
|
Dynastie w polityce II. Klany w mediach |
Robert Kwiatkowski (syn prominenta z czasów Jaruzelskiego) |
Tak zmieniać, aby nic nie zmienić! to było faktycznie główną zasadą „przemian" realizowanych po 1989 roku, „przemian", które okazały się tak wielkim oszustwem wobec Narodu. Gdy trzon władzy politycznej, gospodarczej i medialnej przetrwał nadal w rękach tych samych spowinowaconych ze sobą koterii i rodzin, częściowo tylko przefarbowanych na odcienie liberalno-lewicowe. Jesteśmy nadal ściśle oplecieni pajęczyną po-PRL-owskich układów i powiązań. Najbardziej nawet skompromitowani, przyłapani na złodziejstwie czy działaniach agenturalnych spadają na cztery nogi. Zawsze znajdą obrońców i protektorów. W dzisiejszej Polsce źle jest tylko, gdy się jest uczciwym, odważnym, niepokornym... Tak zabija się ostatnie nadzieje i popycha Polskę na drogę ku katastrofie, ku drugiej Argentynie. Jeśli tego jak najszybciej radykalnie, gwałtownie nie zmienimy, Polska ostatecznie upadnie. Nie ma bowiem miejsca na tej ziemi dla narodów bezbronnych, zakompleksionych, dających się wciąż oszukiwać, pozbawionych instynktu samozachowawczego i poczucia godności.
Chciałbym, by ten tomik wstrząsnął sumieniami, by pokazał jak bardzo pozorowane i oszukańcze były tak szumnie deklarowane przemiany po 1989 roku. Chciałbym pokazać, jak bardzo kastowy charakter ma dzisiejsza Polska, jak wielu ludzi „trzymających władzę", i to nie tylko w polityce, ale również i w mediach (a to media są dziś „pierwszą władzą"), to ludzie wywodzący się ze starych skompromitowanych kręgów komunistycznych, często najgorszego stalinowskiego chowu. Wielka część z nich to ludzie, których ojcowie zaprawiali się do zdrady narodu przez dziesięciolecia, tak jak ojciec marszałka Sejmu M. Borowskiego czy ojciec „nadprezydenta" A. Michnika, już w czasach międzywojennych. To ludzie, którym zabrakło w domu jakiegokolwiek wychowania w ideach drogich przeważającej części Narodu, wśród którego żyją, od wiary do patriotyzmu i poczucia dziedziczenia narodowej historii.
Stąd te pytania, które stawiam wielokrotnie na łamach tego tomiku, zastanawiając się, jak miał się uczyć patriotyzmu np. Jerzy Wiatr (od ojca-agenta gestapo), Cimoszewicz (od ojca oficera stalinowskiej informacji) czy Dawid Warszawski (od ojca - agenta NKWD. Porównuję drogi licznych wpływowych ludzi i ich rodziców czy całych familii, zastanawiając się nad wyniesionymi przez nich z domów rodzinnych przesłaniami, które spaczyły ich wychowanie. Znać rodowody, to wiele zrozumieć. Na przykład zrozumieć lewicową tendencyjność Moniki Olejnik, córki pułkownika MSW, czy uprzedzenia do Kościoła katolickiego ze strony wychowanego w ateistycznym środowisku Jerzego Owsiaka, syna wysoko postawionego partyjnego milicjanta.
W tomiku tym pragnę pokazać rozmiary opanowania władzy w Polsce przez synów, zięciów czy bratanków PRL-owskich bonzów. Pokazać, w jak wielkim stopniu mamy dziedziczenie „pseudoelit". Jak dawne rządzące siły PRL-owskie „elity władzy" zostały zastąpione przez ich dzieci. I pokazać, jak ci dziedzice władzy ukształtowali „próżniaczą klasę polityczną", opartą na ograniczonym tylko do nich, do ich układów systemie awansów i karier. Ludzie spoza układów, z tzw. terenu, mają mikroskopijne wręcz szansę przebicia się wyżej, choćby byli najbardziej utalentowani. Mogą tylko kołatać do zamkniętych drzwi, snuć się sfrustrowani po kolejnych urzędach pracy w nikczemnym świecie protekcji i układów. Bez przesady można powiedzieć, że dzisiaj szansę awansu jakiegokolwiek awansu społecznego człowieka z „prowincji", a tym bardziej z ubogiej rodziny, są dużo gorsze niż kiedykolwiek przedtem w ciągu ostatnich stu lat polskiej historii. Obserwowałem ze smutkiem losy jakże wielu młodych utalentowanych absolwentów „z terenu", skazanych na rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek pracy, nieraz latami. Bo wszystko jest zarezerwowane dla „elitki" z „warszawki" czy „krakówka". Bo taki np. młody Paweł Wujec, syn prominentnego działacza Unii Wolności Henryka Wujca i działaczki tejże Unii Ludmiły Wujec już jako bardzo młody człowiek, w początkach swoich studiów musiał zdobyć pracę dziennikarską w „Gazecie Wyborczej". - Bo ja cały jestem mamy, jej telefon otwiera mi drzwi - jak śpiewano w piosence dawnego STS-u. A Ludmiła Wujec była uważaną za najbardziej wpływową działaczkę Unii Wolności!
Pisząc o czerwonych dynastiach piszę nie tylko o tych, którzy pozostali wierni ideologii komunistycznej wyznawanej przez ich ojców tak jak Borowski czy Cimoszewicz. Piszę również i o tych, którzy także i po wejściu do lewicowej laickiej opozycji pozostali wierni starym uprzedzeniom ich komunistycznych ojców do polskości czy Kościoła. Tych byłych lewicowych opozycjonistach, którzy bardzo boją się dekomunizacji, bo mogłaby odsłonić pełną „hańbę domową" ich rodzin. Czyż nie głównie taki właśnie strach łączył Adama Michnika, brata mordercy sądowego Stefana Michnika, z generałem Wojciechem Jaruzelskim, dążącym do zatarcia własnych jakże ciężkich win, od grudnia 1970 r. na Wybrzeżu, po pacyfikację kopalni „Wujek". Tak zawiązywały się w ostatnich kilkunastu latach szokujące sojusze postkomunistów z lewicowymi liberałami z rodzin o komunistycznych rodowodach. Sojusze, które zniszczyły szansę prawdziwych zmian w Polsce i popchnęły nas na drogę ku katastrofie.
Dziedziczenie obecnych „elit" to również trwałe dziedziczenie biedy. To dalsze pogrążanie Polski w marazmie, który nam zafundowały egoistyczne, obce polskirft interesom narodowym, nieudolne pseudoelity. To dalsza blokada jakichkolwiek szans ludzi prawdziwie zdolnych spoza układów. Najwyższy czas, by przepędzić pseudoelity, które zaprzepaściły po 1989 roku tak wiele szans dla Polski! Czas je przepędzić i wyrzucić na margines polskiego życia.publicznego. Nie ważne, czy zaszkodziły Polsce przez otwartą zdradę i służalczość wobec obcych, pazerność i złodziejstwo, czy „tylko" przez egoizm, cynizm lub żałosne niedołęstwo. Zaszkodzili Polsce i Polakom i muszą, muszą jak najszybciej odejść! Ci, jakże liczni z nas, którzy jeszcze wierzą w polskie idee, w szansę na odbudowę Polski, muszą zrobić wszystko dla wyłonienia nowych silnych narodowych elit, które nie dadzą połknąć Polski i odzyskają to, co zagrabiono Narodowi. Oby ten tomik przyspieszył te działania, to narodowe przebudzenie! Oby jak najsilniej wsparł tworzenie Polski naszych snów i marzeń. Prawdziwej Polski nadziei, bez agentów i złodziei!
Przewodzący buntowi wewnątrz SLD przeciwko Millerowi były marszałek Sejmu
Marek Borowski jest synem wysokiej rangi komunistycznego działacza o bardzo
szkodliwej antypolskiej przeszłości. Jego ojciec Wiktor Borowski (właściwie
Aron Berman) był w czasach II Rzeczypospolitej trzykrotnie skazywany na
więzienie za działalność wymierzoną w interesy Polski. Zaszedł bardzo wysoko
w strukturach KPP - partii zdrady narodowej - stał się członkiem
sekretariatu jej władz. Został nawet pracownikiem przedstawicielstwa KPP
przy Komitecie Wykonawczym Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie. Można
więc powiedzieć, że stał się prawdziwą szychą wśród agentury sowieckiej na
Polskę.
Po wojnie ojciec Borowskiego należał do najgorszych stalinizatorów polskiej
prasy jako redaktor naczelny "Życia Warszawy", a od 1951 r. zastępca
redaktora naczelnego głównego dziennika komunistycznego - "Trybuny Ludu".
Młody Marek Borowski był - według "Wprost" - bardzo mocno związany duchowo
ze swym ojcem stalinowcem. Polityk Unii Wolności Jan Lityński, który chodził
z nim do jednej klasy (w sławetnym liceum dla młodzieży bananowej im.
Klimenta Gottwalda), wspominał, że M. Borowski już wtedy "był ideowym
wyznawcą komunizmu". Młody Borowski wcześnie zaprzyjaźnił się z innym synem
komunistycznego działacza - Adamem Michnikiem, a w 1962 r. wstąpił do
założonego przez Michnika międzyszkolnego Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. W
1967 r. został członkiem PZPR. W 1967 r., wraz ze "sczyszczaniem" przez
moczarowców działaczy z partyjnego lobby żydowskiego tzw. puławian, ojciec
Borowskiego stracił piastowaną od 1951 r. funkcję zastępcy naczelnego
"Trybuny Ludu". To jeszcze mocniej popchnęło związanego z michnikowcami
Borowskiego do opozycyjnego ruchu studenckiego w 1968 r.; odegrał w nim
aktywną rolę. Został wyrzucony z PZPR, co ogromnie przeżył; był wręcz
zdruzgotany. Pozostał jednak - jak wspominał - nadal wierny wartościom
komunistycznym. Pozostał członkiem ZMS-u i dalej studiował na SGPiS-ie. Po
ukończeniu studiów zaczął pracować w Domach Towarowych "Centrum", gdzie
został przewodniczącym ZMS. Już po kilku latach - w 1973 r. - wysłano go na
staż do francuskich domów towarowych.
Powrócił do PZPR w 1975 r. - roku dość szczególnym, w którym zaproponowano
wpis do Konstytucji o wiecznej przyjaźni z ZSRS. W "Życiu" z 3 listopada
2001 r. Joanna Bichniewicz napisała: "Wprowadzenie stanu wojennego przyjął
niemal z ulgą. 'To było racjonalne i słuszne rozwiązanie' - mówił zarówno
wtedy, jak i dziś". Ciekawe, że akurat w dobie stanu wojennego zaczął się
nagły skok jego kariery - zatrudnienie w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego.
