
Leszek Balcerowicz — pod batutą Sorosa i Sachsa
Włodzimierz Cimoszewicz — „Czyścioszek"
Stanisław Ciosek - od Politbiura do ambasadora III RP
Bronisław Geremek — unijny guru
Wojciech Jaruzelski — urodzony w postawie „na baczność"
Jacek Kuroń — trzeźwy inaczej
Aleksander Kwaśniewski — prawie magister
Aleksander Małachowski — faryzeusz w skórze moralisty "
Adam Michnik - „Eurołgarz"
Krzysztof Skubiszewski — Papkin w MSZ
Andrzej Szczypiorski - stachanowiec antypolonizmu
Marcin Swięcicki — Od sekretarza KC PZPR do Unii Wolności
Tadeusz Zieliński — rzecznik praw „lewej nogi"
Adam Michnik „Eurołgarz"
W maju 1995 roku doszło do otwartego, bezpośredniego starcia Adama Michnika z
przedstawicielami śląskich górników. Michnik przybył wówczas, by zeznawać w
obronie byłego szefa MSW - gen. Czesława Kiszczaka, oskarżonego o przyczynienie
się do śmierci 9 górników z kopalni „Wujek" i zranienie 25 górników z kopalni
„Manifest Lipcowy". Widząc Michnika przyjacielsko witającego się z Kiszczakiem,
związkowcy śląskiej „Solidarności" zapytali go jak może podawać rękę mordercy
górników z „ Wujka"? Górników, którzy strajkowali po to, by wypuszczono
internowanych w stanie wojennym, takich jak Michnik. I dodali: Mamy prawo
sądzić, że jest pan kupiony. Półtora roku później w Gazecie Wyborczej z 17 XII
1996 r. Michnik gwałtownie zaatakował oświadczenie Komisji Krajowej
„Solidarności", domagającej się, by wreszcie stało się zadość tak długo
oczekiwanej sprawiedliwości w sprawie zamordowania górników z kopalni „Wujek".
Dla Michnika żądanie Nadzwyczajnego Trybunału rozliczenia stanu wojennego jest
czymś wyjątkowo niegodziwym, jest drwieniem z cierpień tych, którzy zginęli. Za
to nie jest dla niego drwieniem dotychczasowa parodia wymiaru sprawiedliwości i
bezkarność zbrodniarzy, odpowiedzialnych za śmierć górników z „Wujka" i jakże
wiele innych PRL-owskich zbrodni. Jak zrozumieć ten tak nikczemny komentarz
człowieka, który kiedyś był jednym z idoli dla wielu osób ze środowisk
„Solidarności"? Prezentowany niżej tekst jest próbą pokazania uwarunkowań,
które wpłynęły na taką postawę Michnika, prawdziwego homo sovieticus, który
nigdy faktycznie nie wyzwolił się spod ducha skrajnej komunistycznej
nietolerancji wobec wszystkich inaczej myślących.
Niewiele osób w Polsce może się „poszczycić" takim, jak Michnik zafałszowaniem
swego życiorysu, równie starannym przemilczaniem rzeczy wstydliwych i
eksponowaniem „blasków". Czyż można się jednak temu dziwić w przypadku osoby
przez ponad osiem i pół roku kierującej najpotężniejszą trybuną prasową, jaką
jest GW i korzystającej z ciągłej reklamy, robionej mu przez wdzięcznych
podwładnych? Dziennikarka Irena Lasota, niegdyś bardzo bojowa towarzyszka
Michnika w ruchu marcowym 1968 roku, w listopadzie 1991 r. w obszernym,
udokumentowanym artykule wyraziła całe swe obrzydzenie nieustającym
reklamowaniem Michnika na łamach jego własnej gazety (I. Lasota: Niewidzialny
redaktor, Tygodnik Solidarność l XI 1991 r.). Niewiele się odtąd zmieniło.
Uznany w swoim czasie przez Żydów amerykańskich za „Żyda roku" i
super-Europejczyka przez polskie lobby filosemickie, Michnik wciąż cieszy się
wyjątkową klaką w najbardziej wpływowych mediach. By przypomnieć choćby serię
ośmiu czy dziewięciu audycji telewizyjnych Jerzego Markuszewskiego, puszczanych
wieczorami ku skrajnemu zanudzeniu telewidzów. Sam Michnik doszedł wręcz do
krańców próżności i samouwielbienia, i potrafi już tylko zapewniać, iż nie ma
cienia wątpliwości, że Jezus go umiłował (GW24-26 XII 1994 r.).
Pochodzę z żydokomuny
Środowisko G W od lat z niezwykłą zaciętością zwalcza wszelkie przejawy
stosowania pojęcia „żydokomuna", piętnując je jako przejaw antysemityzmu. Cóż,
komunizm stał się rzeczą bardzo wstydliwą i teraz już nikt nie chce się do niego
przyznać ani Jaruzelski, ani Kwaśniewski czy Rakowski. Bardzo wstydliwe stało
się też pojęcie żydokomuny. Tym ciekawsze na tym tle może być więc
przypomnienie wypowiedzi Michnika z 1988 roku, a więc jeszcze przed światowym
załamaniem się komunizmu. W nowej sytuacji Michnik potrafił jeszcze szczerze
wyznawać w katolickim piśmie Powściągliwość i Praca (nr 6, 1988 r.): (...) Jak
na pewno wiecie, środowiskiem, z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To
jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk
żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś
więcej niż przynależność do partii to oznaczało przynależność do pewnego
języka, do pewnej kultury, fobii, namiętności. Niejednokrotnie spierając się z
moimi kolegami, którzy wywodzili się z podobnego środowiska właśnie w
kontekście dyskusji o mojej książce — mówiłem im: zastanówcie się, jak trudno
jest wam wziąć się za łeb z syndromem żydokomuny l Dlaczego? Dlatego, że
widzicie nie tylko paskudztwo jego skutków, ale też wszystkie żeby tak rzec
realne wartości motywacyjne, które niesie: nadzieję na sprawiedliwość społeczną,
przekonanie dłużników, że trzeba się angażować po to, aby zmieniać świat i
czynić go lepszym... Do tego wszystkiego jesteście przywiązani i nie godzicie
się na zniszczenie całej tej tradycji en bloc(...).
Trzeba przyznać, że w tym cytacie Michnik jawił się już jako ktoś znacząco
wyprzedzający myślowo swoje środowisko, ciągle jeszcze (w 1988 roku!) przekonane
o wartości tradycji żydokomuny i jej broniące. I dopiero Michnik musiał je
przekonywać o tym, że tradycja ta jest bardzo niewygodna i konieczna do
odcięcia. Oczywiście do odcięcia tylko słownego, na pokaz, bo sam komunizm
pozostał dla Michnika czymś, co dalej jakże uparcie lubi idealizować. Z jakimż
rozczuleniem wspominał w początkach 1992 roku w rozmowie z generałem
Jaruzelskim, fałszywie generalizując: Najświatlejsze umysły na Zachodzie
popierały komunizm (G W25-26 IV 1992 r.).
