księdza Jankowskiego wystąpili między innymi: lider SdRP Aleksander Kwaśniewski i prezydent Stanów Zjednoczonych Bili Clinton, Unia Wolności i Edgar Bronfman, przewodniczący Światowego Kongresu Żydowskiego, Andrzej Szczypiorski i izraelskie MSZ, wicemarszałek Sejmu Aleksander Małachowski i Szewach Weiss, przewodniczący parlamentu izraelskiego, Rzecznik Praw Obywatelskich Tadeusz Zieliński i rzecznik Pen-Clubu Jerzy Ficowski, rabin Andrzej Baker i inni działacze Komitetu Amerykańskich Żydów, Komisja Koordynacyjna Stowarzyszeń i Organizacji Żydowskich, Unia Studentów Żydowskich z Wrocławia i Europejski Komitet Młodzieżowy przeciw Rasizmowi, Antysyjonizmowi, Ksenofobii i Nietolerancji, Marek Edelman, Dawid Warszawski, Jacek Kacź* marski, Kazimierz Dziewanowski, Tym (z „Wprost"), prof. dr hab. Marian Fuks, Jacek Żakowski i Piotr Najsztub, Andrzej Osęka, Zarząd Główny Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej, 3 członków Rady ds. Stosunków Pol-sko-Żydowskich przy prezydencie RP (prof. Krystyna Kersten, prof. Jerzy Tomaszewski, red. Marian Turski) SdRP-owska „Trybuna" i „New York Times", „Boston Globe", „Washington Post", „International Herald Tribune", dyrektor ds. Europy w amerykańskim Departamencie Stanu oraz były minister przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski, Jan Szomburg i Jacek Merkel z Rady Założycieli Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.
Niektórym nie wystarczyła sama forma negatywnego oceniania konkretnej wypowiedzi księdza Jankowskiego. Uznali za konieczne natychmiastowe zrównanie księdza Jankowskiego z ziemią, przekreślenie raz na zawsze całego jego życiorysu, wszystkiego, co kiedykolwiek zrobił. Tego typu atakiem na księdza Jankowskiego „popisał się" Andrzej Szczypiorski „wsławiony" ciągłymi „donosami na Polskę" w Niemczech. (...) Tenże Szczypiorski komunikował wszem i wobec w Polityce z 2 lipca 1995, że wypowiedź ks. Jankowskiego czyni z Polski przerażające dzikie pola Europy, a sam ksiądz Jankowski nawet, jeśli tego bardzo pragnie, nigdy nie był, nie jest i nie będzie interesującą i poważną postacią naszego życia publicznego.
Niezwykłe rozdmuchanie na arenie międzynarodowej jednego przekręconego zdania z homilii gdańskiego prałata jako rzekomego zajadłego antysemity było rzeczą prawdziwie szokującą. Przecież zorganizowano tak wielki atak medialny nie tylko przeciw ks. Jankowskiemu, ale faktycznie przeciw „antysemickiej" Polsce z powodu jednego zafałszowanego zdania, wygłoszonego do paru tysięcy wiernych w gdańskim kościele. Równocześnie zaś przez wiele lat przed i po kazaniu ks. Jankowskiego w Świętej Brygidzie bezkarnie, bez szumu, przechodziły najbardziej niewiarygodne nawet kalumnie przeciw Polsce przedstawiane milionom osób ze strony oszczerców żydowskiego pochodzenia. Tak jak choćby ukazanie, w obejrzanym przez 120 milionów telewidzów amerykańskim serialu „Holocaust" sceny, jak w samym centrum okupowanej Warszawy w 1943 roku polski oddział wojskowy w mundurach i rogatywkach z orzełkami wchodzi do getta i morduje Żydów. Tak jak zwroty o wymordowaniu milionów Żydów w „olbrzymich polskich obozach koncentracyjnych", zamieszczone w książce „Chutzpah" Alana M. Dershowitza, adwokata osławionego rabina A. Weissa, wydanej w 3 milionach nakładu. Tak jak wypowiedziane w październiku 1999 roku do wielu milionów słuchaczy twierdzenie głośnego żydowskiego komentatora radiowego w USA Howarda Sterna o Polakach, którzy jakoby zamordowali trzy miliony Żydów w swoich polskich obozach koncentracyjnych w czasie wojny. W tych i jakże wielu innych przypadkach nagłaśnianych do ogromnych audytoriów oszczerstw antypolskich nie było potem ani potępień ze strony amerykańskich ani izraelskich prezydentów, ani potępień ze strony czołowych oficjeli polskich typu Rosatie-go, Cimoszewicza, Kwaśniewskiego, Geremka czy Bartoszewskiego. Nie było nawet żądań przeprosin!
Prawdziwe przyczyny manipulacji „Gazety Wyborczej"
Po co były jednak naprawdę potrzebne manipulacje „Gazety Wyborczej" i cały ogromny szum medialny, krajowy i międzynarodowy wokół jednego zdania prałata z bazyliki Św. Brygidy? Otóż, w swoim czasie nie zwrócono uwagi na prawdziwe przyczyny kampanii zakrojonej na tak szeroką skalę. Michnikowi i jego podwładnym, manipulatorom z „Wyborczej" nie zależało wyłącznie na przeprowadzeniu ataku na samego księdza Jankowskiego, mówiącego tak niewygodne prawdy o elitach i osławionej „warszawce". Im chodziło o coś znacznie większego, czego nie dostrzegli wówczas obserwatorzy całej sprawy. Już za kilka miesięcy miały nastąpić wybory prezydenckie, a Michnik obstawiał swego ulubionego faworyta Kwaśniewskiego przeciwko dotychczasowemu prezydentowi Wałęsie. Przypomnijmy tu, że już w 1989 roku Kwaśniewski był wyraźnym ulubieńcem prożydowskiego lobby w OKP na czele z Adamem Michnikiem i był przez niego lansowany jako główny partner przyszłych porozumień z lewicą OKP. Wdzięczny Kwaśniewski deklarował w ramach ankiety, przeprowadzonej wśród polityków, na kogo głosowałby najchętniej poza swoją partią: W pierwszej kolejności głosowałbym na Adama Michnika, ale tylko wówczas, gdyby założył coś własnego (...) To, co Michnik myśli i jak myśli, odpowiada mi najbardziej jako obywatelowi i jako politykowi (...) („Gazeta Wyborcza" z 21 czerwca 1991 roku). Symbioza polityczna obu panów dalej trwa. Dziś widać jak wyraźnie michnikowska „Gazeta Wyborcza" bierze stronę Kwaśniewskiego w podskórnym boju o wpływy w SLD z Millerem. Mówi się nawet o cichych planach Kwaśniewskiego zbudowania nowej partii z części SLD w połączeniu z przyciągniętą przez Michnika częścią dawnej Unii Wolności.
Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Wtedy, w połowie 1995 roku, chodziło o przyszły bój prezydencki między dwoma głównymi rywalami: Wałęsą i Kwaśniewskim. A w tym boju pełnia sympatii Michnika była po stronie przeciwnika polskiej „zaściankowości, haseł polono-centrycznych i hurrapatriotycznych emocji" - Kwaśniewskiego.
W takiej to sytuacji Michnik i jego kompanioni uznali za idealnie pasujące do ich celów odpowiednie zmanipulowanie wyrwanego fragmentu z homilii ks. Jankowskiego, tak aby atakując prałata równocześnie jak najmocniej pogrążyć i zaprzyjaźnionego z nim Wałęsę. Pogrążyć w kraju i jeszcze bardziej na arenie międzynarodowej, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Przywódca „Solidarności" był tam szczególnie popularny, zarówno ze względu na działalność opozycyjną przed 1989 rokiem, jak i z uwagi na późniejsze słynne przemówienie w Kongresie. Wystarczyło tylko maksymalnie zaatakować Wałęsę za to, że toleruje obok siebie prałata-antysemitę, że natychmiast „nie zareagował" na „antysemicką homilię", że nie potępił ks. Jankowskiego! Zgodnie z planami Michnika ośrodki żydowskie w USA raźnie zabrały się do ataku na ks. Jankowskiego i... na prezydenta Wałęsę. Domagano się, by prezydent Clinton odmówił przyjęcia Wałęsy podczas już dużo wcześniej zaplanowanego spotkania w dniu 26 czerwca, jeśli nie będzie potępienia ks. Jankowskiego ze strony prezydenta RP. Żądania te znalazły wyraz wkrótce i w postępowaniu Białego Domu. Wałęsę poinformowano drogą dyplomatyczną, że musi skrytykować ks. Jankowskiego i groźbę antysemityzmu w Polsce, jeśli chce, by doszło do spotkania z prezydentem Clintonem. Wałęsa, choć odmówił osobnego potępienia ks. Jankowskiego, zdecydował się na wydanie 20 czerwca 1995 roku oświadczenia potępiającego „wszelkie przejawy antysemityzmu" i wyrażającego szczególny szacunek dla Gwiazdy Dawida.