Znalazł jakichś dobrych protektorów. Był to szczególnie dobry czas dla
awansów towarzyszy żydowskiego pochodzenia. Jak stwierdził żydowski
publicysta Abel Kainer (Stanisław Krajewski) na łamach podziemnej
KOR-owskiej "Krytyki", nr 15 z 1983 r., "WRON grała rolę bardziej opiekunki
Żydów". Znany izraelski naukowiec profesor Chone Shmeruk mówił w wywiadzie
dla "Rzeczpospolitej" z 19 kwietnia 1995 r.: "Władze PRL w latach 80. też
popierały sprawy żydowskie. Było wtedy takie powiedzonko: 'Co się nosi w
Polsce? Żydów na rękach' (...)".
Redaktor Bichniewicz w kontekście ówczesnego awansu Borowskiego przytoczyła
wypowiedź jednego z członków SLD i długoletniego działacza PZPR: "Musiał go
ktoś dobrze pilotować. Nie było takich cudów, by ktoś, ot tak, wypatrzył
młodego zdolnego w Domach 'Centrum' i zapragnął go mieć w ministerstwie. Nie
w tamtym systemie". Być może o awansie Borowskiego zadecydowały wcale nie
znajomości rodzinne i nowa filosemicka moda czasów Jaruzelskiego, lecz jego
własne kontakty. Były przewodniczący Klubu Parlamentarnego KPN Krzysztof
Król zapewniał, że "Borowski prowadził w DT 'Centrum' sklepik za tzw.
żółtymi firankami, czyli dla KC i uprzywilejowanych członków partii" (według
tekstu Anity Gargas w "Gazecie Polskiej" z 5 stycznia 1995 r.). Sprzyjało to
poznaniu "odpowiednich" protektorów.
Za rządów T. Mazowieckiego Borowski awansował na podsekretarza stanu w
Ministerstwie Rynku Wewnętrznego, gdzie odpowiadał za rynek artykułów
konsumpcyjnych i nadzorował prywatyzację handlu i turystyki. Anita Gargas,
pisząc w "Gazecie Polskiej" o tym okresie kariery Borowskiego, przypomniała:
"To w tym okresie doszła do skutku afera alkoholowa, za co miał odpowiadać
przed Trybunałem Stanu przełożony Borowskiego".
W 1993 r. został wicepremierem i ministrem finansów w rządzie pierwszej
koalicji SLD i PSL. Jako szef resortu finansów odpowiadał m.in. za fatalnie,
z różnymi nieprawidłowościami przeprowadzoną prywatyzację Banku Śląskiego.
Wybuchł prawdziwy skandal wokół całej sprawy, w niemałej mierze dzięki
nagłośnieniu jej przez ówczesnego posła PSL, przewodniczącego Komisji
Przekształceń Własnościowych Bogdana Pęka. Premier Waldemar Pawlak
zdecydował się na odwołanie wiceministra finansów Stefana Kawalca, który
bezpośrednio odpowiadał za przekształcenia Banku Śląskiego. Borowski
postanowił postawić się premierowi Pawlakowi i wymusić na nim cofnięcie
dymisji Kawalca. Złożył swoją dymisję ze stanowisk rządowych i bezskutecznie
próbował namówić innych postkomunistycznych ministrów do zbiorowego odejścia
z rządu. Bluff zawiódł. Premier przyjął dymisję Borowskiego, który wyraźnie
przegrał całą sprawę. Zemścił się wkrótce na pośle Pęku, doprowadzając do
jego odwołania z przewodnictwa komisji sejmowej.
Jako polityk SLD-owski Borowski należy do nurtu "czerwonych liberałów" w
gospodarce. Ma wyraźne uprzedzenia wobec Kościoła. Należał do tych posłów
SLD, którzy wykazywali wręcz ośli upór w przeciwstawianiu się ratyfikacji
konkordatu. Wyraźnie widać, że oddziałuje na założoną przez siebie partię w
duchu polityki antykościelnej. Po wygranej SLD w 2001 r. Borowski awansował
najwyżej - został marszałkiem Sejmu. Na tej funkcji "wsławił się" m.in.
brutalną decyzją usunięcia nocą przez Straż Marszałkowską posła Gabriela
Janowskiego, który okupował trybunę, żądając debaty na temat prywatyzacji
STOEN-u. Następnego dnia liczni posłowie opozycyjni powitali za to
Borowskiego okrzykami: "Hańba" i "Łukaszenko"!
Borowski odegrał szczególnie dużą rolę w działaniach opozycji SLD-owskiej,
zmierzającej do obalenia rządu Millera i stworzenia nowej partii o nazwie
Socjaldemokracja Polska. Wielu widzi w powstaniu tej partii drogę do tak
wymarzonej przez Kwaśniewskiego i Michnika wspólnej formacji, tworzącej
wreszcie historyczny sojusz byłych komunistów i byłych opozycjonistów z
lewicowej opozycji laickiej, głównie komunistycznego chowu. Widać już teraz
bardzo duże zainteresowanie nową partią ze strony liderów bardzo osłabionej
w ostatnich latach Unii Wolności. Warto przypomnieć, że Borowski od
początków SdRP, faktycznie od jej zjazdu założycielskiego, należał do ludzi
związanych z Aleksandrem Kwaśniewskim. W ostatnim roku między
postkomunistycznym prezydentem RP a premierem Millerem bardzo mocno się
iskrzyło. Nie było więc chyba przypadkiem, że Borowskiemu przypadła rola
autora decydującego ciosu w Millera. Niektórzy w tym, co się stało w
rezultacie buntu M. Borowskiego, widzą kolejne odnowienie starego sporu
dwóch frakcji w łonie partii komunistycznej: "Żydów" i "chamów"! Stare
przyjaźnie Borowskiego z Michnikiem, Lityńskim i innymi przedmarcowymi
"komandosami" z prominentnych rodzin żydowskich mogą teraz szczególnie
silnie procentować w łączeniu "braci rozdzielonych" z SLD i UW!
Spuścizna stalinowskiego politruka Jerzego Wiatra
Sławomir Wiatr był odpowiedzialny za niezwykle kłamliwą prounijną
kampanię informacyjną. Starannie "usypiał" Polaków co do zagrożeń dla
polskich interesów narodowych wynikających z fatalnie wynegocjowanych
warunków wejścia Polski do UE. Zapytajmy jednak, od kogo ten były sekretarz
KC PZPR miał się nauczyć rozumienia potrzeby obrony polskich interesów? Od
kogóż miał się uczyć prawdziwego polskiego patriotyzmu? Wątpię, czy od swego
ojca Jerzego Wiatra, w połowie lat 90. SLD-owskiego ministra edukacji, a w
dobie stalinowskiej politruka niegodnie wysławiającego Józefa Stalina,
ludobójcę odpowiedzialnego za śmierć setek tysięcy Polaków.
W wydanej w 1953 r. propagandowej pracy "Obiektywny charakter praw przyrody
i społeczeństwa w świetle pracy J.W. Stalina 'Ekonomiczne problemy
socjalizmu w ZSRR'" J. Wiatr do spółki z innym fałszerzem Z. Baumanem
wychwalał już na pierwszej stronie tekstu "ostatnią pracę Towarzysza
Stalina" jako "potężną dźwignię rozwoju wszystkich nauk, które z bezcennej
skarbnicy stalinowskiej filozofii czerpią i czerpać będą". Obaj stalinowscy
propagandyści wysławiali pod niebiosa "nieśmiertelne" wskazania Józefa
Stalina, a zarazem chwalili kierownictwo PZPR za zdemaskowanie w porę "kliki
odchyleńców prawicowych". Gorzko, a donośnie opłakiwał J. Wiatr śmierć
Stalina, pisząc na łamach "Po Prostu" w 1953 r.: "Dziś, gdy zabrakło wśród
nas największego Człowieka naszej epoki, Jego dzieła są nam jeszcze droższe
i cenniejsze. Stają się one w coraz większym stopniu busolą kierującą naszą
pracą. Dzięki Stalinowi żyjemy w pięknej epoce".
Minęło 13 lat od tego "wiekopomnego tekstu", a wierny komunistycznemu
reżimowi J. Wiatr zalecał w poradniku dla nauczycieli "Ideologia i
wychowanie" (z 1965 r.): "Przestrzeganie internacjonalizmu ruchu
socjalistycznego, a w obliczu zagrożenia ze strony imperializmu
kapitalistycznego przestrzeganie solidarności z udzielaniem sobie wzajemnej
pomocy - w razie potrzeby - również zbrojnej". Nieprzypadkowo więc później
tak chętnie usprawiedliwiał wojnę Jaruzelskiego przeciwko swemu Narodowi -
stan wojenny, a nawet przyrównywał Jaruzelskiego do Piłsudskiego i
Sikorskiego. Doszło nawet do tego, że publicznie domagał się w gazetach, by
"tępić tych, którzy ciągną nas do tyłu na drodze reform", czyli ludzi
"Solidarności" (!) (według "Gazety Wyborczej" z 1-2 czerwca 1996 r.).
Na tym tle tym ciekawszy wydaje się barwny incydent z jakże znamiennej
konfrontacji J. Wiatra w połowie lat 90. z byłym twardogłowym członkiem
Biura Politycznego KC PZPR generałem Mirosławem Milewskim. Jak pisano na ten
temat w "Życiu Warszawy" z 12 lutego 1996 r.: "Kogo w PZPR uważali Rosjanie
w 1981 r. za swoich wypróbowanych przyjaciół? - dopytywał kilka miesięcy
temu generała Mirosława Milewskiego szef sejmowej Komisji Odpowiedzialności
Konstytucyjnej, poseł SLD Jerzy Wiatr. - Na przykład pana - odpowiedział
były szef MSW, symbol PRL-owskich służb specjalnych, powiązanych z ZSRR. -
No, ja nie byłem tak ważną postacią - spłoszył się Wiatr".
Jako SLD-owski minister edukacji od lutego 1996 r. Wiatr wyraźnie próbował
dyskryminować religię w szkołach, wywołując tym protesty Episkopatu,
nauczycielskiej "Solidarności" i rodziców. Protestowano też przeciwko
powołaniu przez Wiatra jako eksperta dla swego resortu seksuologa Z.L.