Fałszywie generalizując, bo można wyliczyć cały szereg najświatlejszych umysłów
na Zachodzie od Camusa po Orwella, Dos Passosa i Steinbecka, które nie tylko,
że nie popierały komunizmu, ale go gorąco zwalczały. Nie mówiąc o traktujących
komunizm z odrazą najświatlejszych umysłach na Wschodzie od Pasternaka,
Bułhakowa i Sołżenicyna, poprzez Tatarkiewicza i Herberta po Kodalya.
Załgany rodowód
Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie Michnika, podkreślał jego
niebywałą skłonność do kłamstwa, to, że potrafi łżeć w żywe oczy, dosłownie iść
w zaparte. Trzeba przyznać, że szczyt łgarstwa osiąga Michnik już przy
najnowszych opisach rodowodu swojej rodziny. Kiedy na przykład stara się
maksymalnie wybielić postać swego ojca Ozjasza Szechtera, członka Komitetu
Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. I pisze o nim, że czuł się
on jak absolutnie polski Polak (Między Panem a Plebanem, Kraków 1995, s. 50).
Nie wyjaśnia tylko nigdzie, co ten absolutnie polski Polak szukał w
Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i jak zawędrował na sam jej wierzchołek
z tą swą rzekomą dumą z polskiej tożsamości (tamże, s. 50). Przypomnijmy, że
Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy konsekwentnie dążyła do rozbicia Polski,
oderwania wielkiej części jej ziem i przyłączenia do już rusyfikowanej skrajnym
sowieckim terrorem wschodniej Ukrainy. Dodajmy, że według książki H. Piecucha:
Akcje specjalne (Warszawa 1996, s. 76), ten absolutnie polski Polak Ozjasz
Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce. I wchodził wraz z
Brystygierową, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem i innymi w skład wydzielonej
komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie.
Komuniści - konfidenci
Według najlepszego jak dotąd opracowania dziejów przedwojennych komunistów pióra
Jana Alfreda Reguły (Mitzenmachera), Szechter, bardzo znany działacz KPZU,
został aresztowany wraz z grupą innych działaczy KPZU jesienią 1930 r. Jak
pisze Reguła: Oskarżeni sypali innych towarzyszy partyjnych (...) przodowali w
tym komuniści, zajmujący stanowiska kierownicze (...) okazało się, że ci
bohaterowie byli skończonymi tchórzami (J.A. Reguła: Historia Komunistycznej
Partii Polski, Warszawa 1934, s. 243). Michnik w wywiadzie z Danielem
Cohn Benditem stwierdził: Mój ojciec byl bardzo znanym działaczem
komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu. Po wojnie nie
odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać (cyt. za: L.
Żebrowski: Paszkwil „ Wyborczej", Warszawa 1995, s. 35). Zdaniem Żebrowskiego
(op. cit., s. 35): Bardziej prawdopodobne jest jednak to, iż z powodu zaszłości
nie powierzono mu wysokich funkcji partyjnych.
Według Adama Michnika kapo wojnie jego ojciec rzekomo już nie wierzył w komunizm,
doskonale wiedział, że cały realny socjalizm to wielkie świństwo i paskudztwo
(op. cit., s. 53). A nawet według zwierzeń Michnika o ojcu: Miał on poglądy
straszliwie antyreżimowe, antysowieckie, a w związku z tym antykomunistyczne
(według: Polityka Polska, grudzień 1990, s. 34). I ten wielki antykomunista
Ozjasz Szechter, który uważał realny socjalizm za wielkie świństwo, po wojnie
jednak wstąpił do PZPR. Gdy ksiądz Tischner zdziwiony zapytał Michnika o to:
Zapisał się, chociaż nie wierzył? Michnik odpowiednio „wyjaśnił": Absolutnie
nie wierzył, ale potem to sobie racjonalizował. Skoro nic się nie da poradzić na
sowiecką przemoc... (Między Panem... op. cit., s. 51). Ze zwierzeń Michnika w
Polityce Polskiej dowiadujemy się również, że od ojca już w pierwszych
rozmowach otrzymał niezwykle mocny zastrzyk myślenia antyreżimowego. Był to
rzeczywiście „mocny" zastrzyk, jeśli nie przeszkodził Michnikowi już w młodości
w działaniu przez lata w komunistycznym „czerwonym harcerstwie" walterowców, a
jeszcze podczas swego procesu w 1969 r. w gromkich zapewnieniach, że jest
komunistą!
Brat - morderca sądowy
W Między Panem a Plebanem (op. cit., s.50) znajdujemy kolejne łgarstwo Michnika
o ojcu: Przez wszystkie lata bardzo konsekwentnie unikał peerelowskiej kariery.
Jak więc wytłumaczyć piastowanie przez Ozjasza Szechtera, w czasach
stalinowskich, stanowiska zastępcy redaktora naczelnego skrajnie
serwilistycznego organu związków zawodowych Głosu Pracy (od l stycznia 1951
do 11 marca 1953). Ciekawe, że szefem Szechtera w tej gazecie kadłubowych
związków zawodowych był opisany bardzo negatywnie przez Światłe Bolesław
Gebert, niegdyś jeden z czołowych działaczy Komunistycznej Partii Stanów
Zjednoczonych, a w latach 60. ambasador PRL w Turcji, ojciec obecnego
podwładnego Michnika - Dawida Warszawskiego (Geberta).
Wpływ wychowawczy wielkiego antykomunisty Ozjasza Szechtera jakoś nie
zaszkodził w PRL-owskiej karierze starszego brata Adama mordercy sądowego
Stefana Michnika. Należy on do grupy stalinowskich katów, którzy winni
odpowiadać przed sądem Rzeczypospolitej za zbrodnie przeciwko narodowi
polskiemu. Prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz pisał na łamach
Rzeczypospolitej (z 18 marca 1996) o kapitanie Stefanie Michniku jako członku
jednej z dwóch grup sędziów najbardziej odpowiedzialnych za mordercze wyroki.
Był on bowiem członkiem grupy sędziów, którzy orzekli wyroki śmierci w
sprawach, w których doszło później do pełnej pośmiertnej rehabilitacji osób
skazanych na śmierć.
Jeszcze jako młody podporucznik Stefan Michnik został dopuszczony do sądzenia
spraw oficerów dużo wyższych od niego stopniem. Niejednokrotnie wchodził do
składów sędziowskich w warszawskim Wojskowym Sądzie Rejonowym, który miał
najwięcej spraw „ciężkiego kalibru" o wielkim politycznym znaczeniu, oczywiście spraw całkowicie
sfabrykowanych. Wyrokował w tzw. „sprawach tatarowskich".
Stefan Michnik nie zawiódł pokładanego w nim zaufania. Sądził tak, jak od niego
oczekiwano, nieuczciwie i bezwzględnie, wydając surowe wyroki, w tym wyroki
śmierci na osoby całkowicie niewinne. I został za to dobrze wynagrodzony,
awansując w 1956 roku w wieku zaledwie 27 lat do stopnia kapitana. Jako
podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach majora
Zefiryna Machalli, pułkownika Maksymiliana Chojeckiego, majora Jerzego
Lewandowskiego, pułkownika Stanisława Weckiego, majora Zenona Tarasiewicza,
pułkownika Romualda Sidorskiego, podpułkownika Aleksandra Kowalskiego (por.