Cała sprawa, w ostatecznym rachunku, przyniosła spełnienie oczekiwań politycznych środowiska skupionego wokół Michnika. Manipulatorom udało się znacznie osłabić i tak już mocno stopniałe poparcie dla Wałęsy wśród inteligencji w Polsce. I, co najważniejsze, zasiać wątpliwości wokół postaci Wałęsy i osłabić jego pozycję na forum międzynarodowym. Miało to ułatwić przyszłe zabiegi o umocnienie pozycji Kwaśniewskiego na forum międzynarodowym jako antynacjonalisty i prawdziwego „Europejczyka", przeciwnego wszelkim fanatyzmom religijnym i narodowościowym. W tym wszystkim bezpośredni, tak zmanipulowany atak przeciwko ks. Jankowskiemu, był rozegrany bardzo instrumentalnie.
Jeszcze raz podkreślam - cała sprawa nagonki na ks. Jankowskiego, a zwłaszcza nadanie jej charakteru międzynarodowego i próby przekreślenia przy okazji całego dotychczasowego dorobku księdza prałata, jak to robili stachanowcy antypolonizmu typu Szczypiorskiego, była prawdziwym skandalem. Skandal powtórzono, wywołując nową nagonkę przeciwko księdzu Jankowskiemu w 1997 roku w związku z jego krytyczną oceną kandydatury Bronisława Geremka na ministra spraw zagranicznych RP. Do tej sprawy szerzej powrócę w II tomie tego wyboru. Przypomnę tu tylko, że to właśnie ksiądz Jankowski miał rację, sprzeciwiając się kandydaturze Geremka na ministra spraw zagranicznych RP. Geremek okazał się fatalnym wręcz szefem resortu spraw zagranicznych, niekompetentnym i działającym na szkodę polskich interesów. Wymyślił między innymi arcyszkodliwy i z gruntu fałszywy slogan o rzekomym „cudzie pojednania" między Polską a Niemcami. W tym samym niemal czasie niemiecki korespondent w Polsce Klaus Bachmann dużo bardziej realistycznie od Geremka napisał, że między Polską a Niemcami jest tylko „kicz pojednania", a więc fałsz pojednania.
W kampanii zniesławień i pomówień przeciw księdzu prałatowi Henrykowi Jankowskiemu szczególnie wielką rolę odegrała „Gazeta Wyborcza" i sam Adam Michnik, główny tej kampanii inspirator. Może warto więc przypomnieć, za jakie to „krzywdy" doznane od ks. Jankowskiego musiał mścić się Michnik. Jeszcze w danej w 1995 roku, a więc przygotowywanej przypuszczalnie na rok przed kampanią przeciw ks. Jankowskiemu książce „między Panem a Plebanem" Michnik publicznie wyznawał, że ks. Henryk Jankowski był jedynym katolickim duszpasterzem, który okazał mu prawdziwą gościnność. Jak stwierdzał Michnik:. (...) Ale jest również trzecia sfera - wszystkie miejsca związane z duszpasterstwami twórców, świata pracy, internowanych. Tu czułem wyraźną obcość. Ani razu nie byłem u księdza Niewęgłowskiego, warszawskiego duszpasterza środowisk twórczych, nigdy nie byłem na Żytniej. Jedyny wyjątek stanowiło duszpasterstwo księdza Jankowskiego, ale to było związane z moją osobistą przyjaźnią dla Księdza kanonika i Lecha Wałęsy (por. „między Panem a Plebanem", Kraków 1995 rok, s. 501). To ksiądz kanonik Henryk Jankowski niejednokrotnie udzielał Michnikowi schronienia w trudnych chwilach lat 80. To on wydatnie pomagał mu materialnie i stwarzał możliwości publicznych wystąpień w kościele Św. Brygidy. To na plebanii kościoła Św. Brygidy, nieformalnej ambasady „Solidarności" Michnik zyskiwał niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju możliwości spotkań z zachodnimi decydentami, które później tak świetnie sprofitował dla swoich celów.
Sam Michnik wspominał w książce „między Panem a Plebanem" (op. cit, s. 497): Przecież już wcześniej zachodni politycy najwyższej rangi - tacy jak John Whitehead, amerykański zastępca sekretarza stanu czy minister spraw zagranicznych Francji — spotykali się z nami na kolacjach u księdza Jankowskiego i władza była do tego w zasadzie przyzwyczajona. Z kolei sam Michnik, aby pokazać w owym czasie, jak wielkie rzekomo przeżył zbliżenie do Kościoła, choć ateista, dał ochrzcić ks. Jankowskiemu swego synka Antosia. Ojcem chrzestnym był Lech Wałęsa!
Parę lat temu przeglądając bogaty księgozbiór księdza prałata Jankowskiego znalazłem tam dwie książki Michnika z jakże wymownymi dedykacjami. Na książce „Z dziejów honoru w Polsce" dedykacja Michnika: „Kochanemu ks. kanonikowi Henrykowi Jankowskiemu z przyjaźnią oraz wdzięcznością, marzec 1987 roku, Gdańsk, Adam". Na książce Michnika „Szansę polskiej demokracji" była jeszcze bardziej entuzjastyczna dedykacja: „Kochanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu, memu przyjacielowi i Mentorowi z pogańską pokorą, maj 1988 roku, Gdańsk, Adam Michnik".
Ta ogromna bezinteresowna pomoc i wsparcie ks. Jankowskiego dla Michnika narażała wówczas Księdza Kanonika na tym ostrzejsze szykany generałów stanu wojennego i esbecji. Jakże wymowne pod tym względem są zapiski na kartach wydanych przez Petera Rainę „Rozmów z władzami PRL. Arcybiskup Dąbrowski w służbie Kościoła i Narodu" (Warszawa 1995, t. II, s. 133--134). Czytamy tam, jak generał W. Jaruzelski uskarżał się do kardynała Jana Króla z USA 10 września 1986 roku: Niedawno ks. Jankowski zaprosił Michnika do św. Brygidy i ten Żyd zawładnął całym kościołem, wydawało się, że przystąpi do ołtarza i będzie odprawiał Mszę. Cóż za paradoks historii - generał Jaruzelski, późniejszy tak wybraniany przez Michnika partner bruderszaftowy oskarżał go, że jest tylko „tym Żydem". I piętnował ks. Jankowskiego, później traktowanego jako „modelowego antysemitę", że „tego Żyda" tak gorąco gościł u siebie w kościele. Tempora mutantur ets.
Wiadomo, jak się później Michnik odwdzięczył swemu „kochanemu ks. Jankowskiemu, swemu przyjacielowi i Mentorowi", organizując na łamach „Wyborczej" długotrwałą nagonkę, kampanię nienawiści i dezinformacji przeciwko niemu. Kampanię, która dała początek zmasowanym atakom w skali międzynarodowej na ks. prałata Henryka Jankowskiego. Kilka lat później Michnik tak uogólniał na spotkaniu w USA, w czasie dyskusji o polskim Kościele i antysemityzmie, swoją ocenę ks. prałata Jankowskiego: (...) cnota rozumu nigdy nie była mu przynależna, podobnie jak cnota skromności. No więc, jeżeli brak tych dwóch cnót się do siebie doda i brak skromności, i brak rozumu (...). Tak mówił Adam Michnik o duchownym, którego jeszcze kilkanaście lat przedtem tak przypochlebnie nazywał swoim Mentorem... Dodajmy, że w tym samym wystąpieniu na sympozjum w Los Angeles Michnik z aprobatą cytował plugawy atak we „Wprost" niejakiego Tyma, który posunął się do nazwania ks. Jankowskiego „bęcwałem".