Starowicza. Wiatr wywołał wówczas powszechne oburzenie, deklarując, iż
rodzice nie mają prawa decydować o tym, jaki program będą realizowali
nauczyciele. Doszło do szeregu demonstracji studentów i nauczycieli
przeciwko Wiatrowi jako urzędującemu ministrowi, a nawet do obrzucenia go
jajami podczas wizyty na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wiatr posunął się do
nazwania swych oponentów faszystami! (zob. tekst M. Zdorta i M. Janowskiego
w "Rzeczpospolitej" z 29 sierpnia 1996 r.). Prezydent Kwaśniewski pospieszył
za to z uhonorowaniem J. Wiatra Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu
Odrodzenia Polski. Nie wyjaśniono jednak, co wspólnego z odradzaniem Polski
miała rola J. Wiatra jako stalinowskiego politruka i ideologa PZPR.
Syn agenta gestapo
Zapytajmy z kolei, czy ojciec Sławomira Wiatra - Jerzy Wiatr, miał od kogo
uczyć się patriotyzmu? Dziś wiadomo, że ojciec Jerzego Wiatra - inspektor
szkolny Wilhelm Wiatr, został zastrzelony za zdradę na rzecz gestapo z
rozkazu zastępcy szefa Kedywu Okręgu Warszawskiego AK Józefa Rybickiego.
Oto, co pisał w tej sprawie m.in. publicysta "Gazety Wyborczej" (nr z 1-2
czerwca 1996 r.) Jacek Hugo-Bader: "Jurek Wiatr w czasie wojny tracił po
kolei ojca, Boga, matkę i wiarę w rząd polski. To było 22 maja 1943 r.
wieczorem. Ktoś zapukał do drzwi. Otworzył ojciec. Przeszli do pokoju. Po
chwili padły trzy strzały. Pierwszy wbiegł Jurek. Ojciec leżał na podłodze,
obok kartka, że wyrok wykonano w imieniu Polski Podziemnej (...). W 1988 r.
kapitan Stanisław Sosabowski 'Stasinek' opublikował swoje wspomnienia.
Rozkaz wykonania wyroku na inspektorze szkolnym Wiatrze otrzymał od dowódcy
Kedywu Okręgu Warszawskiego AK płk. Józefa Rybickiego 'Andrzeja'. Niemcy
zmusili inspektora do wydania spisu nauczycieli, którzy byli oficerami
rezerwy. Wielu z nich trafiło potem do Oświęcimia. 'Stasinek', który znał
inspektora od dziecka, relacjonuje: 'Pokazałem jednemu z moich ludzi, gdzie
mieszka inspektor. Zapukał do drzwi jako inkasent elektrowni'".
Jerzy Wiatr w rozmowie z redaktorem "Wyborczej" zaprzeczył temu, że władze
podziemne wydały wyrok na jego ojca. Twierdził, iż był przekonany, że "ojca
zabili bandyci" (według "Gazety Wyborczej" z 1-2 czerwca 1996 r.). W numerze
z 6-7 lipca 1996 r. "Gazeta Wyborcza" opublikowała jednak rozstrzygający
całą sprawę list córki zastępcy szefa Kedywu Okręg AK Warszawa Józefa
Rybickiego - Hanny Rybickiej. Pisała ona m.in.: "(...) przedstawiam poniżej
stan sprawy w świetle dokumentów zachowanych w Archiwum Akt Nowych i
Wojskowego Instytutu Historycznego. Wspomniane dokumenty wskazują, że wyrok
na p. Wilhelmie Wiatrze został wykonany w ramach akcji 'C' (czyszczenie),
zarządzonej decyzją Komendy Głównej AK. Jej celem było jednoczesne
zdecydowane uderzenie w sieci agenturalne policji niemieckiej" (podkr. -
J.R.N.). H. Rybicka powołała się przy tym na książkę Tomasza Strzembosza
"Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944" (wyd. PIW 1978, s. 223-224).
Powołała się również na przekazane wiosną 1943 r. szefowi Kedywu KG AK płk.
Emilowi Fieldorfowi ps. "Nil" pismo szefa Kontrwywiadu KG AK Bernarda
Zakrzewskiego, wymieniające wśród osób, które mieli zlikwidować - na 26
miejscu nazwisko podinspektora szkolnego w Warszawie Wilhelma Wiatra.
Wspomnianą listę płk Fieldorf przekazał 5 maja 1943 r. Komendantowi Okręgu
AK Warszawa płk. Antoniemu Chruścielowi "Madejowi" z adnotacją: "Przesyłam
listę agentów gestapo do jak najszerszego wykorzystania w ramach akcji 'C'".
Według Rybickiej: "W niedatowanym sprawozdaniu Komendy Okręgu AK Warszawa
czytamy: 'Melduję wyniki z akcji 'C' według listy otrzymanej z Kedywu. (...)
1... 2... 4. Wiatr Wilhelm dn. 22 V g. 18.30'". W ten sposób córka zastępcy
szefa Kedywu Okręg Warszawa - Hanna Rybicka, udowodniła fałsz twierdzeń J.
Wiatra na temat powodów śmierci jego ojca, agenta gestapo.
Kariera młodego Wiatra
Powróćmy jednak do potomka opisanych powyżej postaci, dziś najbardziej
"wsławionego" z klanu Wiatrów - Sławomira.
Sławomir Wiatr już od dzieciństwa uczulony był na przejawy "polskiego
antysemityzmu". W rozmowie z redaktorem "Gazety Wyborczej" uskarżał się: "Z
polskim antysemityzmem zetknąłem się przed rokiem 1968, w warunkach
piaskownicy. Byłem trochę poniewierany, tak wyglądało moje dzieciństwo na
warszawskiej Starówce i pierwszy etap uświadomienia sobie żydowskiego
pochodzenia".
Od wczesnej młodości, wraz z rodziną bardzo wiele czasu spędzał w Wiedniu.
Przyszły agent PRL-owskiego wywiadu mógł w Wiedniu bardzo wiele się nauczyć.
"Wiedeń jest wtedy światową stolicą szpiegów. Roi się w niej od
przedstawicieli komunistycznych partii i dawnych partyzantek, a także
rezydentów wywiadów państw demokracji ludowej. Wszyscy żyli w braterskiej
komitywie. Bywali u siebie i biesiadowali. Moja lewicowość wyrastała tam,
nie w Polsce" - mówi Sławomir Wiatr (według tekstu J. Hugo-Badera o S.
Wiatrze w "Gazecie Wyborczej" z 24 lipca 1996 r.). Ciągłe pobyty zagraniczne
maksymalnie wyobcowały S. Wiatra z Polski i uczyniły go prawdziwie obojętnym
na jej interesy, jak to później okazał w toku kampanii przedunijnej. Poczuł
się straszliwie ukarany w 1973 r., gdy wyjątkowo nie dostał paszportu z
powodu nagłego politycznego podpadnięcia swego ojca. "Całe nieszczęście
polegało na tym, że musiałem spędzić w kraju wakacje po raz pierwszy i chyba
jedyny" - zwierzał się redaktorowi "Wyborczej".
Od KC PZPR do prounijnego wazeliniarstwa
Młody Wiatr szybko stał się bardzo aktywnym członkiem PZPR, awansując do
rangi sekretarza Komitetu PZPR na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk
Politycznych UW. Tam "popisał się" niechlubnymi działaniami przy
organizowaniu bojówek dla rozbijania nielegalnie działającego tzw.
latającego uniwersytetu. Bojówki zaczęły od prowokowania awantur na
nielegalnych wykładach, ale z czasem zaczęło dochodzić nawet do ich
rozbijania siłą. W drugiej połowie lat 80. Sławomir Wiatr należał do
szczególnie popieranej przez M.F. Rakowskiego i nagłaśnianej w mediach grupy
młodych aktywistów. Sam S. Wiatr zwierzał się o tamtych czasach: "Mieliśmy
wolny dostęp do 'Trybuny', radia i telewizji. Nie było dnia, żeby nas nie
pokazywali w telewizorze". W grudniu 1988 r. S. Wiatr - dzięki L. Millerowi
- zostaje kierownikiem wydziału KC PZPR. Szybko okazał się niebywale pomocny
- dzięki zmysłowi manipulatorskiemu - w czasie słynnej polemiki między
młodymi aktywistami partyjnymi a członkami uczelnianego NZS-u zorganizowanej
w stołówce KC. Cynicznie akcentował: "Spokojnie, towarzysz sekretarz odpowie
na wszystkie pytania, zwłaszcza na te, na które będzie chciał odpowiedzieć".
W 1989 r. M.F. Rakowski powołał go na sekretarza KC PZPR. Wszedł do Sejmu
kontraktowego w 1989 r., ale w ciągu dwóch lat tylko raz odwiedził swoich
wyborców (!).
Przegrana w wyborach 1991 r., gdy kandydował z listy SdRP, skłoniła S.
Wiatra do skupienia się na sprawach biznesowych, w których zyskał ogromnie
korzystne wsparcie partyjne. Wiele mówiące pod tym względem były uwagi w
cytowanym już wcześniej tekście J. Hugo-Badera w "Wyborczej": "Sławomir
Wiatr zakłada firmę Mitpol. Jego wspólnikami są adwokat Mirosław Brych,
przyjaciel Ireneusza Sekuły, obrońca Bagsika, oraz Krzysztof Ostrowski,
zastępca kierownika wydziału zagranicznego KC PZPR. Ostrowski, jak pisał
tygodnik 'Wprost', był jednym z tych, którzy w 1988 r., kiedy PZPR zwątpiła
już we własną przyszłość, wydali zarządzenie nakazujące przelanie partyjnych
zasobów dewizowych z kont w PKO BP na konta w renomowanych bankach
zachodnich. 'Wprost' utrzymuje, że przynajmniej część tych pieniędzy
przejęła potem SdRP, zapoczątkowując budowę potęgi finansowej partii (...).
Mitpol wprowadził na polski rynek ogromny austriacki koncern Billa. Powstaje
firma Billa Polen (znana z sieci supermarketów - J.R.N.). (...) W Billa
Polen, obok Mitpolu i Billi austriackiej, udziały ma austriacka firma
Polmarck, której głównymi udziałowcami są Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel.
Firmą Kuny i Żagla interesują się polska prokuratura i UOP w związku z
nadużyciami w Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. W maju 1993 r.
Zarząd Śledczy UOP badał dokumenty Polmarcku i Billi w warszawskim sądzie
rejonowym.
Z ustaleń sejmowej komisji zajmującej się sprawą Oleksego wynika, że na
terenie Polski w firmie Polmarck zatrudniony był pułkownik rosyjskiego
wywiadu Władimir Ałganow, który prowadził informatora o kryptonimie 'Olin'
(...)".