Dokumenty. Mieczysław Szerer. Komisja do badania odpowiedzialności za łamanie
praworządności 10 czerwca 1957, paryskie Zeszyty Historyczne, 1979, nr 49, s.
156-157, i J. Poksiński: My sędziowie, nie od Boga..., Warszawa 1996, s. 276).
Wydał w tych procesach surowe wyroki, w tym kilka wyroków śmierci.
10 stycznia 1952 stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez Michnika
majora Zefiryna Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956).
Stefan Michnik wydał wyroki śmierci również na byłego polskiego attache
wojskowego w Londynie, pułkownika M. Chojeckiego i na majora J. Lewandowskiego.
Ci mieli więcej szczęścia, wyroku nie wykonano. W przypadku płk. Chojeckiego
zadecydowało to, że wiceminister MBP Romkowski chciał wykorzystać Chojeckiego
jako świadka w innym procesie. Dzięki temu Chojecki dożył do 1956 roku, a 28
marca 1956 jego sprawa została umorzona z powodu całkowitego braku dowodów
winy. 8 grudnia 1954 zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w
wykonywaniu kary więzienia skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk
Stanisław Wecki, były wykładowca Akademii Sztabu Generalnego, przez dwa lata
więzienia torturowany, pośmiertnie uniewinniony (por. J. Poksiński: TUN,
Warszawa 1992). Ciężkie przejścia więzienne przyspieszyły śmierć innego
skazanego przez Michnika (na 12 lat więzienia) płk. Romualda Sidorskiego, byłego
naczelnego redaktora Przeglądu Kwatermistrzowskiego. W marcu 1955 roku ze
względu na bardzo zły stan zdrowia udzielono mu przerwy w odbywaniu kary; zmarł
wkrótce. Został pośmiertnie zrehabilitowany 25 kwietnia 1956.
Wyroki śmierci w głośnych sprawach wysokich oficerów z grupy generała Tatara
wcale nie były jedynymi wyrokami śmierci, które orzekł Stefan Michnik. Tylko że
te inne wyroki — w sprawach oficerów podziemia niepodległościowego są dużo
mniej znane. Tak jak podpisany przez Stefana Michnika wyrok śmierci na majora
Karola Sęka, który miałem możliwość oglądać w listopadzie 1994 roku na wystawie
na UMCS w Lublinie, uczestnicząc tam w panelu na temat: Żołnierze Wyklęci (tj.
żołnierze polskiego niepodległościowego podziemia po 1994 roku). Major Karol
Sęk, artylerzysta spod Radomia, przedwojenny oficer, potem oficer Narodowych Sił
Zbrojnych, został stracony z wyroku sędziego wojskowego Stefana Michnika w 1952
roku.
Stefan Michnik niewiele rozumiał, ale podpisywał wyroki śmierci i czuwał nad
ich wykonaniem. A były to wyroki godzące w najlepszych polskich patriotów. Tak,
jak w przypadku kierowanego przez Stefana Michnika wykonania wyroku śmierci na
wspaniałym polskim patriocie Andrzeju Czajkowskim, Cichociemnym, powstańcu
warszawskim, zastępcy dowódcy połączonych baonów „Oaza-Ryś" na Mokotowie i
Czerniakowie. Odznaczonym za bohaterstwo w walce z Niemcami krzyżem Virtuti
Militari. Zamordowano go na Mokotowie 10 października 1953 pod nadzorem
porucznika Stefana Michnika (por. opis tej tragedii pióra P. Jakuckiego:
Zamordowany za patriotyzm, Gazeta Polska, 20 października 1994).
Hańba domowa
Myślę, że sprawa brata - stalinowskiego zbrodniarza stanowi jeden z kluczy,
wyjaśniających ciągły flirt Adama Michnika z komunistami po czerwcu 1989 roku.
Chodziło o łączący go z nimi równie głęboki strach przed rozliczeniami i pełnym
pokazaniem „hańby domowej" czy „hańby rodzinnej". Mając stalinowskiego kata w
rodzinie, Michnik robił wszystko, aby nie doszło do prawdziwych rozliczeń ze
zbrodniami komunizmu, opublikowania ksiąg hańby, bo uznał to za niezwykle
groźne dla własnej legendy.
Przypomnę tu, że Adam Michnik usprawiedliwiał wyroki wydawane przez swego brata
(nigdzie nie podając jednak, że chodziło o wyroki śmierci) tym, że: Kiedy
zapadały najgorsze wyroki, Stefan był dwudziesto paroletnim człowiekiem, który
niewiele rozumiał z tego, co się działo. (Między Panem... op. cii., s. 48).
Wyjaśnijmy więc, że młody porucznik Stefan Michnik gorączkowo rwał się do
sądzenia w sfabrykowanych procesach wojskowych nad dużo wyższymi od niego
stopniem majorami czy pułkownikami, bo widział w tym szansę błyskawicznego
przyspieszenia swej kariery. I rzeczywiście uległa ona radykalnemu
przyspieszeniu już w wieku 27 lat awansował na kapitana.
Przy obrazie rodowodu Adama Michnika warto wspomnieć również o roli jego matki,
zaangażowanej komunistki sprzed wojny - Heleny Michnik. Po wojnie wsławiła się
głównie dogmatycznymi podręcznikami, zalecającymi m.in. jak najskuteczniej
walczyć z religią katolicką. Oto przykładowy fragment jej zaleceń zamieszczony
w Komentarzu metodycznym dla klasy IX ogólnokształcącej szkoły korespondencyjnej
stopnia licealnego do podręczników: E. Kosiński: Historia wieków średnich, A.W.
Jefimow: Historia Nowożytna, S. Missalowa i J. Schoenbrenner: Historia Polski,
Warszawa 1953 r: (...) Nie wystarczy np. powiedzieć, że Kościół był główną
podporą feudalizmu, lecz trzeba to udowodnić. Udowadniać będziecie w ten sposób:
Kościół był główną podporą feudalizmu ponieważ: 1) głosił, że władza królewska
pochodzi od Boga, a więc poddanym nie wolno się buntować; 2) głosił wieczność
feudalizmu i zasady nierówności społecznej; 3) stosował klątwę kościelną i
karał wszystkich występujących przeciwko nierówności społecznej; 4) urządzał
krucjaty przeciwko ruchom ludowym, np. przeciwko albigensom we Francji, husytom
w Czechach Ud.; 5) zwalczał postępową naukę, gdyż podważała ona panujący ustrój
(np. potępienie nauki Kopernika, Galileusza Ud.); 6) przez hasło „ błogosławieni
maluczcy duchem " utrwalał ciemnotę i zacofanie mas ludowych; 7) głosząc, że
ci, którzy cierpią na tym świecie, będą zbawieni po śmierci, rozbrajał
rewolucyjną walkę mas ludowych, Ud. Adam Michnik twierdził, że jego matka
wywodziła się z całkowicie spolonizowanej żydowskiej rodziny, pisał o jej
całkowitej identyfikacji z polskością (Między Panem..., op. cit., ss. 46-47).
Nie wyjaśnił tylko, jak pod opieką takich patriotycznych rodziców - ojca jakoby
absolutnie polskiego Polaka i matki całkowicie identyfikującej się z polskością
- on sam już w młodości stał się narodowym nihilistą (Między Panem... op. cit.,
s. 91). Pisał sam o sobie, że był narodowym nihilistą i rzekomo przestał nim być
po marcu 1968 roku.