Skonfrontujmy zachowanie Michnika, to piętnowanie ks. Jankowskiego za rzekomy „brak rozumu" z własnymi michnikowskimi pochwałami geniuszu księdza Jankowskiego, wypowiadanymi jeszcze pięć lat przedtem w książce „między Panem a Plebanem". Michnik opisywał tam sytuację w sierpniu 1988 roku: może znaleźliśmy się o krok od klęski. Wałęsa i Mazowiecki wychodzili ze Stoczni z poczuciem przegranej. Ponure nastroje, marsowe miny. Mało brakowało, żeby atmosfera klęski udzieliła się wszystkim dookoła.
I wtedy objawił się geniusz księdza Jankowskiego. „ Wychodzą ?!" — krzyczał. - „To bijcie w dzwony!"
Na naszych oczach rozegrała się wielka scena, jakby żywcem wyjęta z najlepszych filmów Andrzeja Wajdy. Między Bramą Stoczni a kościołem św. Brygidy ten pochód z przegranego, kapitulacyjnego, zamieniał siew zwycięski, potem triumfujący. Na dźwięk dzwonów zbiegli się ludzie. Zaczęli tworzyć szpaler, klaskać, krzyczeć. Przyjechał biskup Gocłowski. Uroczysta Msza św. zamieniła się w festyn zwycięzców. Stało się coś bardzo ważnego i budującego (por. „między Panem a Plebanem...", op. cit., s. 517-518). '
Michnikowska „wdzięczność" przekształciła się później w szkalowanie „nierozumnego" ks. prałata. Można powiedzieć, że ks. Jankowski sam sobie wyhodował żmiję. Niektórzy tłumaczą tę przedziwną „wdzięczność" w stylu Michnika tym, że właściwie biedny Adaś nie miał niestety od kogo uczyć się lepszych uczuć w swej skomunizowanej Godzinie (brat Stefan Michnik - morderca sądowy, ojciec - Ozjasz Szechter - członek KC Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, matka - Helena Michnik - pouczała w podręcznikach, jak należy zwalczać religię). Idolem rodziców Michnika był wszak wszechwładny Josif Wisarionowicz, który „wsławił się" kiedyś dość szczególną interpretacją pojęcia „wdzięczność". W odpowiedzi na zapytanie usuniętego przez niego i tępionego Grigorija K. Zinowiewa, który kiedyś tak mocno mu pomógł w walce o władzę: Czy towarzysz Stalin wie, co to jest wdzięczność? odpowiedział: Dobrze wiem. To jest psie uczucie! Może warto tu przypomnieć, co napisał na łamach „Rzeczypospolitej" z 8-9 lutego 1992 roku duszpasterz środowisk twórczych ks. Wacław Niewęgłowski o „wdzięczności" wobec Kościoła, takich jak Adam Michnik przedstawicieli byłej lewicowej opozycji laickiej: Podziwiam dobre samopoczucie „gadających głów" oraz piszących, którzy prześcigają się w tym, jak dołożyć „ czarnemu " lub całej wspólnocie wierzących - Kościołowi. Mają wieloletnie doświadczenie. Dawniej z powodu dyspozycyjności. Dzisiaj, aby wykazać się, że są raz jeszcze w czołówce „postępu. Zdumiewa mnie wybitna, choć wyjątkowo krótka pamięć, zwłaszcza tych bywających ostatnimi laty w kościele. Jeszcze nie dawno ci sami „nowi euro-pejczycy " bili się w piersi podczas mszy, którą odprawiałem. Przychodzili, aby pomóc im nie tylko duchowo, ale i materialnie. Stali rzędem po paczki, które z różnych zagranicznych wspólnot kościelnych sprowadzano dla nich podczas stanu wojennego. Na terenie Warszawy - co trzeci twórca, w tym dziennikarze, pracownicy radia i telewizji otrzymywali pomoc charytatywną od Kościoła. Nie mówiąc o lękach, nieproszeni o deklaracje i wyznania opowiadali z zapałem o swym zniewoleniu, uzależnieniu, błędach i nowej szansie, jaką odnajdują wśród odzyskanych, chrześcijańskich wartości i w „podziemnej Polsce ". Podnosili pierwsi zajączki V, najgłośniej śpiewali religijne pieśni i z nadgorliwością przywdziewali pokutne szaty. Wyrzekali się ateizmu i obiecywali restytucją. I oto teraz ci gorliwcy spod ambony, nabierając kolejny, nowy wiatr w żagle, bez żenady, zapomniawszy już dawno, czym jest przyzwoitość, grają w pierwszym rządzie nowej orkiestry. Kościół, który-jak z upodobaniem powtarzali-był przestrzenią wolności, azylem prawdy, miejscem prognoz, dyskusji, kuchnią czasu przyszłego; Kościół, który organizował dla intelektualistów i artystów sesje krajowe oraz międzynarodowe; rozdawał stypendia i nagrody, promował ich dzieła w kraju i za granicą; Kościół - na terenie którego nadal podejmowały działania związki twórcze i stowarzyszenia, gdy je rozwiązano, okazało się, że z dnia na dzień przez tych samych ludzi został ogłoszony gettem, ciemnogrodem i wrogiem demokracji. Usługując potrzebującym intelektualistom i twórcom podczas wspólnej niedoli, Kościół niczego od niech nie oczekiwał. Jednak w nowo kreowanej przez nich rzeczywistości, której towarzyszy wrogość wobec Niego, rodzi się nieodparcie myśl -gdzie w części tych ludzi podziało się owo minimum przyzwoitości?
Warto dodać, że ks. prałat Jankowski po latach spotkał się z podobnymi do Michnika przejawami „wdzięczności" również ze strony licznych innych gości z lewicowej opozycji, których podejmował u siebie w Św. Brygidzie. Od Geremka i Kuronia po byłego przewodniczącego SDP Stefana Bratkowskie-go, który z werwą zaatakował swego „byłego przyjaciela" ks. Jankowskiego na łamach czasopisma „Press". Zabrakło minimum przyzwoitości!
O prawo głosu dla księdza Jankowskiego
Kolejne nagonki na księdza Jankowskiego, próby zakneblowania mu ust w wolnej, suwerennej Polsce do złudzenia przypominały podobne próby z doby stanu wojennego i kolejnych lat rządów Jaruzelskiego. Częstokroć wychodziły zresztą z tych samych środowisk. Znów powracały też metody pogróżek. Przed 20 września 1997 roku przez kilka dni obserwował parkujące przed jego plebanią tajemnicze samochody. Nagle 19 września nieznany mężczyzna dostarczył mu przesyłkę, z -jak się okazało - nabitym pistoletem hiszpańskiej produkcji. Po północy anonimowy głos powiedział: Niech ksiądz się sam zastrzeli albo my to zrobimy (według „Życia" z 22 września 1997 roku). Ksiądz Jankowski wytrzymał wszystkie nagonki i presje, przede wszystkim dlatego, że miał ogromną rzeszę osób występujących w jego obronie w kraju i pośród Polonii (por. szerszy wybór głosów w obronie ks. Jankowskiego w dwóch książkach Petera Rainy: „Ksiądz Jankowski nie ma za co przepraszać", Warszawa 1995 i „Ksiądz Jankowski znów atakuje", Warszawa 1998). Bardzo wielkie znaczenie miał fakt wspierania ks. Jankowskiego w jego prawie do mówienia najbardziej nawet gorzkich prawd przez ogromną część jego parafian. Nawet Adam Michnik przyznawał fakt wspierania ks. Jankowskiego przez jego wspólnotę parafialną, dodając na sympozjum w USA „Kościół wobec antysemityzmu 1989-1999": Paradoks tej wspólnoty parafialnej polega na tym, że to jest ta sama wspólnota, która się wokół ks. Jankowskiego skupiła w sporze przeciwko komunizmowi. Szczególnie wielką rolę w organizowaniu wsparcia dla ks. Jankowskiego odegrał działający od początku 1997 roku Społeczny Komitet Obrony Praw Obywatelskich i Ks. Prałata Henryka Jankowskiego na czele z przewodniczącym tego Komitetu, niezmordowanym p. mgr. Bogusławem Duffkiem (szerzej opisuję wystąpienia tego Komitetu w drugim tomie tej publikacji).