Znalazł "odpowiednie" wytłumaczenie dla zatrudnienia w Polmarcku szpiega
Ałganowa. "Skąd mogłem to wiedzieć? - mówił. - Dopiero zaczynałem biznes,
nie miałem doświadczenia. Nie mogłem żyć i pracować z założeniem, że wszyscy
wokół nas to potencjalni przestępcy" (według "Rzeczpospolitej" z 4 lutego
2002 r.).
Ciekawe, że szereg firm, w których pracował S. Wiatr, deklarowało wysokie
poniesione straty (Mitpol w 2000 r. - 121,7 tys. zł straty, Alpine Polska -
ponad 210 tys. zł straty na początku 2000 r., stworzona przez S. Wiatra w
1995 r. Press Service - ponad 250 tys. zł straty pod koniec grudnia 1999
r.). Pomimo tych niepowodzeń Wiatrowi zapewniono w 2000 r. miejsce w Radzie
Nadzorczej BRE - m.in. obok byłego szefa UOP Gromosława Czempińskiego i
biznesmena Jana Kulczyka.
W świetle powyższych faktów trudno nie zgodzić się z wysuniętą przez
Antoniego Lenkiewicza oceną: "Droga życiowa i obecna pozycja 'biznesowa'
towarzysza Wiatra Sławomira, najzupełniej jednoznacznie świadczy o tym, że
od wczesnego dzieciństwa (urodzony w 1953 r.) należał do rozpieszczonych i
gruntownie zdemoralizowanych bachorów PRL, że był i pozostał bezideowym
karierowiczem, że w polityce nie jest bynajmniej na uboczu, lecz na
sztabowym stanowisku w SLD".
Jako pełnomocnik rządu ds. informacji europejskiej S. Wiatr należy do osób
szczególnie odpowiedzialnych za potulne przyjmowanie warunków dyktowanych
Polsce przez UE. Otwarcie deklarował na łamach "Tygodnika Powszechnego" z 9
czerwca 2002 r., że "strategia tzw. twardych negocjacji to bzdura".
W roli pełnomocnika rządu ds. informacji europejskiej dopuścił się również
ogromnej biznesowej "stronniczości", łagodnie mówiąc. Wielka część opozycji
sejmowej domagała się jego dymisji po przedziwnym, skandalicznym wręcz
przetargu na produkcję filmów "Unia bez tajemnic", promujących wiedzę o Unii
Europejskiej. Wygrała go Agencja Z&T, której współzałożycielem i dawnym
udziałowcem był rzecznik rządu Michał Tober. Przetarg był dziwnie
uproszczony i przeprowadzony w ekspresowym tempie, przy udziale zaledwie
pięciu firm, z pominięciem licznych innych, dużo bardziej renomowanych.
Zwycięzcą została bardzo mała firma, ale z udziałami SLD-owskiego instytutu.
Jak fatalne knoty propagandowe produkowała, każdy pamięta. Ważne, że znowu
zarobili "kolesie".
Prawdziwym ciosem dla S. Wiatra stała się konieczność ujawnienia w sierpniu
2002 r. tego, że był tajnym i świadomym współpracownikiem służb specjalnych
PRL. W pierwotnym swoim oświadczeniu na ten temat skłamał. Wiedział o tym
premier Miller, ale mimo to mianował S. Wiatra na stanowisko ministerialne
(według B. Wildsteina w "Rzeczpospolitej" z 7 października 2002 r.). I tak
to jakoś dziwnie zamknęło się koło: od agenta gestapo Wilhelma Wiatra do
agenta wywiadu PRL-u Sławomira Wiatra. Ciekawe, że nawet tak niechętna
lustracji "Gazeta Wyborcza" przyznawała w tekście Piotra Stasińskiego z 30
sierpnia 2002 r.: "(...) to wszystko nie oznacza, że ludzie, którzy
przyznali się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL, mają się teraz
hurmem pchać na wysokie stanowiska w państwie. Ich bezwstydu i braku pokory
nie powinien w żadnym razie pieczętować demokratyczny rząd. Co innego
tolerować ludzi związanych ze służbami specjalnymi PRL, a co innego obdarzać
ich przywilejami, awansować i popierać (...). A już zupełnie
nieodpowiedzialne jest powierzanie im funkcji politycznych o kluczowym
znaczeniu dla kraju. Taką sprawą jest promocja Unii Europejskiej".
prof. Jerzy Robert Nowak
Cimoszewicz - syn oficera stalinowskiej Informacji
W październiku 1991 roku doszło do publicznego ujawnienia sprawy
przeszłości ojca obecnego marszałka Sejmu i kandydata na prezydenta RP
Włodzimierza Cimoszewicza. Poseł OKP Jan Beszta-Borowski stwierdził wręcz,
że ojciec Włodzimierza Cimoszewicza był członkiem "organizacji przestępczej"
- Informacji Wojskowej.
Według Beszty-Borowskiego: "Szef Informacji Wojskowej w Wojskowej Akademii
Technicznej o nazwisku Cimoszewicz miał zwyczaj rozmawiania z ludźmi,
trzymając w ręku pistolet i obracając nim na palcu cynglowym. Znany jest
fakt śmierci jednego z podwładnych w wyniku takich rozmów" (cyt. za "Gazetą
Wyborczą" z 11 października 1991 r.). Oświadczenie posła Beszty-Borowskiego
wywołało gwałtowną publiczną ripostę ze strony Włodzimierza Cimoszewicza.
Nazwał Besztę-Borowskiego "załganym łobuzem", a w innym tekście (w "Gazecie
Współczesnej") stwierdził m.in.: "Rozumiem, że dla Borowskiego, jego szefów
i was, nierozumnych dziennikarzy, babrzących się w takich prowokacjach,
wybawcami byli naziści, skoro ci, którzy z nimi walczyli, zasługują na miano
oprawców. Po wojnie mój ojciec przez 30 lat służył w Wojsku Polskim, w tym
także w kontrwywiadzie, instytucji, jaka jest zawsze i w każdej armii. Wy,
którzy opluwacie Go dzisiaj, możecie powołać się tylko na fakt służby w tej
formacji. Nie przytaczacie, bo nie możecie przytoczyć żadnych prawdziwych
zarzutów, dotyczących Jego postępowania. 'Dowody' Borowskiego są łgarstwem"
(cyt. za: Piotr Jakucki "Pułkownik Cimoszewicz", "Gazeta Polska" z 4
listopada 1993 r.).
Oburzony stwierdzeniami W. Cimoszewicza poseł Beszta-Borowski skierował
przeciwko niemu skargę do sądu, przedstawiając dowody prawdziwości swych
zarzutów pod adresem ojca Cimoszewicza. W osobnym liście do "Gazety
Lokalnej" (por. nr 14-15 z 1992 roku) poseł Jan Beszta-Borowski przytoczył
uzupełniające dane na temat życiorysu ojca Cimoszewicza jeszcze przed
objęciem funkcji szefa Informacji Wojskowej na WAT. Pisał: "(...) Oto
przyszły pułkownik Cimoszewicz w czasie wybuchu wojny w 1939 roku, mając lat
22, nie uczestniczy w obronie Polski, nie jest żołnierzem Armii Polskiej
broniącej ojczyzny przed dwoma najeźdźcami. Przeciwnie - już w październiku
1939 r. jest poborcą dostaw obowiązkowych w wołkowyskim Rejnopolnamzakie.
Czyli jest na służbie jednego z zaborców - bolszewików. Rekwirował płody
rolne od polskich rolników na rzecz najeźdźcy". Jakucki w cytowanym
wcześniej artykule powoływał się na zeznania świadka Romualda U., który
zapamiętał M. Cimoszewicza jako "seksota" (tajnego agenta) komisarza kadr,
ówczesnego naczelnika kadr w dziale technicznym parowozowni w Białymstoku. W
1943 roku Cimoszewicz skończył szkołę pracowników politycznych i do końca
wojny był w aparacie politycznym. Od kwietnia 1945 roku robi błyskawiczną
karierę w Informacji Wojskowej - w ciągu 3 lat zostaje komendantem w Głównym
Zarządzie Informacji, kontrolowanym wówczas przez dwóch sowieckich
zbrodniarzy, pułkowników NKWD w Polsce: Wozniesieńskiego i Skulbaszewskiego,
a także szefem Informacji Wojskowej na WAT. Robert Mazurek, autor
interesująco naszkicowanej sylwetki Włodzimierza Cimoszewicza ("Metamorfozy
pana C.", "Życie Warszawy" z 31 marca 1997 r.) pisał, że ojciec Cimoszewicza
"(...) w 1951 r. trafia do Wojskowej Akademii Technicznej. Tam aresztuje
komendanta uczelni gen. Floriana Grabczyńskiego. Z jego rozkazu aresztowano
też kilkunastu oficerów WAT, którzy wcześniej byli w AK". Dokonując tej
bezwzględnej czystki na wyższej uczelni, major Marian Cimoszewicz był w tym
czasie oficerem bez żadnego wykształcenia. Dopiero kilka lat później - w
1957 roku, skończył liceum i zdał maturę (!).
Dodajmy do tego informacje o wcześniejszej roli Mariana Cimoszewicza w
likwidowaniu oddziałów AK - sam się chwalił podczas spotkania z oficerami
akademii, że w 1944 r. zlikwidował oddział AK. Według innych źródeł, w 1946
r. jako oficer IW kierował grupą likwidującą "bandę" Bohuna (za: P. Jakucki,
op. cit.). Cimoszewiczowie zamieszkali w domu na Boernerowie (Bemowo),
odebranym prawowitym właścicielom, których przymusowo wysiedlono z
Boernerowa na początku lat 50. jako "element politycznie niepewny" ("Gazeta
Lokalna" nr 2/104 z lutego 1996 r.). Żona majora M. Cimoszewicza zaczęła
pracę w bibliotece WAT na miejscu poprzedniej pracowniczki tej biblioteki
Ewy Cecetki-Cymerman, zwolnionej nagle bez uzasadnienia w sposób bardzo
ordynarny przez M. Cimoszewicza ("Gazeta Lokalna" z 27 czerwca 1992 r., nr
12-13/42-43). Porównajmy opisane wyżej fakty z gwałtownym zarzucaniem
Beszcie-Borowskiemu łgarstwa przez W. Cimoszewicza i pokrzykiwaniem o tym,
że dla takich jak on "wybawcami byli naziści".
Włodzimierz Cimoszewicz, występując z taką furią przeciw przypominaniu
przeszłości ojca, jako motto do swej książki wybrał stwierdzenie Anny Uchlig:
"Kto przekreśla PRL, ten przekreśla cały mój życiorys". Trzeba przyznać, że
swoją publiczną identyfikację z PRL-em zaczął bardzo wcześnie. Już jako
maturzysta w 1968 roku kategorycznie przeciwstawił się napiętnowaniu
ówczesnych rządów gomułkowskich jako "dyktatury ciemniaków" i uzyskał
wydrukowanie proreżimowego tekstu swego wypracowania maturalnego na łamach
"Życia Warszawy" (por. W. Cimoszewicz "Czas odwetu", Białystok 1993 r., s.