Komunistycznemu rodowodowi Michnika towarzyszyły odpowiednie splendory wielkie
eleganckie mieszkanie w gęsto obsadzonej przez zaufanych towarzyszy z partyjnej
i bezpieczniackiej elity alei Przyjaciół w Warszawie, dokładnie w tym samym
domu, w którym mieszkał były stalinowski minister bezpieczeństwa Stanisław
Radkiewicz (por. Wprost 22 XII 1991 r.).
Komunistyczna zaprawa w młodości
W kierowanym przez Kuronia „czerwonym harcerstwie" młody Michnik przeżywał
nastrój komsomolskich idealistów. Wspominał jeszcze w 1984 roku: Bez sentymentu
nie umiem myśleć o tej gromadce chłopców i dziewcząt, która latem 1958 roku w
czerwonych chustach nawiedzała chłopskie zagrody, śpiewając piosenki po rosyjsku
i żydowsku. Ksiądz Tischner, komentując wspomnienie Michnika, zauważył: Jestem
trochę zdziwiony. Kiedy wyobrażam sobie to lato 1958 roku i tych biednych
chłopów, którzy dopiero co odzyskali ziemię, dopiero się podnieśli, bo jeszcze
dwa lata wcześniej byli zrównani z ziemią, i pewnie po prostu bali się przegnać
was kijami, to mam uczucie mieszane (Między Panem..., op. cit., s. 56). Michnik
tłumaczy się w odpowiedzi: Ależ ja o tym piszę. Czytaj dalej „Było w tym
bezczelne wyzwanie, rzucone potocznej świadomości, było też głębokie
niezrozumienie pokaleczonej narodowej pamięci"... Tylko, że my tego wówczas nie
rozumieliśmy(...).
Pod bokiem czerwonego inkwizytora
Po kilku latach „czerwonego harcerstwa" Michnik przeżywa kolejny etap
wtajemniczenia w politykę, tym razem w rozkręcanym pod patronatem dawnego
stalinowskiego inkwizytora nauki Adama Schaffa Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności
przy stołecznym ZMS. Klub skupił dzieci różnych komunistycznych prominentów,
między innymi syna ówczesnego I sekretarza KW PZPR Andrzeja Titkowa. Klub w
końcu został rozwiązany, ale Michnik już coraz ambitniej przechodzi do
pierwszego szeregu „intemacjonalistycznego" nurtu studentów UW. Nurtu, który
krytykuje różne oficjalne rozwiązania z pozycji trockistowskich (popularyzując
głównie trockistowski List otwarty Kuronia i Modzelewskiego).
Komunistyczna Polska to moja Polska
W rozmowie z Danielem Cohn Benditem w czerwcu 1988 Michnik stwierdził: Nie będę
ukrywał, że coś mieliśmy wspólnego z trockizmem. I dodawał: Należałem do
komunistów w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja
Polska (por. L. Żebrowski: op. cit., ss. 25, 26). Jeszcze w 1995 roku przyznawał
w rozmowie z księdzem Tischnerem:
Normalny człowiek z normalnego domu kiedy kończył szkołą, wiedział, że ci
rządzący komuniści to są oprawcy, zbrodniarze, że mogą zabić, złamać życie. To
rodziło strach. Ja uważałem, że komuniści wprawdzie popełniają pewne błędy
ideologiczne, bo nie dość uważnie przeczytali Marksa oraz Lenina, ale, że to da
się naprostować. Wystarczy ich trochę oświecić, przekonać, zmusić do czytania
(...) (Między Panem..., op. cit., s. 91).
Przeciw Narodom i Kościołowi
Od przeważającej większości Polaków różniła Michnika i jego otoczenie również
skrajna, absolutna niechęć do patriotyzmu i Kościoła katolickiego. Mówienie o
narodzie i polskości było dla Michnika czymś jak mówienie do ślepego o
kolorach. Bardzo wymowna pod tym względem była jego reakcja na stanowcze
potępienie przez Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego w styczniu 1963 roku
nihilistyczno-kolaboranckiego artykułu Stanisława Stommy. Przedstawił on na
łamach TP Powstanie Styczniowe i inne powstania polskie jako niepotrzebne i chore
wytwory polskich kompleksów antyrosyjskich. Oburzony Prymas Polski powiedział
we wspaniałym kazaniu 27 stycznia 1963 roku, że nie chodziło w tych powstaniach
żaden narodowy kompleks, ale o niezbywalne prawa Narodu do wolności
samostanowienia o sobie. Michnik dosłownie niczego z tego nie zrozumiał.
Przyznawał w książce Między Panem a Plebanem (s. 168): Nikt z nas nie potrafił
wówczas zrozumieć, co się Prymasowi stało. Wyszyński miał jednak lepszą intuicję
niż warszawscy inteligenci. Czuł już, że rodzi się jakaś nowa tożsamość, że
słowo „naród" odzyskuje swoje miejsce w politycznym myśleniu Polaków. Jak widać
Michnik dalej niewiele rozumie z postawy Prymasa Tysiąclecia. W rzeczywistości
kardynał Wyszyński nie musiał się bowiem wcale przystosowywać do nowej
sytuacji, bo zawsze głęboko odczuwał takie słowa, jak Polska i Naród w
przeciwieństwie do antynarodowych „michnikowców". Wszak pierwszy powiedział, na
dwadzieścia lat przed słynną pieśnią Pietrzaka Żeby Polska... - w kazaniu na
Jasnej Górze w czerwcu 1958 roku: Aby Polska Polską była! Aby w Polsce po polsku
się myślało.
Cóż z tego mógł pojąć Michnik, który w rzeczywistości nigdy nie przestał być
narodowym nihilistą (przynajmniej w odniesieniu do historii Polski), w
ostatnich latach wręcz wyspecjalizowanym w zagranicznych donosach na Polskę.
Nie mógł pojąć polskości człowiek wychowany od kolebki na luksemburgizmie (vide
obrona przez Michnika pod pseudonimem A. Zagozda poglądów Róży Luksemburg na
łamach Więzi w 1975 r., nr 9).
Szczególnie skrajne było zacietrzewienie Michnika i jego środowiska przeciw
Kościołowi katolickiemu i kardynałowi Wyszyńskiemu. Przedstawiali go jako
skrajnego wstecznika i popierali ideologiczną wojnę PZPR przeciw Kościołowi.