Na tle fal nagonek i połajanek na księdza Jankowskiego w najbardziej wpływowych „przekaziorach", tym bardziej warto przypomnieć choć niektóre z prasowych głosów w obronie jego prawa do wypowiedzi, jego prawa do „niepoprawności politycznej" wbrew zmasowanej nowej cenzurze „czerwonej i różowej". Za jeden z najcelniej szych należy uznać głos Kwerendarza z „Dziennika Bałtyckiego" z 21 kwietnia 1995 roku, który tak pisał m.in. w tekście zatytułowanym „Polityczna niepoprawność ks. Henryka Jankowskiego: (...) Czymże zgrzeszył ladaco Jankowski? Ano, kolejny raz (zatwardziała recydywa) - „polityczną niepoprawnością". Symboliczny Grób Chrystusa urządził na modłę patriotyczną, to jest polską, męczeńską. Inie byłoby wrzawy, i nie byłoby wyzwisk, i obeszłobysię bez kamieniowania, gdyby wśród rozrzuconych u podnóża grobu skrótów, jako to: KGB, NKWD, NSDAP, SS, UB, SB itp. nie znalazły się PPR, PZPR, ZSL, zwłaszcza zaś SDRP, SLD, PSL, UW i UP One zresztą, cały PRL partyjny, pod zmasowanym naciskiem (czyim?) na hierarchię kościelną, hierarchów zaś na prałata, następnego dnia zniknęły. Czyli - została przywrócona „polityczna poprawność "
- Ja nie kocham ks. Jankowskiego i nigdy go nie kochałem. Ale żeby zaraz rozdzierać histerycznie japą, jak - nie przymierzając - minister zdrowia (!), domagający się od prymasa „ natychmiastowej reakcji na fakt bluźnierstwa dokonanego w przededniu Wielkiej Nocy w kościele św. Brygidy"? (...)
Ksiądz wspominał swoim onegdajszym komilitonom i wczorajszym jeszcze śmiertelnym wrogom kontynuację, ciągłość procederu okradania narodu z tożsamości i sumienia. Bo przecież nie dosłowną eksterminację, czego się uczepiono. Owe skróty zamykało wykrzyczane pytanie: „Narodzie, obudź się, dokąd zmierzasz?!". Do narodu to pytanie, a nie do partii, partyjek i koalicyjek. Pytanie mocne, może pół kroku za mocne. (...)
Nikt się nie odciął od swoich korzeni, a były to korzenie również zbrodnicze. Czerpie przez nie do dzisiaj soki i się zieleni, i się nawet nie czerwieni. Siedzimy po uszy w bagnie jakiegoś PRL-bis i nie wiemy nawet, kto nami rządzi. „ Gruba kreska " niczego nie określa, a służy do zamazywania przeszłości. Do wybielania przeszłości. Do wywabiania krwawych plam. Rozgrzeszania w imieniu... czyim? Moim na przykład? Jak zechcę, wybaczę i rozgrzeszę sam. 1 nie będzie mi tu minister Zochowski leczył duszy, choć uzurpuje sobie takie prawo.
Prowokacja - bo to była świadoma prowokacja - ks. Jankowskiego jest, mimo wszystko udana. Mimo zakrzyczania i zdeformowania pierwotnej intencji. Uderzył w stół i odezwały się wszystkie czerwone nożyce, aby ciąć, cenzurować, dłubać w myślach. Zachował się jak gdyby nie obowiązywała go „gruba kreska ". A przecież obowiązuje wszystkich, nieprawdaż? To była - uczciwszy proporcje i różnice -prowokacja na miarę wyzwań Zbigniewa Herberta (...).
Inny autor z Wybrzeża, sygnowany literami A. K. pisał w tekście „Ekscentryk w sutannie. Za co lubimy księdza prałata?" w „Tygodniku Trójmiasto" z 17 grudnia 1997 roku m.in.: (...) Niektórzy twierdzą, że kapłan nie powinien zajmować się polityką. Czyż można trzymać się tej zasady, skoro polityka sama puka do drzwi Kościoła? Mianowany został proboszczem parafii pw. św. Brygidy w roku 1970, roku, który przeszedł do historii jako ten, w którym robotnicza, ponoć, władza kazała strzelać do robotników, jakich interesy, podobno, reprezentowała.
Naindyczeni, że ksiądz Jankowski obraca się wśród towarzyskich znakomitości, zapominają, że owe elity składały wizyty na jego plebanii w czasach, gdy jeszcze nimi nie były. Prezydent Lech Wałęsa gościł u prałata jako robotnik ze stoczni. Gromadzili się „u Brygidy" więźniowie i konspiratorzy komuny, z Michnikiem i Kuroniem na czele. Niektórzy plotkują, że plebania przy ul. Profesorskiej ma wręcz znaczenie magiczne. Kto tam gości, wkrótce kariera go czeka. (...)
Kazania księdza prałata odbijają się niejednokrotnie echem. Ogólnopolskim i światowym. Kapłanowi wara od polityki - krytykują niektórzy. No cóż... Nie da się ukryć, że kaznodzieja Piotr Skarga, też się do niej wtrącał niewąsko.
(...) Ksiądz posiada, nie ma co ukrywać, zręczną rękę do biznesu. To też podobno niedobrze. Jednak bez tej ręki nie byłoby dzisiejszej bazyliki św. Brygidy. Kiedy w 1970 r. obejmował parafię, na pozbawionych dachu murach rosły brzózki i zieleniła się trawa. Do wnętrza można było bez problemu wjechać ciężarówką bądź transporterem opancerzonym. Dziś świątynia pięknieje i bogaci się w eksponaty z miesiąca na miesiąc. Ostatnio udało się księdzu zdobyć przedmioty z wystroju wnętrza, pochodzące z przedwojennych czasów. Wrogom kapłańskiej przedsiębiorczości zwracamy uwagę, że niezłym biznesmenem był swego czasu ksiądz Stanisław Staszic, co to nawet budowę kopalni zainicjował, nie mówiąc o Staropolskim Okręgu Przemysłowym. A „Przestróg dla Polski", póki co, prałat H. Jankowski jeszcze nie napisał, co najwyżej od czasu do czasu w kazaniu ów temat poruszy. Albo w Szopce Bożonarodzeniowej czy wielkanocnym Grobie Chrystusa. (...)
I jeszcze inny głos z prasy Wybrzeża, a więc tam, gdzie najlepiej znają księdza prałata - tekst Tadeusza Skutnika, publikowany na łamach „Dziennika Bałtyckiego" z 13-14 czerwca 1998 roku pt. „Kontrowersyjny". Skutnik pisał: Kontrowersyjny — a do tego ksiądz. Gdy bano się rzucać z ambony nazwisko Popiełuszko (słudzy pana niekoniecznie muszą górować nad wiernymi odwagą), u niego ks. Jerzy odprawiał nabożeństwa. Gdy pluto na milicję/policję, jemu pierwszemu funkcjonariusze służyli do Mszy. (...)
Gdy było trzeba -poszedł do stoczni odprawić Mszę św. dla strajkujących. W sierpniu 1980 r. on, nikt inny, stanął przed ołtarzem. Nikt mu tego nie odbierze, nie wymaże z historii. Choć zamazywaczy tabun. (...)
Z zasług ks. Henryka Jankowskiego radzi by oskubać wszyscy, którym kiedyś było z nim po drodze, a dziś trakty się rozeszły. Ci, którzy szli z nim ręka w rękę, a dziś czyszczą z tego prawice (faktycznie zaś lewice). Wytykają mu biały smoking i nie zawsze przy grdyce obecną, choć kanonicznie obowiązkową koloratkę. Na wszelki wypadek robią mu gębę naczelnego antysemity RP. Chcą mu tym zamknąć wstęp do świata.