40). Wielu jego rówieśników było w tym czasie "pałowanych" na rozkaz
"ciemniaków". On w pełni utożsamiał się z totalitarną dyktaturą. Jakżeby
mógł inaczej, wychowany pod "opiekuńczymi skrzydłami" pułkownika
Cimoszewicza! Od jesieni 1968 roku studiuje na Wydziale Prawa w Warszawie i
staje się działaczem uczelnianej organizacji Związku Młodzieży
Socjalistycznej. W 1971 roku wstępuje do PZPR, a w 1972 r. zostaje
przewodniczącym ZMS na Uniwersytecie Warszawskim. Wchodzi do władz Komitetu
Uczelnianego PZPR. Nawet swą błyskawiczną karierę w ZMS tłumaczył później
jako swoisty przykład niezależności, twierdząc, że: "Przynależność do ZMS
mogła nawet przeszkadzać" (!!!) (W. Cimoszewicz "Czas odwetu", s. 43) - był
bowiem dużo częściej odpytywany na zajęciach. Kiedy doszło do połączenia -
pomimo protestu wielu studentów - trzech organizacji studenckich w jeden
Socjalistyczny Związek Studentów Polskich (SZSP), należał do zdecydowanych
zwolenników tego połączenia, narzuconego studentom przez partyjną
biurokrację i został... komisarycznym szefem SZSP na UW. Józef Oleksy
wspominał Cimoszewicza z owych czasów jako wręcz zwracającego uwagę swoją
pryncypialnością. Pisał, że wionęło pryncypialnością, gdy tylko Cimoszewicz
wchodził na trybunę. Miał zaledwie dwadzieścia kilka lat, gdy uzyskał
kolejny błyskawiczny awans - został sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR,
akurat w czasie pogłębiającego się kryzysu politycznego późnego Gierka, w
okresie aktywizacji opozycji. O dokonanej przez Gierka zmianie konstytucji
serwilistycznie uzależniającej Polskę od ZSRS wspominał: "Wszyscy mieliśmy
skłonność do usprawiedliwiania miękkiej postawy wobec Związku Radzieckiego,
byliśmy przekonani, że inne zachowania mogłyby być groźne dla Polski". W
sprawie innego posunięcia ówczesnych władz PZPR - zapisania w konstytucji
kierowniczej roli PZPR - szczerze przyznawał: "Nas jako członków PZPR ani to
ziębiło, ani grzało. Nie popadaliśmy przez to w jakiś konflikt sami ze sobą"
(W. Cimoszewicz, op. cit., s. 53). Poczucie bycia członkiem kierowniczej
siły, jak widać, wzmacniało dobre samopoczucie szybko awansującego działacza
partyjnego.
W 1980 roku został wysłany na
3 miesiące do pracy w konsulacie w Malmö. We wrześniu tego roku zaś wyjechał
na stypendium Fulbrighta do USA dzięki decyzji władz PRL, że jego konkurent
do stypendium, Lamentowicz, powinien się wycofać (op. cit., s. 55). Pozostał
wierny PZPR-owi w czasach "Solidarności" i po ogłoszeniu stanu wojennego.
Podczas pobytu na Uniwersytecie Columbia należał do organizacji PZPR przy
konsulacie w Nowym Jorku. W lutym 1982 roku powrócił do pracy na warszawską
uczelnię.
Według informacji z listy Macierewicza, Cimoszewicz w 1980 roku pod
pseudonimem "Carex" został współpracownikiem wywiadu.
Ustosunkowując się do tej sprawy w swej biografii "Czas odwetu", stwierdzał
m.in.: "Z wypowiedzi Czesława Kiszczaka wiedziałem, że w Ministerstwie Spraw
Wewnętrznych istniały możliwości preparowania dokumentów, mających cechy
autentyczności dokumentów antydatowanych. Obawiałem się, że kierownictwo MSW
może zdecydować się nawet na taką awanturę, jak fabrykowanie archiwaliów.
Nie wykluczałem więc, że mogę znaleźć się na liście Macierewicza. Kiedy Olek
Kwaśniewski przedstawił mi dokumenty, z dużym zaskoczeniem zauważyłem, że
byłem odnotowany w aktach polskiego wywiadu (...). Byłem zaskoczony,
ponieważ okazało się, że kontakt, jaki w 1980 roku nawiązał ze mną przed
wyjazdem na stypendium Fundacji Fulbrighta przedstawiciel Ministerstwa Spraw
Zagranicznych, został w tych dokumentach przedstawiony jako kontakt z
wywiadem (...)" (op. cit., s. 25-26).
Alergia na polskość
Po likwidacji PZPR w styczniu 1990 roku Cimoszewicz nie wstąpił do SdRP.
Fakt ten próbowano później częstokroć eksponować jako dowód niezależności
Cimoszewicza i jego opowiedzenie się po stronie prawdziwie reformatorskiej
lewicy. Rację mają jednak raczej ci, którzy sądzą, że Cimoszewicz nie
doceniał wówczas prawdziwej siły postkomunistów z SdRP i nie chciał zostać
wraz z nimi zmarginalizowany.
W czasie kampanii prezydenckiej 1990 roku właśnie Cimoszewicz został
kandydatem postkomunistów na prezydenta. Podobno dlatego, że sam Kwaśniewski
obawiał się wówczas całkowitej kompromitacji wyborczej, jakichś trzech
procent. W tej sytuacji wynik uzyskany przez Cimoszewicza był traktowany
jako duże zaskoczenie - dostał 9 procent głosów, plasując się na czwartym
miejscu za Wałęsą, Tymińskim i Mazowieckim. W latach 1991-1993 nadal
przewodniczył Parlamentarnemu Klubowi Lewicy Demokratycznej. Po sukcesie
wyborczym SLD w 1993 roku Cimoszewicz został wicepremierem i ministrem
sprawiedliwości w rządzie Pawlaka. Jako minister sprawiedliwości zasłynął
głównie akcją "Czyste ręce". W jej ramach ujawnił nazwiska wysokich
urzędników państwowych, którzy biorą równocześnie pieniądze za zasiadanie w
radach nadzorczych firm państwowych. Akcja w rzeczywistości nie zaszkodziła
osobom skrytykowanym przez Cimoszewicza. Mógł jednak odtąd chodzić w nimbie
nieprzekupnego tropiciela gospodarczych patologii.
Resort Cimoszewicza nie mógł się pochwalić żadnymi większymi osiągnięciami;
powszechnie narzekano na fatalne funkcjonowanie sądów i prokuratury.
Cimoszewicz miał na to szczególne wytłumaczenie - twierdził, że podczas
weryfikacji rzekomo wyrzucono najlepszych specjalistów. Po dymisji rządu
Pawlaka nie wszedł do rządu Oleksego. Urażony, że nie zaproponowano mu
wicepremierostwa, nie chciał przyjąć wyłącznie teki szefa resortu
sprawiedliwości. Został wówczas wicemarszałkiem Sejmu.
W nowej sytuacji tym mocniej rozwijał stosunki z lewicowymi środowiskami z
kręgu dawnej tzw. opozycji laickiej, zwłaszcza z Michnikiem, Geremkiem i
Bujakiem. Nieprzypadkowo właśnie "różowi" tzw. Europejczycy stanowili
najbliższych rozmówców Cimoszewicza spoza SLD i SdRP. Głównym efektem tych
zacieśniających się kontaktów stał się głośny artykuł Cimoszewicza i
Michnika, wspólnie apelujących o zakończenie wszelkich rozliczeń PRL-owskiej
przeszłości. Cimoszewicz, podobnie jak Kwaśniewski i inni liczni politycy
SLD, stanowi typ człowieka uodpornionego na takie pojęcia jak polskość,
polski patriotyzm, poczucie polskiego interesu narodowego. Tym, którzy
chcieliby polemizować z moimi tak kategorycznymi sądami w tej sprawie,
polecam uważną lekturę "Czasu odwetu". W tej książce widać aż nadto
wyraźnie, że Cimoszewicz nie mógł się przełamać do napisania jakichś
cieplejszych słów o Ojczyźnie, patriotyzmie, uczuciach narodowych, nie
mówiąc już o trosce z powodu występujących dziś zagrożeń dla Polski i
polskości. Więcej tam za to ataków na wszystko, co się z polskimi uczuciami
narodowymi kojarzy, czy gwałtownego piętnowania rzekomej siły
antyżydowskości w Polsce. Na s. 39 "Czasu odwetu" pisze: "Nie będąc Żydem
poznałem, co to znaczy być nim w Polsce". Na s. 192 insynuuje, iż: "Prawdą
jest niestety, że w naszym społeczeństwie, i to od lewicy do prawicy,
nieustannie można spotkać się z przejawami endemicznego antysemityzmu".
W książce z pasją atakował "niepodległościowe slogany" (s. 13), "narodową
tromtadrację", oczywiście idącą w parze z "zoologicznym antykomunizmem" (s.
270), "polską ksenofobię" (s. 273) etc.
Po dojściu do władzy jak mógł dawał wyraz napadom skrajnego filosemityzmu.
Wystąpienie Cimoszewicza jako premiera RP podczas uroczystości w Kielcach, w
lipcu 1996 r., ku czci ofiar kieleckiej prowokacji z 1946 roku przyniosło
jaskrawy dowód tego, jak bardzo nieważna dla niego jest prawda o historii i
godność własnego kraju. W sprawach stosunków polsko-żydowskich, tak
skomplikowanych i złożonych, po dziesięcioleciach przemilczeń i niedomówień,
postkomunistyczny premier pozwolił sobie na publiczne, obelżywe dla Polaków
stwierdzenia, jednostronnie obciążające ich winą za wszystkie problemy w
stosunkach z Żydami.
Załgany rodowód Adama Michnika
Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś
zachowanie Michnika, podkreślał jego niebywałą skłonność do kłamstwa, to, że
potrafi łgać w żywe oczy, dosłownie iść w zaparte. Trzeba przyznać, że szczyt
łgarstwa osiąga Michnik już przy najnowszych opisach rodowodu swojej rodziny,
kiedy na przykład stara się maksymalnie wybielić postać swego ojca Ozjasza
Szechtera, członka Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej
Ukrainy. Pisze o nim, że czuł się on jak "absolutnie polski Polak" ("Między
panem a plebanem", Kraków 1995, s. 50). Nie wyjaśnia tylko nigdzie, czego ten
"absolutnie polski Polak" szukał w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i
jak zawędrował na sam jej wierzchołek z tą swą rzekomą "dumą z polskiej
tożsamości" (tamże, s. 50).