Także i w najostrzejszym punkcie tej wojny po ogłoszeniu Listu biskupów w 1965
roku. Michnik wsławił się wówczas gwałtownym atakiem na kardynała Wyszyńskiego
na łamach Argumentów, atakiem odzwierciedlającym, jak przyznawał po latach,
głębię myśli kompletnego troglodyty (Między Panem..., op. cit., s. 73). Już w
1977 roku „samokrytycznie" oceniał w wydanej w Paryżu książce Kościół, lewica,
dialog (s. 61) swój udział w potępianiu listu biskupów polskich z 1965 roku:
(...) w tym nieprzyzwoitym spektaklu sam wziąłem udział i na samo wspomnienie
rumienię się ze wstydu. Wstydzę się swojej głupoty (...). W innych częściach
tej książki (s. 31 i 139) Michnik tak pisał o swoim środowisku lewicy laickiej:
(...) Popieraliśmy politykę represji, często okrutnych, widząc w niej drogą do
„ nowego wspaniałego świata ", oskarżaliśmy Kościół o reakcyjność i wszystkie
inne grzechy główne, nie bacząc na to, że w atmosferze totalitarnego zniewolenia
Kościół bronił prawdy, godności i wolności człowieka (...). Tradycyjnie
przywykliśmy sądzić, że religijność i Kościół to synonimy wstecznictwa i tępego
Ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost indyferentyzmu religijnego traktowany był
przez nas jako naturalny sojusznik umysłowego i moralnego postępu. Pogląd taki
sam byłem jego wyznawcą uważam za fałszywy (...). Warto uważnie przeczytać tę
„samokrytykę" Michnika, gdyż cała linia GW w sprawach religii i Kościoła od 1989
roku była i jest faktycznym bardzo zręcznym rozwinięciem tej samej postawy
antykościelnej, za którą tak się kajał na pokaz w powyższej wypowiedzi. Faktem
jest, że w połowie lat sześćdziesiątych Michnik jeszcze nawet nie próbował
ukrywać tego, iż uważa, że wszystko, co pochodzi od episkopatu katolickiego,
jest reakcyjne, nacjonalistyczne i perfidne (jak przypomniał w interesującym
szkicu o Michniku Adam Krzemiński na łamach Polityki z 18 maja 1989 roku).
Oderwanie Michnika i jego środowiska od przeważającej części polskiego
społeczeństwa przyniosło fatalne skutki w 1968 roku. „Michnikowcy" dali się
wówczas wciągnąć w perfidną pułapkę „moczarowców" i nieświadomie ułatwili ich
grę dla umocnienia polityki „twardej ręki" w Polsce. Najgorsze skutki przyniósł fakt, że pochodzący z prominenckich
rodzin „michnikowcy" nie umieścili w swym programie z 1968 r. żadnych postulatów
gospodarczych i społecznych, które by mogły rzeczywiście pociągnąć polskie
społeczeństwo, zmęczone wyrzeczeniami okresu późnego Gomułki (na zaledwie dwa
lata przed wybuchem społecznym na Wybrzeżu!). Tragicznie rozbity ruch studencki
„owocował" represjami, w tym pierwszym paroletnim więzieniem Michnika.
Z daleka od Radomia i Ursusa
Wydarzenia 1976 roku, czas Radomia i Ursusa, Michnik spędza daleko od Polski.
Przebywa rok we Francji na zaproszenie Jeana Paula Sartre'a, akurat wówczas
przeżywającego jeden z najbardziej fanatycznych okresów ultralewicowości.
Michnik jest wielokrotnym gościem paryskiej Kultury, słynnego Maisons Laffitte,
poznaje ogromną liczbę ludzi, zdobywa znajomości, które okażą się później
wprost bezcenne dla nagłaśniania poza Polską ludzi związanych z opozycją z tzw.
lewicy laickiej. Wiele podróżuje. Zygmunt Hertz w liście do Miłosza z 30 XI 1976
r. wspomina, że Michnik właśnie narozrabiał jak pijany zając we Włoszech, i
podziwia jego rozmach.
Po powrocie do Polski Michnik odgrywa znaczącą rolę w ożywieniu związanego z
KORem ruchu prasowego i książkowego (NOWA), wykładach Latającego Uniwersytetu,
ale także i w nasileniu konfliktu ze środowiskami niepodległościowymi (grupą
Głosu etc.). W tym czasie Michnik bardzo mocno deklaruje chęć dialogu z
Kościołem katolickim w Polsce, jego wydana w 1977 roku w Paryżu książka Kościół,
lewica, dialog przynosi tony pełnego pokory samobiczowania za dawny
antyklerykalizm własny i swojego środowiska. Swą samokrytyczną ekspiacją Michnik
umie utorować sobie drogę do licznych środowisk katolickich. Nie zdają one sobie
bowiem sprawy, że chodzi wyłącznie o manewr taktyczny, by zyskać poparcie
Kościoła dla ciągle jeszcze czujących swą słabość „Europejczyków" z opozycji.
Na uboczu (1980-1981)
Wbrew upowszechnianym często na Zachodzie legendom roli Michnika jako jednego z
„bohaterów" „Solidarności" w latach 1980-1981, faktycznie odegrał niewielką
rolę w ciągu 16 posierpniowych miesięcy. Same wydarzenia sierpniowe całkowicie
go zaskoczyły. Akurat wyjechał w góry, by pisać esej o taktyce opozycji, gdy
doszło do wybuchu strajków. Napisany w tej sytuacji tekst nadawał się tylko na
papier toaletowy. Zaniepokojony wraz z Kuroniem awanturniczą i
nieodpowiedzialną, jak im się wtedy wydawało, ideą niezależnych i samorządnych
związków zawodowych, którą wysunięto w Gdańsku, miał zamiar pojechać do stoczni
i wytłumaczyć robotnikom, by się nie upierali przy takim żądaniu. Zanim zdążył
dotrzeć do Gdańska, został aresztowany (por.: A. Krzemiński: Zadra, Polityka 20
V 1989 r.). W 1981 roku postawił na „złego koma" Andrzeja Gwiazdę, w opozycji
do Wałęsy, i został faktycznie zepchnięty na margines wydarzeń. Nie wybrano go
do żadnych władz „Solidarności". Raz tylko przelotnie zyskał szerszy poklask
po błyskotliwym spacyfikowaniu zajść przed posterunkiem milicji w Otwocku. Z
dzisiejszej perspektywy wręcz szokujący może wydawać się fakt, że Michnik, dziś
zapełniający swymi tekstami i wywiadami całe płachty GW, w 1981 roku nie był
jakoś autorem szczególnie pożądanym w prasie solidarnościowej. Uskarżał się po
latach w rozmowie z ks. Tischnerem (Między Panem... op. cit., s. 376), że w 1981
roku: Nikt z redaktorów „ TySola " ani Mazowiecki, ani Cywiński, ani
Kuczyński nie proponował mi napisania dla nich artykułu (...). Tadeusz
Mazowiecki (...) nigdy nie zaproponował mi napisania artykułu do „ Tygodnika
Solidarność ".
Ostatnie miesiące 1981 roku przeżywał w nastroju ogromnego rozczarowania. Nie
mógł pogodzić się z faktem, że w „Solidarności" coraz bardziej dominował nurt
patriotyczno-narodowy, tzw. prawdziwi Polacy, których później niejednokrotnie
szkalował.
Dopiero po stanie wojennym nadchodzi prawdziwy czas Michnika. Decydują o tym
bardzo umocnione w międzyczasie wpływy dawnych marcowych kolegów w Radiu Wolna
Europa, polskiej sekcji BBC (domena Smolara), zdecydowanie najlepszy dostęp
ludzi z opozycji, związanych z tzw. lewicą laicką, do zachodnich mediów i do
zachodnich funduszy...