Myślę, że się nawet z tego cieszy. Bo to dezinformuje o jego naprawdę ważnej działalności. W imieniu Pana. Wiele bowiem może - dzięki kontaktom z biznesem (on to przecież pielgrzymki biznesmenów do Częstochowy!). Doświadczyli jego hojności liczni potrzebujący. Dla zapaleńców Sprawy serce ma zawsze miękkie, tj. kiesą twardo dzwoni.
Z osobną książeczką w obronie prawa księdza Jankowskiego do publicznego wyrażania swoich przekonań na ambonie, wbrew wszelkim nowym cenzurom, wystąpił ksiądz Ksawery Sokołowski, szef polskiej misji katolickiej w Szwajcarii. W wydanej w listopadzie 1997 roku we Fryburgu książeczce „Co wolno kaznodziei" ksiądz Sokołowski ostro piętnował zaszczuwanie ludzi, którzy głośno mówią i jazgot prasowy. Pisał: Zaklejanie komukolwiek w jakimkolwiek temacie ust nigdy nie było i nadal chyba nie stanie się właściwe, godne pochwały. Duchowny polski ze Szwajcarii ostro krytykował ukrywanie powiązań pewnych ludzi dążących do objęcia w Polsce kluczowych stanowisk z międzynarodowymi ośrodkami pretendującymi do narzucenia światu nowego porządku ekonomicznego, politycznego i ideologicznego. Zdaniem ks. Sokołowski ego: Ten, któremu rzucił rękawicę ks. Jankowski jest przeciwnikiem wyjątkowo groźnym, ekspertem w metodycznym manipulowaniu opinią publiczną w światowych wymiarach. Nie daruje ks. Jankowskiemu.
Cytowane tu wypowiedzi o prawie kapłanów do wyrażania własnego zdania w sprawach publicznych, nawet najbardziej drażliwych, warto zakończyć jakże celną wypowiedzią ordynariusza pelplińskiego, ks. biskupa Jana Szlagi z 18 września 1995 roku na spotkaniu z Radiem Maryja w Tczewie. Ksiądz biskup Szlaga powiedział wówczas m.in.: (...) Nie możemy się zgodzić z wciąż powtarzanymi zarzutami, że Kościół uprawia politykę. To jest oskarżenie albo, mówiąc delikatnie, stwierdzenie absolutnie niestosowne, niesłuszne i nierzeczowe. Kościół składa się z ludzi żyjących w realnych warunkach swojej przestrzeni ziemskiej i w tym samym państwie tworzących ojczyznę. Ludzie tej samej ojczyzny są odpowiedzialni za to, co się w niej dzieje. (...) (cyt. za P. Raina, „Ksiądz Henryk Jankowski walczy...", op. cit, s. 225).
Ks. Jankowski jako mecenas sztuki
Wśród cech, które składają się na iście renesansową naturę ks. prałata Henryka Jankowskiego jest jego ciągle zbyt mało znana, poza Wybrzeżem, rola jako wielkiego mecenasa sztuki. W tym kontekście, by nie być gołosłownym, powołam się na opinię jednego z wybitniejszych znawców sztuki, redaktora czasopisma „Polski Jubiler", Wiesława Gierłowskiego. Na łamach czasopisma „30 dni" z początków 2001 roku Gierłowski tak pisał o roli ks. Jankowskiego jako „wyjątkowego mecenasa sztuki" w kontekście powstałej dzięki niemu bursztynowej monstrancji dla kościoła Św. Brygidy i budowanego tam obecnie wielkiego ołtarza bursztynowego, mającego stać się prawdziwą wizytówką Trójmiasta. Jak pisał Gierłowski:
Wielkie dzieło -prócz dobrego artysty -potrzebuje też hojnego fundatora. Było z tym w ostatnich dziesięcioleciach krucho. Być może, właśnie dlatego z bursztynu powstawały rzeczy, których nie da się porównać z dziełami z przeszłości.
Można nie darzyć sympatią księdza Jankowskiego, za jego liczne dziwne wypowiedzi, ale nie można mu odmówić, że jest wyjątkowym mecenasem sztuki. Dzięki jego zamówieniom powstały w Gdańsku najlepsze dzieła w naszych czasach. Byłem blisko Mariusza Drapikówskiego, gdy wykonywał dla parafii św. Brygidy znaną już szeroko monstrancję. Swoboda, jaką fundator dał temu artyście, była naprawdę budująca. Początkowo monstrancja miała być mniejsza - około metra wysokości. W toku prac, gdy Drapikowski natrafił na odpowiednie bryły bursztynu, okazało się jednak, że -jeśli materiał ma być odpowiednio wykorzystany - monstrancja musi być większa. Poszło w głównej mierze o postaci znajdujące się u podstawy. Maria Magdalena rzeźbiona jest z jednego kawałka nieprzejrzystego bursztynu, za włosy mając jego lekko brązową korę. Drapikowskiemu chodziło właśnie o ten efekt: jeden kawałek, a mimo to właściwie zróżnicowany kolorystycznie. Potrzeba zachowania proporcji (Maria Magdalena klęczy, a Matka Boska stoi) sprawiła później konieczność powiększenia monstrancji.
Ksiądz Jankowski nie sprzeciwiał się ani temu powiększeniu, ani później wykorzystaniu innych, niekonwencjonalnych rozwiązań. Przykładem -pozłocenie srebra i zastosowanie cyrkonii, zgodnie z najnowszymi trendami, nakazującymi łączenie bursztynu właśnie z elementami pozłacanymi i szlachetnymi kamieniami. Monstrancja jest nie tylko monumentalna: jest piękna, przemyślana od strony symbolicznej i świetnie wykonana od strony technicznej. Mariusz Drapikowski wykazał się znajomością wielu tradycyjnych i na ogół już zapomnianych technik plastycznych, jak na przykład intaglio (grawerunek) na spodzie przejrzystych bursztynów w emblematach krzyża, grawerunki w srebrze, architektoniczne żebrowania, doskonale pomyślana konstrukcja układu elementów metalowych drzewa życia. Rzeźbione figury są pełne wyrazu, a ich gesty naturalne — bez przesadnego patosu.
Z bursztynów wydobyto maksimum ich naturalnej urody, a przez ich trafne rozmieszczenie w wielkiej i wielobarwnej kompozycji uzyskano ład nie oparty na prostej symetrii. Zastąpienie tradycyjnej puszki na hostią (znakomicie dobrana do tego celu kropla wyjątkowej urody bursztynu) to nowy i dobry pomysł - wbrew krytyce, że „zmarnowano" bryłę, która powinna spoczywać w muzeum. Zamiast z martwym szkłem, mamy do czynienia z substancją żywą, zdolną do przemian, podczas których zazwyczaj nabywa dodatkowego uroku. W muzeum watykańskim znajduje się jedna monstrancja, której puszka jest z innego materiału niż szkło (naturalny kryształ górski, lecz obrabiany w taki sam sposób jak szkło).
Jestem przekonany, że oryginalne dzieło Mariusza Drapikowskiego, powstałe dzięki inicjatywie księdza prałata, sławi bursztyn jako tworzywo najwyższej klasy, spełni ambicje zarówno współczesnych, jak przyszłych gdańszczan, a dla wielu pokoleń będzie powodem do dumy.