Przypomnijmy, że Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy konsekwentnie dążyła do
rozbicia Polski, oderwania wielkiej części jej ziem i przyłączenia do już
rusyfikowanej skrajnym sowieckim terrorem wschodniej Ukrainy. Dodajmy, że według
książki H. Piecucha "Akcje specjalne" (Warszawa 1996, s. 76), ten "absolutnie
polski Polak" Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce.
I wchodził wraz z Brystygierową, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem i innymi w
skład wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie.
Według najlepszego jak dotąd opracowania dziejów przedwojennych komunistów pióra
Jana Alfreda Reguły (Mitzenmachera), Szechter, bardzo znany działacz KPZU,
został aresztowany wraz z grupą innych działaczy KPZU jesienią 1930 r. Jak pisze
Reguła: "Oskarżeni sypali innych towarzyszy partyjnych (...). Przodowali w tym
komuniści, zajmujący stanowiska kierownicze (...). Okazało się, że ci
bohaterowie byli skończonymi tchórzami" (J.A. Reguła, Historia Komunistycznej
Partii Polski, Warszawa 1934, s. 243). Michnik w wywiadzie z Danielem
Cohn-Benditem stwierdził: "Mój ojciec był bardzo znanym działaczem
komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu. Po wojnie nie
odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać" (cyt. za: L.
Żebrowski, Paszkwil "Wyborczej", Warszawa 1995, s. 35). Zdaniem Żebrowskiego
(op. cit., s. 35): "Bardziej prawdopodobne jest jednak to, iż z powodu zaszłości
nie powierzono mu wysokich funkcji partyjnych". Ze zwierzeń Michnika w "Polityce
Polskiej" dowiadujemy się również, że od ojca już w pierwszych rozmowach
otrzymał "niezwykle mocny zastrzyk myślenia antyreżimowego". Był to rzeczywiście
"mocny" zastrzyk, jeśli nie przeszkodził Michnikowi już w młodości w działaniu
przez lata w komunistycznym "czerwonym harcerstwie" walterowców, a jeszcze
podczas swego procesu w 1969 r. w gromkich zapewnieniach, że jest komunistą!
Brat - morderca sądowy
W "Między panem a plebanem" (op. cit., s. 50) znajdujemy kolejne łgarstwo
Michnika o ojcu: "Przez wszystkie lata bardzo konsekwentnie unikał peerelowskiej
kariery". Jak więc wytłumaczyć piastowanie przez Ozjasza Szechtera w czasach
stalinowskich stanowiska zastępcy redaktora naczelnego skrajnie serwilistycznego
organu związków zawodowych - "Głosu Pracy" (od 1 stycznia 1951 r. do 11 marca
1953 r.). Ciekawe, że szefem Szechtera w tej gazecie kadłubowych związków
zawodowych był Bolesław Gebert, ojciec obecnego podwładnego Michnika - Dawida
Warszawskiego (Geberta).
Wpływ wychowawczy "wielkiego antykomunisty" Ozjasza Szechtera jakoś nie
zaszkodził w PRL-owskiej karierze starszego brata Adama - mordercy sądowego
Stefana Michnika. Należy on do grupy stalinowskich katów, którzy winni
odpowiadać przed sądem Rzeczypospolitej za zbrodnie przeciwko Narodowi
Polskiemu. Prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz pisał na łamach
"Rzeczpospolitej" (z 18 marca 1996 r.) o kapitanie Stefanie Michniku jako
członku jednej z dwóch grup sędziów najbardziej odpowiedzialnych za mordercze
wyroki. Był on bowiem członkiem grupy sędziów, którzy orzekali wyroki śmierci w
sprawach, w których doszło później do pełnej pośmiertnej rehabilitacji osób
skazanych na śmierć.
Jeszcze jako młody podporucznik Stefan Michnik został dopuszczony do sądzenia
spraw oficerów dużo wyższych od niego stopniem. Niejednokrotnie wchodził do
składów sędziowskich w warszawskim Wojskowym Sądzie Rejonowym, który miał
najwięcej spraw "ciężkiego kalibru" o wielkim politycznym znaczeniu, oczywiście
spraw całkowicie sfabrykowanych. Wyrokował w tzw. sprawach tatarowskich.
Stefan Michnik nie zawiódł pokładanego w nim zaufania. Sądził tak, jak od niego
oczekiwano, nieuczciwie i bezwzględnie, wydając surowe wyroki, w tym wyroki
śmierci na osoby całkowicie niewinne. I został za to dobrze wynagrodzony,
awansując w 1956 r. w wieku zaledwie 27 lat do stopnia kapitana. Jako
podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach majora
Zefiryna Machalli, pułkownika Maksymiliana Chojeckiego, majora Jerzego
Lewandowskiego, pułkownika Stanisława Weckiego, majora Zenona Tarasiewicza,
pułkownika Romualda Sidorskiego, podpułkownika Aleksandra Kowalskiego (por.
"Dokumenty. Mieczysław Szerer. Komisja do badania odpowiedzialności za łamanie
praworządności 10 czerwca 1957", paryskie "Zeszyty Historyczne", 1979, nr 49, s.
156-157, i J. Poksiński, My sędziowie, nie od Boga..., Warszawa 1996, s. 276).
Wydał w tych procesach surowe wyroki, w tym kilka wyroków śmierci.
10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez Michnika
majora Zefiryna Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.).
Stefan Michnik wydał wyroki śmierci również na byłego polskiego attaché
wojskowego w Londynie, pułkownika M. Chojeckiego i na majora J. Lewandowskiego.
Ci mieli więcej szczęścia, wyroku nie wykonano. W przypadku płk. Chojeckiego
zadecydowało to, że wiceminister MBP Romkowski chciał wykorzystać Chojeckiego
jako świadka w innym procesie. Dzięki temu Chojecki dożył 1956 r., a 28 marca
1956 r. jego sprawa została umorzona z powodu całkowitego braku dowodów winy. 8
grudnia 1954 r. zmarł, niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w odbywaniu kary
więzienia, skazany przez Michnika na 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki, były
wykładowca Akademii Sztabu Generalnego, przez dwa lata więzienia torturowany,
pośmiertnie uniewinniony (por. J. Poksiński, TUN, Warszawa 1992 r.). Ciężkie
przejścia więzienne przyspieszyły śmierć innego skazanego przez Michnika (na 12
lat więzienia) płk. Romualda Sidorskiego, byłego naczelnego redaktora "Przeglądu
Kwatermistrzowskiego". W marcu 1955 r. ze względu na bardzo zły stan zdrowia
udzielono mu przerwy w odbywaniu kary; zmarł wkrótce. Został pośmiertnie
zrehabilitowany 25 kwietnia 1956 r.
Wyroki śmierci w głośnych sprawach wysokich oficerów z grupy generała Tatara
wcale nie były jedynymi wyrokami śmierci, które orzekł Stefan Michnik. Tylko że
te inne wyroki - w sprawach oficerów podziemia niepodległościowego, są dużo
mniej znane. Tak jak podpisany przez Stefana Michnika wyrok śmierci na majora
Karola Sęka, który miałem możliwość oglądać w listopadzie 1994 r. na wystawie na
UMCS w Lublinie, uczestnicząc tam w panelu na temat "Żołnierzy wyklętych" (tj.
żołnierzy polskiego niepodległościowego podziemia po 1944 r.). Major Karol Sęk,
artylerzysta spod Radomia, przedwojenny oficer, potem oficer Narodowych Sił
Zbrojnych, został stracony z wyroku sędziego wojskowego Stefana Michnika w 1952
r.
Stefan Michnik "niewiele rozumiał, ale podpisywał wyroki śmierci i czuwał nad
ich wykonaniem". A były to wyroki godzące w najlepszych polskich patriotów. Tak
jak w przypadku kierowanego przez Stefana Michnika wykonania wyroku śmierci na
wspaniałym polskim patriocie Andrzeju Czaykowskim, cichociemnym, powstańcu
warszawskim, zastępcy dowódcy połączonych baonów "Oaza-Ryś" na Mokotowie i
Czerniakowie. Odznaczonym za bohaterstwo w walce z Niemcami Krzyżem Virtuti
Militari. Zamordowano go na Mokotowie 10 października 1953 r. pod nadzorem
porucznika Stefana Michnika (por. opis tej tragedii pióra P. Jakuckiego,
"Zamordowany za patriotyzm", "Gazeta Polska", 20 października 1994 r.).
Hańba domowa
Myślę, że sprawa brata - stalinowskiego zbrodniarza, stanowi jeden z kluczy,
wyjaśniających ciągły flirt Adama Michnika z komunistami po czerwcu 1989 r.
Chodziło o łączący go z nimi równie głęboki strach przed rozliczeniami i pełnym
pokazaniem "hańby domowej" czy "hańby rodzinnej". Mając stalinowskiego kata w
rodzinie, Michnik robił wszystko, aby nie doszło do prawdziwych rozliczeń ze
zbrodniami komunizmu, opublikowania ksiąg hańby, bo uznał to za niezwykle groźne
dla własnej legendy.
Przypomnę tu, że Adam Michnik usprawiedliwiał wyroki wydawane przez swego brata
(nigdzie nie podając jednak, że chodziło o wyrok śmierci) tym, że: "Kiedy
zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziestoparoletnim człowiekiem, który
niewiele rozumiał z tego, co się działo" ("Między panem...", s. 48). Wyjaśnijmy
więc, że młody porucznik Stefan Michnik gorączkowo rwał się do sądzenia w
sfabrykowanych procesach wojskowych nad dużo wyższymi od niego stopniem majorami
czy pułkownikami, bo widział w tym szansę błyskawicznego przyspieszenia swojej
kariery. I rzeczywiście uległa ona radykalnemu przyspieszeniu - już w wieku 27
lat awansował na kapitana.
Przy obrazie rodowodu Adama Michnika warto wspomnieć również o roli jego matki,
zaangażowanej komunistki sprzed wojny - Heleny Michnik. Po wojnie wsławiła się
głównie dogmatycznymi podręcznikami, zalecającymi m.in. jak najskuteczniej
walczyć z religią katolicką. Oto przykładowy fragment jej zaleceń zamieszczony w
"Komentarzu metodycznym dla klasy IX ogólnokształcącej szkoły korespondencyjnej
stopnia licealnego" do podręczników: E. Kosiński "Historia wieków średnich", A.W.