Michnik siedzi w więzieniu w warunkach o wiele dogodniejszych niż ogromna część
innych postaci opozycji (opisywał to szczegółowo Rozpłochowski). I, o dziwo, z
jego celi swobodnie wychodzą na świat kolejne listy, artykuły i książki, podczas
gdy pozostali współwięźniowie nie mogą się doprosić nawet ołówka. Czy wszystko
to dzieje się rzeczywiście przypadkowo, dzięki wyjątkowej zręczności Michnika,
której nie umiał przeciwdziałać cały personel MSW, jak to przedstawiał sam
Michnik?! A może było tak dlatego, że o wyjątkowym uprzywilejowaniu Michnika w
więzieniu decydowały pewne wpływowe kręgi partyjne, te same, które tak zabiegały
o poparcie zagranicznych Żydów dla WRONu (żydowski publicysta Abel Kainer
pisał w 15 numerze podziemnej Krytyki z 1983r., że: WRON grata rolę wielkiej
opiekunki Żydów).
Wiosną 1985 r. Michnik otwarcie opowiada się za kompromisem z komunistami jako
rzeczą nieodzowną w książce Takie czasy... Rzecz o kompromisie (por. uwagi J.
Skórzyńskiego: Ugoda i rewolucja, Warszawa 1995 r., s. 9-11). Rękopis książki,
sugerującej dogadanie się z komunistami, bez przeszkód wydostaje się za mury
więzienia. Kilka miesięcy później Michnik stanie się jedną z czołowych postaci
przy „okrągłym stole". Ujawni się tak typowa dlań cecha absolutnej nielojalności
wobec najbardziej nawet bliskich mu w przeszłości osób.
Niewdzięczność to jego hobby
Michnik nie rozumie, czym jest lojalność czy proste uczucie wdzięczności wobec
osób, które mu bardzo znacząco pomogły w różnych okresach życia. Oto kilka jakże
wymownych przykładów. Redaktorowi naczelnemu paryskiej Kultury Jerzemu
Giedroyciowi zawdzięczał wieloletnie polityczne wsparcie i nagłośnienie oraz
pomoc materialną i finansową. Michnik „odwdzięczył się" Giedroyciowi próbą
przejęcia od niego Kultury z pomocą Barbary Toruńczyk. Jak wspominał z
niesmakiem Giedroyc: (...)Toruńczyk nie ukrywała, że chce robić samodzielne
pismo, żeby opanować „Kulturę ". Była niesłychanie oddana Michnikowi,
przewidywała, że on będzie moim następcą. Bardzo mnie zaskakuje, gdy słyszę od
pani, że on mnie ceni. Demonstrował coś zupełnie odmiennego, odwiedzając tuż
przed śmiercią Józia (Czapskiego - J.R.N.). Starannie mnie unikał, mimo
otwartych jak zawsze drzwi. Nie umiem pani nic więcej powiedzieć o przyczynach
tej animozji(...)(E. Berberyusz: Książę z Maisons Laffitte, Gdańsk 1995 r., s.
170).
Herlingowi-Grudzińskiemu Michnik „odwdzięczył się" za dawną pomoc pełną
lekceważenia wypowiedzią o jego słynnej łagrowej książce Inny świat: Nikt tego
nie przeczytał (w rozmowie z Jaruzelskim). Kiedy zaś Jaruzelski sprostował: Był
tłumaczony na jedenaście języków Michnik odparował: Co z tego. Drukowały to
antykomunistyczne oficyny, to się nie liczyło. Komentując te uwagi Michnika, Herling-Grudziński pisał: „Inny świat" ukazał się najpierw w wielkim londyńskim
wydawnictwie William Heinemann, które trudno doprawdy nazwać „antykomunistyczną
oficyną". I miał, prócz doskonałych recenzji, dwa wydania w ciągu bardzo
krótkiego czasu.
Cała sprawa dobrze ilustruje ogromną małostkowość Michnika. Kiedy z kimś się
pokłóci, to zawsze potem jest gotów do jego maksymalnego oczerniania i
pomniejszania, bez względu na to, jak wiele tamten ktoś zrobił kiedyś dla niego.
Środowiskom Kościoła katolickiego Michnik też „się odwdzięczył". Póki obronny
puklerz Kościoła był mu potrzebny, kadził Kościołowi, jak mógł i bił się w
piersi za swe dawne antykościelne wyzwiska, wołając o potrzebie dialogu. Jak
został naczelnym G W, robił wszystko dla maksymalnego dyskredytowania Kościoła
i wartości chrześcijańskich. Nawet Jarosław Gowin, redaktor naczelny Znaku, j
eden z czołowych przedstawicieli katolewicy, którego Michnik tylekroć
nagłaśniał na łamach G W, w pewnej chwili nie mógł już dłużej ukryć irytacji z
powodu ciągłych uszczypliwości G W w stosunku do Kościoła. I uznał postępowanie
Michnika za przejaw zepsucia obyczajów i porażki rozumu (G W z 17 lipca 1996 r).
Gowin skrytykował Michnika za próby przedstawiania Kościoła jako instytucji,
która próbuje zająć monopolistyczną pozycję partii komunistycznej (w Polityce,
nr 47 z 1993 roku, Michnik stwierdził, że biskupi jakoby próbowali zastąpić
marksizmleninizm ideologią katolicką). Nawet największy Polak XX wieku, Jan
Paweł II niejednokrotnie padał ofiarą mniej lub bardziej zawoalowanych uprzedzeń
Michnika, który go w pewnym momencie nazwał byłym autorytetem naszych czasów.
Długi czas hołubiący Michnika biskup Józef Życiński nie mógł ukryć swej
irytacji przeczytawszy w wywiadzie Michnika dla L 'Actualite religieuse, że po
upadku komunizmu Jan Paweł II wyznaczył nowego wroga liberalizm. Krytykuje go
w kategoriach, które zdają się pochodzić z Soboru trydenckiego (...). Boi się on
przede wszystkim potwrotu Polski do Europy (cyt. za: Bp Józef Życiński:
Straszenie liberalizmem, Rzeczpospolita z 20 lipca 1996). Biskup Życiński
porównał te stwierdzenia Michnika z uwagami Miliona Friedmana, „papieża
amerykańskiego liberalizmu" o elementach bliskich liberalizmowi w nauczaniu Jana
Pawła II. Jeśli tak deformowana jest przez Michnika postać i nauczanie Ojca
Świętego, to cóż mówić o sposobie traktowania przez niego i jego gazetę różnych
mniejszych postaci Kościoła. Począwszy od Prymasa Polski Józefa Glempa po
licznych biskupów, oskarżanych o rzekomy konserwatyzm i pochlebianie
Ciemnogrodowi.
Swoiste, dość szczególne poczucie wdzięczności demonstrował Adam Michnik w
stosunku do księdza prałata Henryka Jankowskiego, który niejednokrotnie
udzielał mu u siebie schronienia w trudnych chwilach lat 80., pomagał mu
materialnie i stwarzał możliwości publicznych wystąpień, narażając się za to
wciąż na szykany generałów stanu wojennego i esbecji. Jakże wymowne pod tym
względem są zapiski na kartach drugiego tomu wydanych przez Petera Rainę Rozmów
z władzami PRL. Arcybiskup Dąbrowski w służbie Kościoła i Narodu, Warszawa
1995. Na s. 133-134 czytamy tam, jak gen. W. Jaruzelski uskarża się do kardynała
Jana Króla 10 września 1986: (...) Niedawno ks. Jankowski zaprosił Michnika do św.