Pochwały Gierłowskiego pod adresem dzieła zainicjowanego przez ks. Jankowskiego nie wydają się przesadzone. Przypomnijmy, że sam wojewoda gdański, Tomasz Sowiński w laudacji na cześć ks. prałata H. Jankowskiego z okazji przyznania mu w sierpniu 2000 roku tytułu Honorowego Obywatela Miasta Gdańska wyrażał nadzieję, że zainicjowana przez ks. prałata budowa największego bursztynowego ołtarza na świecie może zaćmić nawet legendarną bursztynową komnatę. Mimo tak imponującego przedsięwzięcia, którego realizowanie może prawdziwie wsławić Gdańsk i nawet stać się jego największą ozdobą, nie zabrakło ataków, głównie lewicowych, na ks. prałata za „próżność", jaka podyktowała mu zainicjowanie tak kosztownego pomysłu. Z tym większą satysfakcją przeczytałem więc w dodatku kulturalnym „Aneks" (nr 115) do postkomunistycznej „Trybuny" artykuł związanego z lewicą pisarza Piotra Kuncewicza, przez lata prezesa Związku Literatów Polskich. W tekście zatytułowanym „Ksiądz Jankowski ma rację", Kuncewicz tak pisał o inicjatywie ks. Jankowskiego, która doprowadziła do rozpoczęcia budowy ołtarza bursztynowego:
(...) O niektórych jego poczynaniach mam jednak o wiele lepsze wyobrażenie niż głos opinii społecznej, szczególnie lewicowej, włączając w to zresztą „katolewicę" (...). Jest przecież urodzonym biznesmenem, cóż z tego, że w sutannie. Ale wielu księży jest takich, natomiast sam Jankowski bywa także bardzo skutecznym mecenasem sztuki. Trzeba doceniać takie rzeczy - nie byłoby Michała Anioła, gdyby nie mania wielkości renesansowych papieży. Ksiądz Jankowski wystąpił z pomysłem zbudowania bursztynowego ołtarza i zaraz podniosła się wrzawa. Szydzono, że chce konkurować z bursztynową komnatą. A dlaczego by i nie? Czy wielkie dzieła mają prawo powstawać jedynie w Prusach i Petersburgu, a w Gdańsku im nie wolno? Wielkie dzieła sztuki europejskiej to w ogromnej mierze sztuka sakralna. Zresztą można to powiedzieć o wszystkich czasach i wszystkich kulturach (...). Niektórych dzieł warto bronić. Tak na przykład wystąpiłem tu, w „ Trybunie", w obronie kościoła Opatrzności. Tak teraz występuję na rzecz ołtarza księdza Jankowskiego. Argument ekonomiczny do mnie nie trafia, sztuka zawsze była kosztowna, a Polska dzisiaj nie jest biedniejsza niż kiedykolwiek w historii. Nigdy dotąd nie było tak dobrze, żeby nie było biedaków i nieszczęśliwych. Przypominają mi się protesty pewnego pisarza palestyńskiego, który gniewał się bardzo na badania kosmiczne wielkich mocarstw w sytuacji, kiedy tyle nędzy na świecie. Ale gdyby go posłuchać to ludzkość nie zawojowałaby nigdy niczego w zakresie nauki, sztuki, kultury, bo zawsze były pilniejsze wydatki.
Ksiądz Jankowski już raz zafundował swojemu kościołowi monstrancję z niczym nieporównywalną. Widziałem ją tylko na zdjęciach, ocierała się i o kicz, ale była prawdziwie imponująca. Jego poglądy mogą nas bawić lub oburzać, ale nie można zaprzeczyć, że jest w nim materiał na wielkiego mecenasa sztuki. Koncepcja bursztynowego ołtarza jest jego najlepszym dowodem (...) Dlatego jestem zdania, że bodaj nie należy mu w tym przeszkadzać. Maciej Wiśniowski w „Nie " oblicza, ile to ksiądz Jankowski zyska na bursztynie z przemytu. Nie godzę się z nim co do tego: to nie ksiądz Jankowski zyska, ale Gdańsk i w efekcie my wszyscy. Jedyny na świecie (chyba) ołtarz z bursztynu to dzieło naprawdę monumentalne, zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Można tu sobie darować oceny personalne i różnice ideologiczne. W przyszłości ten ołtarz może się stać nawet najważniejszym z gdańskich zabytków (...).
Z kolei na łamach „Czasu Pomorza" z października-listopada 2000 roku Maria Giedz tak pisała o „mecenacie księdza Jankowskiego":
Zaczęło się od półtorametrowego, bursztynowego krucyfiksu podarowanego Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II podczas poświęcenia oliwskięgo Centrum Ekumenicznego w Gdańsku Oliwie w czerwcu 1999. Mariusz Drapikow-ski, gdański rzeźbiarz i bursztynnik wykonał go z jasnożółtej bryły wielkości bochenka. Dzisiaj krucyfiks zdobi dawne apartamenty Borgiów, usytuowane niedaleko Kaplicy sykstyńskiej na terenie Muzeum Watykańskiego.
Potem przyszedł czas na największą w świecie monstrancję, wysoką na 174 cm i ważącą ponad 30 kg, w znacznym stopniu wykonaną z bursztynu, zamówioną przez ks. prałata Henryka Jankowskiego do kościoła św. Brygidy w Gdańsku. Kształt wykonanej w sto dni monstrancji, również przez Mariusza Drapikowskiego, przypomina drzewo życia ze złoconymi konarami pokrytymi bursztynowymi płytkami. Umieszczono tam również maleńkie bryłki bursztynu z inkluzjami owadów. Jednak najpiękniejszy, jasnozielony bursztyn znalazł się w centrum, jest puszką na hostię. Dwie postacie: Matka Boska i Maria Magdalena zostały wyrzeźbione z miodowych bryłek i zamocowane u stóp drzewa życia. Monstrancją zwieńcza miniatura krucyfiksu ofiarowanego papieżowi.
Dzisiaj to wspaniałe dzieło można oglądać w bocznej nawie gdańskiego kościoła pw. Św. Brygidy. Obok w gablocie znajdują się inne, również interesujące przedmioty wykonane z bursztynu.
Teraz przyszedł czas na bursztynowy ołtarz. To kolejny pomysł ks. prałata Jankowskiego, proboszcza gdańskiej parafii św. Brygidy. Ponownie realizacji tego projektu podjął się Mariusz Drapikowski. Na jego budowę potrzeba 8-9 ton bursztynu. Wiadomo już, że w ołtarzu znajdzie się kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej ubrana w mleczno-bursztynową sukienkę, a także rzeźby dwóch polskich kardynałów: prymasa Wyszyńskiego i Karola Woj tyły, obecnego Papieża. Reszta jest na razie tajemnicą.
Największa w świecie bursztynowa monstrancja i budowany obecnie ołtarz bursztynowy to jednak tylko kolejne etapy w długiej drodze ks. Henryka Jankowskiego jako budowniczego i mecenasa sztuki. Zaczęło się na początku lat 70. od niezwykle udanego podniesienia z ruin kościoła Św. Brygidy, odbudowy dokonanej przez ks. Jankowskiego pomimo wielu ciężkich przeszkód ze strony PRL-owskich władz. W artykule Barbary Szczepuły „Prałat", publikowanym na łamach „Rejsów", dodatku do „Dziennika Bałtyckiego" z 27 września 1996 roku tak opisana została historia odbudowy Św. Brygidy: Po latach starań, w 1970 roku władze zdecydowały wreszcie, że oddadzą Kościołowi gruzy „ Brygidy ", porzucono bowiem plany budowy w tym miejscu basenu pływackiego. Biskup Nowicki skierował tu księdza Jankowskiego, bo ten miał już doświadczenie z odbudowy kościoła św. Barbary. Na plebanii za sąsiadów miał pracowników Służby Bezpieczeństwa, Siostry służebniczki oraz siedmioosobową rodzinę, która zajmowała dzisiejszą jadalnię. To były trudne lata. Trwały szykany wobec ludzi, którzy odgruzowywali kościół... Pierwszego października 1971 roku odprawił pierwszą mszę. Nie było jeszcze dachu, ale pogoda była piękna i świeciło słońce.
W1972 roku wojewódzki konserwator wydał nagle decyzję o wstrzymaniu budowy. Przyszedł osobiście w asyście milicjantów. Z troską odmieniał słowo „zabytki" przez wszystkie przypadki, straszył, groził. Ksiądz nie podporządkował się zaleceniu, za to we wszystkich kościołach diecezji rozwiesił zdjęcia, które obrazowały jak konserwator zabytków dbał przez lata o to, co pozostało z zabytkowego kościoła, po podpaleniu go przez Rosjan w siedem dni po zajęciu Gdańska. Fotografie pokazywały zabytkowe figury leżące w błocie i drzewa rosnące w gruzach. Zrobił się skandal, konserwator wyleciał z pracy. Notabene — wrócił w stanie wojennym. Ksiądz Jankowski jest znakomitym przedsiębiorcą, dziś powiedzielibyśmy — menadżerem.