Jefimow "Historia nowożytna", S. Missalowa i J. Schoenbrenner "Historia Polski",
Warszawa 1953 r.: "(...) Nie wystarczy np. powiedzieć, że Kościół był główną
podporą feudalizmu, lecz trzeba to udowodnić. Udowadniać będziecie w ten sposób:
Kościół był główną podporą feudalizmu, ponieważ: 1) głosił, że władza królewska
pochodzi od Boga, a więc poddanym nie wolno się buntować; 2) głosił wieczność
feudalizmu i zasady nierówności społecznej; 3) stosował klątwę kościelną i karał
wszystkich występujących przeciwko nierówności społecznej; 4) urządzał krucjaty
przeciwko ruchom ludowym, np. przeciwko albigensom we Francji, husytom w
Czechach itd.; 5) zwalczał postępową naukę, gdyż podważała ona panujący ustrój (np.
potępienie nauki Kopernika, Galileusza itd.); 6) przez hasło 'błogosławieni
maluczcy duchem' utrwalał ciemnotę i zacofanie mas ludowych; 7) głosząc, że ci,
którzy cierpią na tym świecie, będą zbawieni po śmierci, rozbrajał rewolucyjną
walkę mas ludowych" itd. Adam Michnik twierdził, że jego matka wywodziła się z
"całkowicie spolonizowanej żydowskiej rodziny", pisał o jej "całkowitej
identyfikacji z polskością" ("Między panem...", s. 46-47). Nie wyjaśnił tylko,
jak pod opieką takich patriotycznych rodziców - ojca jakoby absolutnie
"polskiego Polaka" i matki "całkowicie identyfikującej się z polskością" - on
sam już w młodości stał się narodowym nihilistą ("Między panem...", s. 91).
Pisał sam o sobie, że był narodowym nihilistą i rzekomo przestał nim być po
marcu 1968 r.
Komunistycznemu rodowodowi Michnika towarzyszyły odpowiednie splendory -
wielkie, eleganckie mieszkanie w gęsto obsadzonej przez zaufanych towarzyszy z
partyjnej i bezpieczniackiej elity Alei Przyjaciół w Warszawie, dokładnie w tym
samym domu, w którym mieszkał były stalinowski minister bezpieczeństwa Stanisław
Radkiewicz (por. "Wprost", 22 listopada 1991 r.).
Gebertowie: od agenta Kominternu do fanatycznego tropiciela "polskiego
antysemityzmu"
Postacie z rodu Gebertów szczególnie dobrze ilustrują dwie
przepoczwarzające się postawy zajadłej niechęci do polskiego patriotyzmu i
polskości w kręgach dużej części lewicowej inteligencji żydowskiej. Bolesław
Gebert - ojciec, agent Kominternu, był symbolicznym wręcz typem zdrajcy z
żydokomuny, zajadle spiskującego na rzecz zguby Polski i oddania jej w ręce
Kremla. Konstanty Gebert - syn (Dawid Warszawski), redaktor "Gazety
Wyborczej", jest nader typowym przykładem dużo bardziej wyrafinowanego nurtu
przeciwników polskości i Kościoła; nurtu specjalizującego się w nagłaśnianiu
oskarżeń przeciwko rzekomemu "polskiemu i chrześcijańskiemu
antysemityzmowi". Swoimi atakami - "donosami na Polskę" - za granicą
wzmacnia międzynarodową ofensywę antypolonizmu.
Bolesław Gebert (senior) był starym agenturalnym działaczem komunistycznym,
jednym ze współzałożycieli agenturalnej ekspozytury Kremla na kontynencie
północnoamerykańskim - Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych. Już w
początkach swych agenturalnych działań w USA zhańbił się nader aktywnym
udziałem w akcji przeciw Polsce, śmiertelnie zagrożonej w 1920 roku
sowieckim najazdem na Warszawę, który miał bolszewizm zaprowadzić "po trupie
Polski" do Europy. Aż dziwne, że przede mną nikt z patriotycznych polskich
autorów nie przypomniał tego ponurego epizodu z życia agenta Geberta. I to
pomimo że on sam chlubił się nim na łamach wydanej w czasach Jaruzelskiego
przez siebie książki wspomnieniowej, skądinąd wypełnionej najbardziej
obskurną komunistyczną propagandą. Opisując swoją rolę w 1920 roku,
stwierdzał m.in.: "Byliśmy jedyną grupą wśród Polonii, która zwalczała
wspieraną przez imperialistów rosyjską kontrrewolucję. Pozostała prasa
polonijna popierała wyprawę Piłsudskiego i prowadziła kampanię na rzecz
kupowania obligacji rządu polskiego na finansowanie wojny z Krajem Rad.
Akcję prowadzono pod hasłem 'Bij Bondem [tj. obligacją] bolszewika'. Rząd
polski usiłował sprzedać w USA i wśród Polonii obligacje na sumę 50 milionów
dolarów. Zwalczaliśmy tę akcję i odnosiliśmy rezultaty". Anty-Polak
kominternowiec tak chwalił się tym, że osłabiał akcję wsparcia dla
zagrożonej Polski wśród amerykańskiej Polonii.
Walory Geberta jako członka amerykańskiej agentury Kremla wyraźnie rosły w
miarę lat, bo już w sierpniu 1932 roku został wydelegowany jako jeden z
dwóch przedstawicieli Komunistycznej Partii USA na XII plenum Komitetu
Wykonawczego Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie. Było to już
szczególnie znaczące prestiżowe docenienie roli B. Geberta w podkopywaniu
demokratycznego systemu władzy w USA na usługach Kremla. W końcu trafiono na
trop wywrotowej działalności B. Geberta w USA i 12 maja 1934 roku skazano go
na deportację ze Stanów Zjednoczonych do Polski. Polskie MSZ odrzuciło
jednak możliwość przyjęcia takiego "nabytku" przez Polskę, powołując się na
to, że Gebert nigdy nie wystąpił o obywatelstwo polskie. Władze sowieckie
też nie zgodziły się na jego deportację z USA do ZSRS, chcąc, by pozostał
dla nich użyteczny w Stanach Zjednoczonych. Wykorzystując niedbałość
amerykańskich tajnych służb, B. Gebert mógł dalej działać na szkodę USA dla
Sowietów, zyskując jako tajny agent NKWD pseudonim "Ataman". Zdaniem Rafała
Brzeskiego ("Nasza Polska" z 28 maja 2002 r.), Gebert wyspecjalizował się w
"prowadzeniu agentów pochodzących z mniejszości etnicznych".
Po napaści sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku B. Gebert kolejny raz
"zabłysnął" w polakożerczych akcjach na terenie USA. Występując na wiecach,
z werwą usprawiedliwiał dobicie Polski przez Związek Sowiecki w bandyckiej
spółce z III Rzeszą. Polonijny "Dziennik Zjednoczenie" z oburzeniem pisał o
tej polakożerczej roli Geberta, stwierdzając m.in.: "W pisaniu głupstw
prześcignął wszystkich niejaki B.K. Gebert, członek Krajowego Komitetu
Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych, który w języku polskim opowiadał
o raju, w jakim dziś żyje lud rosyjski".
Wzrastającą rolę Geberta jako bardzo aktywnego agenta KGB w USA szeroko
opisano w wydanej w 1999 roku w USA książce Johna Earla Haynesa i Harveya
Klehra "Venona - zdemaskowanie sowieckich agentów w Ameryce". B. Gebert
umiejętnie kamuflował swoje działania, stając się jednym z czołowych
działaczy prosowieckiego amerykańskiego Kongresu Słowiańskiego. Organizował
inspirowane w duchu prokomunistycznym kongresy Słowian amerykańskich w
Detroit, Pittsburgu i Nowym Jorku. W 1946 roku FBI kolejny raz zwróciło
uwagę na Geberta, uznając za szczególnie niebezpieczną jego rolę jako
sekretarza generalnego radykalnej kryptokomunistycznej organizacji o nazwie
Międzynarodowy Porządek Robotniczy. Zagrożony aresztowaniem w 1947 roku
Gebert pospiesznie ucieka ze Stanów Zjednoczonych, odpływając na pokładzie
"Batorego" do Polski. Zbigniew Błażyński, który opracował słynne "wyznania"
byłego wicedyrektora departamentu w MPB Józefa Światły, ogłoszone na falach
Radia Wolna Europa, tak pisał o opisanej przez Światłę ówczesnej roli
Geberta w Polsce: "(...) wyrasta od razu na sztandarowego człowieka reżimu w
ruchu tak zwanych związków zawodowych. Wchodzi do Centralnej Rady Związków
Zawodowych, zostaje redaktorem 'Głosu Pracy', obejmuje nawet stanowisko
zastępcy sekretarza generalnego komunistycznej Światowej Federacji Związków
Zawodowych. Reżim używa go do akcji propagandowej w związkach zawodowych na
Zachodzie (...)" (cyt. za: Z. Błażyński "Mówi Józef Światło. Za kulisami
bezpieki i partii 1940-1955", Londyn 1985, s. 167).
Szpiegowany przez własną żonę
Kremlowscy działacze zawsze mieli jednak dużo nieufności wobec tych agentów
komunistycznych, którzy spędzili wiele lat na Zachodzie. Tego typu
podejrzliwość odbiła się również i na B. Gebercie. Józef Światło wspominał w
swych "wyznaniach": "Znałem Bolesława Geberta osobiście. Wkrótce po swym
przyjeździe do Polski Bolesław Gebert zaczął być podejrzewany, że jest
rzekomo agentem amerykańskim. Na rozkaz Moskwy został usunięty z Rady
Światowej Federacji Związków Zawodowych. Ministerstwo Bezpieczeństwa
śledziło go dniem i nocą. Podesłało mu swoją agentkę, Krystynę Poznańską,
która została jego kochanką, aby tym lepiej mogła go śledzić. Otóż Bolesław
Gebert nie wiedząc o tym, ożenił się z Krystyną Poznańską. Ministerstwo
Bezpieczeństwa pozwoliło jej na małżeństwo, aby w roli żony mogła jeszcze
lepiej śledzić Bolesława Geberta jako męża. O tym wszystkim Bolesław Gebert
nie wiedział i dowiedział się dopiero z mojego zeznania przed komisją
kongresową w Milwaukee w Stanach Zjednoczonych" (op. cit., s. 168).