Brygidy i ten Żyd zawładnął całym kościołem, wydawało się, że przystąpi do
ołtarza i będzie odprawiał Mszę. Na s. 254 z kolei czytamy uskarżania się
przewodniczącego Rady Państwa Kazimierza Barcikowskiego do księdza Alojzego
Orszulika 24 sierpnia 1988. Przekazał on prośbę swego „szefostwa", które (...)
chciałoby, aby kierownictwo Episkopatu zainteresowało się tym, co dzieje się w
kościele św. Brygidy. Usadowił się tam sztab kierowania strajkami. Co łączy z
tym kościołem p. Michnika? (...) Nieraz stawiamy sobie pytanie —ciągnął
Barcikowski — kto wam tego Jankowskiego podrzucił (...) Parę lat temu
przeglądając bogaty księgozbiór księdza prałata Jankowskiego znalazłem tam dwie
książki Adama Michnika z wymownymi dedykacjami. Na książce Z dziejów honoru w
Polsce dedykacja Michnika: Kochanemu ks. kanonikowi Henrykowi Jankowskiemu z
przyjaźnią oraz wdzięcznością, marzec 1987'r., Gdańsk, Adam. Na książce Szansę
polskiej demokracji jeszcze bardziej entuzjastyczna dedykacja: Kochanemu ks.
Henrykowi Jankowskiemu, memu przyjacielowi i Mentorowi z pogańską pokorą, maj
1988 r., Gdańsk, Adam Michnik. Siedem lat później Michnik, „odpowiednio"
odpłacił się „kochanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu", „swemu Przyjacielowi i
Mentorowi" przez prawdziwą kampanię napaści i dezinformacji za rzekomy
„antysemityzm". Peter Raina wyjaśnił w książce Ksiądz Jankowski nie ma za co
przepraszać, że Michnikowska Gazeta Wyborcza świadomie jako pierwsza
zmanipulowała tekst kazania, dezinformując czytelników i rozpoczynając kampanię
przeciw ks. Jankowskiemu, która daleko wyszła poza granice Polski. Jak dotąd nie
zauważyłem, by Gazeta Wyborcza i sam Michnik wytłumaczyli swe dezinformacje i
przeprosili „kochanego księdza Jankowskiego" za krzywdę wyrządzoną j ego dobremu
imieniu.
Dialog i Urbanem
Czas „okrągłego stołu" przynosi szczególne wzmocnienie pozycji Michnika. Staje się jednym z głównych uczestników cichych „dogadań" w Magdalence. I gorąco
fraternizuje się przy alkoholowych biesiadach z Kiszczakiem, Kwaśniewskim i
innymi towarzyszami (pięknie zilustrował to Kiszczak na końcu swej książki).
Michnik odnawia stare związki z Urbanem z czasów dawnych wspólnych popijań w
koktajlbarze w ,Bristolu" (wspomnianych przez Kuronia w książce Wiara i wina).
Jan Skórzyński ujawnił w wydanej przez Rzeczpospolita książce Ugoda i rewolucja
(Warszawa 1995, s. 227-228) dotąd nieznaną sprawę poufnego i owocnego dialogu
pary Michnik-Urban w czasie „okrągłego stołu", prowadzonego w porozumieniu z
gen. Jaruzelskim. W czasie tych rozmów Michnik występował z niezwykłymi w ustach
opozycjonisty deklaracjami lojalności wobec PZPR (tamże, s. 228). Zaskoczony
przedziwnym zbliżeniem między ministrem Urbanem a Michnikiem Ciosek zwierzał
się księdzu Orszulikowi, iż: Zauważa się tworzenie swoistego lobby żydowskiego
(cyt. za P. Raina: Rozmowy z władzami PRL. Arcybiskup Dąbrowski, Warszawa 1995,
t. 2, s. 440).
Fraternizacja przynosi efekty. W wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego z 10 I
1989 r. Michnik starał się jak mógł wybielić postać najbardziej znienawidzonego
człowieka doby jaruzelszczyzny, akcentując, że Jerzy Urban był konstruktorem
ogromnej większości posunięć liberalizacyjnych ze strony ówczesnych władz i
ubolewając, że ten jeden z inteligentniejszych analityków polityki polskiej
marnuje się jako publicysta Trybuny Ludu. Potem przyszły dalsze bratania i
zbliżenia, wspólne fetowania imienin „Olka" Kwaśniewskiego etc. I przychodzenie
sobie nawzajem w sukurs (vide np. atak zastępcy Urbana P. Gadzinowskiego w
jednym z NIE na moje krytyki Michnika w NP)
Dzięki Wałęsie Michnik obejmuje kierownictwo pierwszego dziennika
solidarnościowego „GW", cieszącego się od początku ogromnym zaufaniem
społeczeństwa. Przez lata z całym cynizmem wykorzystuje to zaufanie do skrajnego
przyhamowania i zdeformowania polskich przemian.
165Już w pierwszych miesiącach kierowania Wyborczą, w 1989 roku Michnik
doprowadził do perfekcji swą ulubioną taktykę mimikry. Jeszcze nie czuł się
dostatecznie mocny, jeszcze odczuwał potrzebę przyczajenia się ze swymi
prawdziwymi poglądami, jeszcze bał się zrażenia potencjalnych czytelników. Jego
Gazeta Wyborcza w tym czasie wciąż stroiła się w piórka gazety zdecydowanie
antykomunistycznej, patriotycznej, a nawet przepełnionej sympatią do Kościoła
katolickiego i samego Prymasa Polski Józefa Glempa. Była pod tym względem wręcz
redagowana „na klęczkach" w stosunku do hierarchii Kościoła katolickiego w
Polsce. Ktoś, kto dobrze zna późniejsze, nie przebierające w środkach, ataki
Michnika i GW na Prymasa Polski i rozliczne zatrute strzały wysyłane pod adresem
innych postaci Kościoła, nie mógłby wprost uwierzyć własnym oczom, gdyby
spojrzał na tę szczególną „adorację" ludzi Kościoła, prezentowaną w pierwszych
numerach G W. Już w pierwszym numerze Wyborczej z 8 maja 1989 na centralnym
miejscu numeru maksymalnie wyeksponowano informację: Prymas Polski (oba słowa
pisane ogromniastymi literami) rozmawia z Wałęsą o przyszłych wyborach. Na górze
2 numeru „GW" uwypuklono, jako zdecydowanie najważniejszą sprawę, wywiad
gdańskiego biskupa Tadeusza Gocłowskiego dla Gazety.
Podobna stylistyka, pełna pozorowanego, nabożnego wręcz szacunku dla Kościoła,
wypełnia licznie inne numery Wyborczej w pierwszych paru miesiącach jej
ukazywania się. W numerze 15 z 29 maja 1989 na pierwszej stronie informacja o
poświęceniu lokalu redakcji G W przez arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego.