W artykule Ewy Ostrowskiej „Kapłan Solidarności Narodu", opublikowanym w „Gazecie Gdańskiej" z 8 lipca 1997 roku pisano:
Do osiągnięcia dzisiejszej rangi, jaką zyskała parafia i kościół św. Brygidy, wiodła daleka i niełatwa droga. Pomimo trudności, kłód rzucanych pod nogi przez władze wojewódzkie i konserwatora zabytków, ks. Jankowski ukończył dzieło odbudowy kościoła, dbając o każdy szczegół historyczny bryły i tradycyjnego wystroju. Piękno nowego przybytku modlitwy, a także patriotyczny nastrój zaczęły przyciągać tłumy wiernych, a rola kościoła rosła, stawał się ośrodkiem życia religijnego i patriotycznego, oddziaływując na region gdański i szerzej, nawet poza granice kraju. Docenił rolę tej świątyni oraz jej kapłana papież Jan Paweł II, który 24 grudnia 1991 r. podniósł kościół św. Brygidy w Gdańsku do rangi bazyliki mniejszej. Uroczystość ta zbiegła się z jubileuszem 600-lecia kanonizacji patronki tego kościoła. (...) Nowa godność kościoła oznacza m.in. prawo umieszczenia przed wejściem do świątyni herbu papieskiego i przejęcie przez Stolicę Apostolską bezpośredniego nad nią zwierzchnictwa.
Piotr Brajtis pisał w tekście „Prałat Tysiąclecia", publikowanym na łamach „Głosu Wybrzeża" z 7 czerwca 1996 roku:
Po księdzu Jankowskim zostaną nie tylko meble. W ubiegłym roku ksiądz zafundował Gdańskowi drogocenny relikwiarz, jeden z największych, jakie są na świecie, zaś w swojej parafii -jedne z większych w archidiecezji organy. To po nim na pewno pozostanie (...).
Proboszcz gdańskiego kościoła św. Brygidy, prałat Henryk Jankowski jest jedną z najbardziej znanych w Polsce osób duchownych. Jest kontrowersyjny, nie tylko poprzez swoje deklaracje polityczne, ale i przez style bycia. Jest jedną z najwybitniejszych postaci Gdańska (...).
W kościele św. Brygidy, którego proboszczem jest ks. Henryk Jankowski podziwiać można jeden z najpiękniejszych relikwiarzy o wysokości 1,2 m ze srebra i drogich kamieni. Wartość materialna relikwiarza to około pół miliarda starych złotych. Jego wartość artystyczną i religijną trudno oceniać:
Jest to jeden z największych, jeśli nie największy z relikwiarzy na świecie. Pozostałe poświęcone są z reguły jednemu, rzadko dwóm lub trzem świętym. Ten poświęcony jest 25. Są w nim m. in. relikwie Krzyża Św., Apostołów Piotra i Pawła, pierwszego polskiego świętego - św. Wojciecha, św. Henryka, patrona prałata. Jest tu nawet relikwia św. Walentego. Ks. Jankowski umieścił ją specjalnie z myślą o zakochanych.
- „Relikwiarz ma być pierwszym widomym znakiem zbliżającego się Tysiąclecia Gdańska " - mówi ksiądz, który kocha Gdańsk. (...)
Drugą rzeczą, którą otrzymało miasto od księdza w prezencie to mechaniczne organy o 50 głosach, zamontowane w kościele ks. Jankowskiego. Są jednymi z większych w archidiecezji gdańskiej. Największe, zabytkowe są w Katedrze w Oliwie - mają ponad 100 głosów. W Kościele Mariackim w Gdańsku są już mniejsze niż „ u Brygidy " - mają zaledwie 30 głosów.
Organy mają 7,5 m wysokości i 4 tysiące piszczałek. Najmniejsza piszczałka ma wielkość dużej igły, największa ponad 5 m długości. Organy kościoła św. Brygidy, tak jak cały kościół i cała gdańska Starówka zostały spalone po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1945 r.
W cytowanym już artykule na łamach „Rejsów" z września 1996 roku pisano, że: Od 1989 roku (ks. Jankowski - J.R.N.) wybudował dwanaście kaplic szpitalnych, wojskowych, policyjnych i więziennych. I to nie tylko w diecezji gdańskiej. W Łodzi, w Wałczu, w Mińsku Mazowieckim. W opracowanej przez Petera Rainę książce: „Ksiądz Prałat Henryk Jankowski: Na tej drodze trwam. Kazania »zakazane«", Pelplin 2001 na kilku stronach 277-280 są szczegółowo wymienione wszystkie kaplice wybudowane i wyposażone kosztem prałata H. Jankowskiego (12 kaplic), jak i omówiona konkretna pomoc przy rekonstrukcji i budowie paru dziesiątków kościołów. Do tego dochodzi kilka szkół powołanych dzięki inicjatywie ks. prałata, w tym Gdańskie Liceum Autonomiczne i Gdańskie Gimnazjum Autonomiczne, Liceum Autonomiczne w Sta-rogardzie Gdańskim. Od połowy lat 90. ksiądz Jankowski zaczął przebudowę dawnych wojskowych budynków przy ulicy Polanki na Centrum Ekumeniczne, czyli ośrodek modlitewno-naukowy dla wyznawców wszystkich religii. Przebudowy pod nadzorem ks. Jankowskiego dokonano w sposób imponujący. Poświęcił go sam Ojciec Święty podczas wizyty apostolskiej na Wybrzeżu 5 czerwca 1999 roku. Gmachem Centrum Ekumenicznego zaopiekowały się siostry brygidki.
Pełny wykaz dokonań ks. prałata Henryka Jankowskiego w zakresie działalności inwestycyjno-charytatywnej, opracowany przez Petera Rainę, zamyka część tekstową niniejszej książki.
W kontekście tych wszystkich inicjatyw architektonicznych i artystycznych nie zaskakuje konkluzja drukowanego w „Dzienniku Bałtyckim" z 27 czerwca 1996 roku tekstu Aliny Afanasjew. Polemizując z atakującym ks. Jankowskiego artykułem „Portfel w sutannie", Afansjew napisała m.in.: Ks. prałat Henryk Jankowski jest w moim przekonaniu po prostu Gdańskim Kapłanem, Kapłanem Miasta o starym królewskim rodowodzie. Ks. prałat zrobił wiele, aby godnie nas -gdańszczan reprezentować (...) Ks. Prałat - dodam -jest mecenasem kultury w europejskim stylu.
Wiele stron zajęłoby wyliczanie tak wielostronnej i różnorodnej działalności charytatywnej księdza Jankowskiego. Ograniczę się więc tylko do niektórych wybranych aspektów tej pomocy, czasami odwołując się nawet do opinii osób ze środowisk dziś tak nieprzychylnych prałatowi Św. Brygidy, jak „Gazeta Wyborcza". Zacznijmy jednak od opinii środowisk mu najbliższych - przedstawicieli „Solidarności" z Wybrzeża. Wymowna pod tym względem była ocena „Solidarności" z różnych zakładów Trójmiasta (Stoczni Gdańskiej, Gdańskiej Stoczni Remontowej, Stoczni Pomocnej, Stoczni „Radunia", Stoczni „Wisła", Morskiego Portu Handlowego w Gdyni) i Międzynarodowego Komitetu Strajkowego Górników w Jastrzębiu. Wspomniane organizacje „Solidarności" wystąpiły 10 września 1988 roku do przewodniczącego Komitetu Pokojowej Nagrody Nobla w Oslo o przyjęcie zgłoszenia kandydatury ks. kanonika H. Jankowskiego do Nagrody Nobla. Jako jeden z argumentów w tej sprawie podawały niebywale rozbudowaną działalność charytatywną ks. Jankowskiego, stwierdzając: (...) Wprowadzenie stanu wojennego spowodowało, że na plebanii kościoła św. Brygidy rodziny internowanych, uwięzionych i wyrzuconych z pracy znajdowały wsparcie materialne i duchowe. Ks. Jankowski zorganizował ogromną pomoc materialną płynącą z całej Europy i Ameryki dla osób potrzebujących. Ta pomoc charytatywna spowodowała, że wiele rodzin mogło przetrwać bardzo trudne lata kryzysu gospodarczego. Pomoc otrzymało wiele szpitali, osoby najbardziej chore dzięki akcji ks. Jankowskiego mogły wyjechać na leczenie do Zachodniej Europy (,..).