Sam Błażyński pisał (op. cit., s. 168): "Rolę opiekunki Geberta z ramienia
dziesiątego departamentu pełniła wiernie i skwapliwie Krystyna Gebertowa
jako żona, która codziennie niemal raportuje swym przełożonym o zachowaniu
się, kontaktach i działalności swego męża (...) stary komunista Bolesław
Gebert ma więc także swoją kartotekę obciążającą w dziesiątym departamencie
Ministerstwa Bezpieczeństwa. Dokumenty w tej kartotece i uzupełniające
raporty jego żony czekają tylko na odpowiednią chwilę, kiedy nagle Gebert
przestanie być użyteczny i przydatny dla propagandowych celów reżimu". Można
tylko współczuć synowi Bolesława Geberta, dzisiejszemu redaktorowi
"Wyborczej" - Konstantemu Gebertowi (Dawidowi Warszawskiemu), że wychowywał
się w tak paskudnej atmosferze, gdy jego własna matka szpiegowała jego ojca.
Trudno ocenić rany, jakie to odcisnęło na jego psychice, gdy dowiedział się
z zeznań Światły o tej tak haniebnej roli swojej matki. A musiał się
dowiedzieć, bo trudno wprost przypuścić, by tak upolityczniony członek
lewicowej opozycji nie czytał podstawowego wręcz dokumentu, jakim były
"wyznania" Światły "Za kulisami bezpieki". Warto tu dodać, że Leszek
Żebrowski pisał o wspomnianej Krystynie Gebert (z domu Poznańskiej), iż była
chorążym UB i "organizatorką jednego z najokrutniejszych Wojewódzkich
Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego (w Rzeszowie) w latach 1944-45" (wg L.
Żebrowskiego "Ludzie UD - trzy pokolenia", "Gazeta Polska" z 30 września
1993 r.).
Antypolonizm Dawida Warszawskiego
Zrozumienie powyższych uwarunkowań (matka K. Geberta szpiegująca swego
męża), które mogły nader boleśnie i deformująco oddziałać na psychikę
Konstantego Geberta (Dawida Warszawskiego), nie może jednak usprawiedliwiać
jego tak zajadłych fobii wobec polskiego patriotyzmu i Kościoła i wynikłych
stąd ogromnych szkód, jakie wyrządził obrazowi Polski za granicą.
Wielokrotnie już pisałem w różnych książkach i artykułach na temat
rozlicznych antykatolickich i antypolskich "wyczynów" D. Warszawskiego.
Dlatego tutaj - ze względów objętościowych - ograniczę się do wyliczenia
tylko kilku charakterystycznych przykładów jego poczynań. Warszawski
niejednokrotnie narzekał na rzekomy polski "antysemityzm" i brak
odpowiedniej gotowości polskich katolików do dialogu z Żydami. Sam zaś
"najlepiej" pokazał, jak rozumie ten "dialog" już w 1989 r., wulgarnie i
oszczerczo atakując Prymasa Polski Józefa Glempa na łamach wychodzącego w
Stanach Zjednoczonych żydowskiego czasopisma "Tikkun". Nazwał tam poglądy
Prymasa Polski "aroganckimi i głupimi" - dość szczególny przejaw "skłonności
do dialogu" ze strony członka gminy żydowskiej (!).
26 lipca 1996 r. Warszawski opublikował na łamach dodatku "Ex Libris" do
"Życia Warszawy" jeden z najbardziej paszkwilanckich tekstów, gruntownie
zafałszowujących historię stosunków polsko-żydowskich. Twierdził tam m.in.,
że przed wojną jakoby niemal żaden Żyd nie mógł zostać wyższym oficerem w
Polsce, tak silna była dyskryminacja Żydów. Okazało się, że Warszawski jest
tak leniwy, że nie czyta dokładnie nawet współredagowanej przez niego
"Gazety Wyborczej". Mógłby się bowiem z niej dowiedzieć, że w Katyniu
zginęło ok. 400 oficerów Żydów z pochodzenia. Wyjątkowo niebezpieczne dla
obrazu Polski i Kościoła katolickiego w Polsce okazały się rozliczne
"donosy" Warszawskiego na Polskę na użytek zagraniczny, w stylu cytowanego
już wcześniej tekstu publikowanego w "Tikkun". Warszawski szczególnie mocno
nasilił swą kalumniatorską działalność tego typu przy okazji "Sąsiadów"
Grossa. Między innymi w artykule publikowanym w niemieckim "Die Welt" pisał,
że: "Polacy powinni swoje zbrodnie na Żydach zaakceptować jako część własnej
historii" (cyt. za korespondencją W. Maszewskiego z Hamburga "Warszawski
szkaluje Polaków", "Nasz Dziennik" z 18 lipca 2002 r.).
Dawid Warszawski stał się czołowym wyrazicielem żydowskiego
nacjonalistycznego triumfalizmu w Polsce, przekonania, że mniejszość
żydowska powinna odegrać rolę dominującą. Jakże wymowne pod tym względem
były jego uwagi zamieszczone na łamach amerykańskiego miesięcznika "Moment"
w 1998 roku w artykule pt. "By 2050 Poland will become an economic
powerhouse with Polish Jews as its drawing force" (Przed 2050 r. Polska
będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami jako jej siłą napędową).
Warszawski pisał tam m.in.: "Do roku 2000 Polska będzie miała społeczność
żydowską liczącą około 30 000 osób, sześć razy większą niż w 1989 r., kiedy
to żydowskie odrodzenie rozpoczęło się na serio. (...) W swej determinacji
przystąpienia do Unii Europejskiej i wyzbycia się przekonań politycznych,
które czyniły naród polski zakładnikiem historii przez 2000 lat, młodzi
Polacy porzucili zarówno złe, jak i dobre tradycje. Wolą uczyć się
niemieckiego niż historii wojen z Niemcami. (...) Antysemityzm został
zmarginalizowany do księżycowych peryferii. Zarazem całe połacie tożsamości
narodowej i tradycji zostały zapomniane (...). W roku 2010 żydowscy
profesorowie zdominują wydziały polskiej historii i tradycji na
uniwersytetach [podkr. - J.R.N.] (...). Polskie lobby żydowskie wkrótce
wzrośnie w siłę powiązaną z zadziwiającym rozwojem polskiej gospodarki
(...). W połowie przyszłego wieku Polska stanie się kontynentalną potęgą
gospodarczą, a polscy Żydzi, w całej Europie, będą jej siłą przewodnią
[podkr. - J.R.N.] (cyt. za: T. Pająk "A Naród śpi!", wyd. II, Tomaszowice
2002, s. 291-292).
Przewaga liberalno-lewicowych mediów, popierających ofensywę anty-wartości, sprzyjała tworzeniu dość specyficznie wylansowanych idolów. I tak np. kosztem przemilczanej ogromnej pracy charytatywnej katolickiego Caritasu starano się maksymalnie wyeksponować jako największego specjalistę od dobroczynności Jerzego Owsiaka. Jego chwalcom nie przeszkadzało i to, że koszty darmowej reklamy dawanej przez telewizję i radio oraz inne media owsiakowej Wielkiej Orkiestrze wielokrotnie przewyższały pieniądze uzyskane przez nią ze zbiórek. Ani to, że zarówno zbiórki pieniężne, jak i sposób wydawania zbieranych przez Owsiaka pieniędzy nie miały żadnej należytej kontroli. W oczach lewicowych mediów Owsiak miał jedną ogromną „zaletę", która przesłaniała wszystko inne: głosił i realizował ideologię maksymalnego „luzu", zasadę „róbta, co chceta". A poza tym milcząc o złach komunizmu przy różnych okazjach dawał do rozumienia, że siewcami zła są różni faszyzujący prawicowcy. W reputacji takiego idola nie przeszkadzały nawet jego przechwałkowe opowieści o tym, jak to kiedyś w szkole przebijał nauczycielom opony w samochodach czy palił dzienniki szkolne, a jednak wyrósł na „wielkiego człowieka". Lewicy tym mocniej podobały się przy tym różne wyraźne przejawy niechęci Owsiaka do Kościoła katolickiego, gniewne odrzucanie lokowania „Przystanku Jezus" w pobliżu jego „Przystanku Woodstock", za to tym gorliwsze wspieranie „Hare Kriszny". Dopiero niedawno, 31 stycznia 2004 r., Maja Narbutt ujawniła w „Rzeczpospolitej" fakt, że to dom rodzinny zaszczepił w nim, oględnie mówiąc, sporą rezerwę wobec Kościoła. Deklarujący się jako „niechodzący do kościoła katolik", wychował się w ateistycznym środowisku —partyjny ojciec byt wysoko postawionym milicjantem, niepartyjna matka była osobą niewierzącą (podkr. - J.R.N.) I znów lewicowy rodowód u źródła!
Po czerwcu 1989 r. doszło do wyjątkowo silnego wzmocnienia lobby antypatriotycznego w mediach. Wiele pomogły tu zręczne manipulacje niektórych członków Komisji Likwidacyjnej RSW Prasa. Przeciwnicy polskiego patriotyzmu uzyskali po 1988 r. nowe bardzo wpływowe trybuny działania. Przede wszystkim kierowaną przez Michnika „Gazetę Wyborczą". Trudno wręcz w pełni opisać szkody wyrządzone przez nią polskiej świadomości narodowej i Kościołowi. Dodajmy do tego rolę odgrywaną przez „Nie" Urbana w niszczeniu polskiej świadomości narodowej i lżeniu katolicyzmu oraz dalsze wzmocnienie po 1989 r. takich form partyjnych „Europejczyków" jak „Polityka" i „Wprost" oraz ich otwarte, już bez maski występowanie przeciw Kościołowi i polskiemu patriotyzmowi. Z tym wszystkim wiązał się dokonany po cichu i nie zauważony przez ogromną część osób proces dogorywania i likwidacji po 1989 r. czasopism oficjalnie wydawanych, o bardziej narodowej opcji (w tym także niektórych czasopism PZPR-owskich w tym stylu). Padły między innymi „Życie Literackie", „Przegląd Tygodniowy", „Stolica", krakowskie „Zdanie", „Tygodnik Kulturalny", „Kierunki", „Tygodnik Demokratyczny", „Kurier Polski", „Słowo - Dziennik Katolicki". „Przegląd Tygodniowy" wznowiono po kilku latach, ale już w rękach nienarodowej opcji, z tak eksponowanymi autorami jak KTT czy A. Małachowski. „Gazetę Krakowską", która mimo że była organem partyjnym, zamieściła w 1989 r. artykuł prof. Borkackiego w obronie karmelitanek, przejęli później całkowicie ludzie z Unii Wolności, etc. Dodajmy do tego umacnianie się w polskich mediach obcych właścicieli, a w szczególności przejęcie bardzo dużej części polskiej prasy przez Niemców na Pomorzu i na Śląsku. Wszystko to razem zadecydowało o ogromnym umocnieniu antypatriotycznego lobby w polskich mediach.