W gdańskim tygodniku „Wieczór" z 5 listopada 1997 roku przypomniano: (...) Nie każdy pamięta, że w czasie stanu wojennego i zaraz po jego zakończeniu, dzięki prałatowi do ogromnych rzesz chorych trafiały tony leków i rozmaitych środków opatrunkowych i medykamentów. Tak, to nie pomyłka, ilość była monumentalna, nie ważono jej w kilogramach. Przez ręce Henryka Jankowskiego docierała do naszego województwa pomoc z Zachodu, a zwłaszcza w Niemiec. Prałat dzięki swej popularności i autorytetowi stał się kapłanem nieugiętym, skutecznie walczącym z komunizmem.
Kiedy Polska zaczęła stawać na nogi i lepiej funkcjonować gospodarczo, kraje zachodnie przestały słać leki, bowiem najprościej mówiąc uznały, iż wiele narodów znajduje się w sytuacji gorszej i tragiczniejszej. W ten sposób parafia proboszcza Jankowskiego już nie była największą apteką świata.
W obszernym reportażu Anny i Piotra Bikontów o księdzu Jankowskim, publikowanym w „Magazynie Gazety Wyborczej" 10 września 1993 roku, przytaczano w kontekście pomocy charytatywnej proboszcza Św. Brygidy opinię szefa „Solidarności" w Stoczni Gdańskiej Jerzego Borowczaka: (...)-Najgorzej wygadują ci, którzy coś dostali. Mają żal, bo nie mogą powiedzieć: „Nikt mi nigdy nie pomógł" - mówi Borowczak. - Ksiądz przez cały okres stanu wojennego dostarczył do stoczni tony ubrań i lekarstw, trudno znaleźć kogoś, kto z tego choć raz nie skorzystał. Przez sześć lat komisji charytatywnej w Brygidzie przychodziło dziennie do księdza 100, 120 osób. Wiele razy wstawiał się u ambasadora amerykańskiego o wizę, żeby zwolnieni z pracy mogli sobie dorobić. Załatwił dla szpitala stoczniowego najlepsze urządzenia medyczne na świecie. Na Wigilię odwiedza każdy wydział (...). Ludzie z „Solidarności" szczególnie byli wdzięczni księdzu Jankowskiemu za roztoczoną przez niego od wprowadzenia stanu wojennego opiekę nad internowanymi, bądź siedzącymi w więzieniach i ich rodzinami.
Charytatywna działalność prałata była dalej kontynuowana na szeroką skalę również po czerwcu 1989 roku. We wspomnianym reportażu Bikontów w „Magazynie Gazety Wyborczej" z 1993 roku pisano: (...) Na Boże Narodzenie rozdaje tony karpia i śledzia. Na Dzień Dziecka załatwił ciężarówkę rowerów. W1992 r.jego komisja charytatywna rozdzieliła 950 min złotych. - „ Wysyłam dzieci na operacje serca. Dzięki mojemu przyjacielowi panu Zbigniewowi Niemczyckiemu pomagam gdańskiemu Domowi Małego Dziecka. Dla dzieci specjalnej troski szukam za granicą rodziców do adopcji. Dokładam do domów starców, dla psychicznie chorych i dla chorych na AIDS. Zorganizowałem wielką pielgrzymkę do Szwecji, do kościoła św. Brygidy w Vadstenie. Wierzę, że to dopomoże w odrodzeniu religijnym Szwedów. Znalazłem sponsorów, nikt z 560pielgrzymów nie musiał płacić ani grosza (...).
Za szczególnie cenną uważa się jego wielostronną pomoc dla szpitali i Stacji Pogotowia Ratunkowego, m.in. pomoc dla Szpitala Neurologicznego w Gdańsku - wyposażenie, sprzęt rehabilitacyjny, materiały i środki medyczne, dla Akademii Medycznej - sprzęt rehabilitacyjny oraz stomatologiczny, medykamenty, dla Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gdańsku (karetki sanitarne). Ogromne znaczenie mają tu tak mocno rozbudowane kontakty zagraniczne, zarówno z Polonią, zwłaszcza amerykańską (nader szczodra pomoc prezesa KPA Edwarda Moskala), jak i z różnymi charytatywnymi i religijnymi instytucjami zagranicznymi. Na przykład w grudniu 2000 roku ks. Jankowski przekazał Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego karetkę ratunkową volvo - dar od pastora ze Sztokholmu. Przypomnijmy tu słowa arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego wypowiedziane z okazji 30-lecia otrzymania święceń kapłańskich przez ks. Henryka Jankowskiego: - Ksiądz prałat wiele zrobił nie tylko dla tej parafii, nie tylko dla społeczeństwa polskiego, ale i rozsławił imię Polski, imię św. Brygidy na cały świat (cyt. za: E. Górka, „30 lat minęło", „Gwiazda Morza" nr 14-15 z 1994 roku).
Chciałbym, żeby dokonany przeze mnie wybór homilii, wywiadów, artykułów i polemik ks. Henryka Jankowskiego oraz niektórych tekstów na temat jego sylwetki pokazał postać gdańskiego prałata odmiennie od kursujących o nim, jakże wielu niemądrych, stereotypów. Zbyt często jest on zaszufladkowywany tylko w kręgu sporów o stosunki polsko-żydowskie czy walki z antypolonizmem. A jest to przecież tylko jedna strona działalności księdza prałata, ważna, ale bardzo cząstkowa. Wskazałem już szerzej w tym wstępie na znaczenie jakże ostrej i niestety proroczej krytyki, z jaką ks. Jankowski poddawał dobijanie kraju przez pseudoelity rządzące Polską nadal po 1989 roku. Pokazałem portret ks. Jankowskiego jako mecenasa sztuki czy realizatora tak wielu działań charytatywnych. Jego teksty pokazują zarazem człowieka, który ze znawstwem i wyczuciem wchodzi w problemy tak wielu środowisk, od stoczniowców do inteligencji, od wojskowych i ludzi biznesu po pielęgniarki. Osobny temat to jakże wielkie zafascynowanie księdza prałata sprawami wojska czy zauroczenie polską historią. A równocześnie jest jakże świetnym gospodarzem i biznesmenem.
Powiedział kiedyś w rozmowie z redaktorem częstochowskiej wersji „Życia" (nr z 15 czerwca 1994 roku), że w dobie ogromnego spadku ofiarności społecznej ksiądz musi być biznesmenem. Musi ratować kościół w znaczeniu materialnym, nie zapominając jednako moralnej odpowiedzialności wobec wiernych. Warto przytoczyć w tym kontekście uwagi zamieszczone 10 września 1993 roku na temat tej strony działalności księdza Jankowskiego w magazynie tak wrogiej mu później „Gazety Wyborczej": (...) Mnie się podoba, że ja nie mam za księdza nijakiego papudraka, z którym nikt nie będzie chciał gadać -oświadcza Zbigniew Lis ze stoczniowej „ Solidarności". - A nasz ksiądz! On jest pierwszym menedżerem Rzeczypospolitej. Nie ma sprawy, której nie załatwi.
-Przez swą energię, zdolności organizacyjne i odwagę ta postać nie mieści się w pojęciu księdza proboszcza. On jest oficerem frontowym Kościoła - zachwyca się dyrektor gdańskiego Muzeum Morza. (...)
Trzeba tu powiedzieć o jeszcze jednej jakże ważnej cesze prałata ze Św. Brygidy. W przeciwieństwie do jakże wielu możnych tego świata, którzy wciąż myślą tylko o swojej chwalbie, ks. Jankowski potrafi docenić i uhonorować współdziałanie jakże wielu ludzi różnych zawodów, którzy z nim współpracują w jego inicjatywach i pomysłach. I wolny jest od skrajnego nadęcia, które cechuje dziś tyle wpływowych polskich postaci. Zawsze będę pamiętać salwy śmiechu, jakimi zareagowano na słowa księdza Jankowskiego do orkiestry wojskowej, grającej z okazji uruchomienia nowych wspaniałych organów w bazylice Św. Brygidy: No to zagrajcie „My pierwsza Brygada!"