Połowę pierwszej strony tego numeru Wyborczej wypełnił obszerny tekst
arcybiskupa Dąbrowskiego O Prymasie Tysiąclecia (znając starą niechęć Michnika
do Prymasa Stefana Wyszyńskiego jako polskiego „nacjonalisty" i
„anachronicznego" konserwatysty można tylko podziwiać rozmiary poświęcenia,
jakie wykazał w ramach udawanej wówczas prokościelnej mimikry). Dodajmy, że
Gazeta Wyborcza w tym czasie jest ogromnie ostrożna we wszelkich uwagach o
aborcji, stara się o jak najprecyzyjniejsze przedstawianie stanowiska Kościoła
katolickiego w tej sprawie (por. tekst Ewy Milewicz: Ochrona dziecka poczętego,
Gazeta Wyborcza, nr 5 z 12 maja 1989).
W tym czasie organ Michnika stara się również zyskać maksimum czytelników
radykalnych antykomunizmem. Zdecydowanie krytykuje Urbana (w numerze l i 5),
demaskuje dawne zbrodnie UB w Otwocku (nr 2 i 15), piętnuje brutalność milicji
(nr 3), etc. Stara się też przyciągać czytelników pełnym patosu patriotyzmem,
wysławianiem etosu AK (por. np. Wspomnienie o Stefanie Korbońskim nr 3, Z.
Machowski: „Pistolet" Polski Podziemnej, nr 9, Żołnierze z AK, nr 11). Robi to
ten sam dziennik Michnika, w którym parę lat później ukażą się najskrajniejsze,
plugawe wręcz, potwarze pod adresem AK i Powstania Warszawskiego. Wtedy jednak,
w początkach G W, wiosną 1989 ciągle jeszcze chodziło o jak najlepsze
zamaskowanie prawdziwych intencji Wyborczej i przedstawienie jej jako jedynego
prawdziwego polskiego dziennika opozycyjnego, organu polskich patriotów i
antykomunistów. Najpierw zdobyć jak najwięcej czytelników, a potem stopniowo i
wyrafinowanie działać na rzecz gruntownego przekształcenia ich podświadomości.
Aby zatracili dawną katolicką i patriotyczną wrażliwość i zniechęcili się do
wyznawanych wcześniej wartości.
Obrońca komuny
Michnik wyrządził Polsce ogromne szkody przez swoje działania dla wybronienia i
wybielenia komunizmu, przyhamowania autentycznych przemian dekomunizacyjnych i
lustracji. Już 24 października 1989 roku Michnik postulował na łamach Gazety
Wyborczej doprowadzenie do sojuszu wszystkich sił reformatorskich, tych z
„Solidarności" i tych z PZPR, dodając, że: W pozytywnym ułożeniu stosunków
Polski i ZSRR skrzydło reformatorskie z PZPR, tacy ludzie jak gen. Wojciech
Jaruzelski czy pierwszy sekretarz KC Mieczysław Rakowski mogą odegrać zasadniczą
rolę. I rzeczywiście M.F. Rakowski już ją odegrał, jadąc później do Moskwy, by
przestrzec towarzyszy z Kremla przed przemianami w polskim stylu! Przypomnijmy
tu również, niestety zbyt mało znaną w Polsce i stąd odpowiednio „nie
docenioną", wypowiedź A. Michnika z wywiadu dla Komsomolskiej Prawdy z 29
września 1989 r., gdy wypowiadając się na temat systemu, który by odpowiadał
wymogom życia, stwierdził między innymi: Niekiedy słyszy się opinie, że
powinien to być system kapitalistyczny. Dla mnie jest to absurdalne. Obecnie w
niektórych kołach w Polsce powstał kult słowa „prywatyzacja". Co to znaczy? Co
prywatyzować? Koleje, samoloty? Przecież to bajki, absurd.
Czy to nie wskutek tych socjalistycznych iluzji prywatyzacja w Polsce ugrzęzła
za czasów T. Mazowieckiego na tyle miesięcy? W czasie debaty sejmowej w
początkach września 1989 r. A. Michnik wystąpił przeciw wysuniętemu przez posła
Kazimierza Ujazdowskiego postulatowi rozliczenia się z ludobójcami w togach,
tj. sędziami, którzy w czasach stalinowskich skazywali ludzi na śmierć. Pół
roku później 28 kwietnia 1990 r. Michnik stanowczo wypowiedział się w
debacie sejmowej przeciwko nacjonalizacji mienia PZPR. Występując na rzecz
kompromisowego rozwiązania tej sprawy, Michnik powiedział między innymi:
Przepraszam za osobiste wyznanie: 25 lat temu zostałem po raz pierwszy
aresztowany przez komunistyczną policję. Wtedy miałem 18 lat. Od tego czasu
byłem aresztowany i zatrzymywany wiele razy. Mnie nie trzeba tłumaczyć, że
komunizm to nic dobrego... Ale właśnie z tej perspektywy chcę powiedzieć, że w
niektórych głosach, o czym mówię z bólem, usłyszałem coś, co bym nazwał
antykomunizmem jaskiniowym. ..Inie chcę powiedzieć, że dziś z popisywaniem się
tymi deklaracjami, gdzie się PZPR miesza z błotem, przyrównuje do katyńskich
morderców... ja nic wspólnego nie mam i nie chcę mieć... I chcę do tego jeszcze
dodać, że w stanie wojennym, po 13 grudnia i siedząc w kryminale ja nie byłem
aż tak ostrożny, żebym dzisiaj musiał być aż tak odważny... Wystąpienie Michnika
przeciw nacjonalizacji mienia PZPR, choć jedna z jego najbardziej udanych
oratorsko wypowiedzi, wywołało bardzo ostre sprzeciwy w wielu środowiskach
solidarnościowych. Sprowokowało też falę listów protestacyjnych do Gazety
Wyborczej. Najbardziej dramatyczny był publikowany w G W4 maja list
dziennikarza Jana Sęka (jego ojciec został stracony w 1952 r. po wyroku śmierci
wydanym przez sąd wojskowy z udziałem brata Adama Michnika - Stefana). Jan Sęk
pisał: .. .Pan Adam Michnik niepotrzebnie martwił się w Sejmie o stosunek
narodu polskiego do komunistów, którzy sprawili tu po wojnie niejeden, a
dziesięć Katyniów. Zabili w polskich więzieniach ponad 40 tyś. ludzi. My
komunistów nie nienawidzimy. My nimi gardzimy. Również podporucznikiem Stefanem
Michnikiem, stalinowskim sędziąmordercą, pojętnym uczniem katyńskich oprawców.
Przypominanie w takim kontekście rodzinnym własnego uwięzienia jest grubym
nietaktem. A co do majątku partii: gdyby od pana Adama zależała decyzja, czy
pozostawiłby majątek i NKWD? Jego namiętne określenia, ,jaskiniowy
antykomunizm" przypominają „zoologiczny antykomunizm " Przymanowskiego i
Koźniewskiego.
Jan Sęk tłumaczył mi kiedyś w rozmowie, że nigdy nie miał żadnych pretensji do
A. Michnika z powodu jego brata, bo trudno, żeby ktoś odpowiadał za to, co
zrobił inny członek rodziny. Nie miał pretensji aż do chwili, gdy A. Michnik
wystąpił w Sejmie przeciw rozliczaniu stalinowskich ludobójców. W tej akurat
sprawie powinien, przynajmniej ze względów rodzinnych, zachować całkowitą
powściągliwość.
10 maja 1990 r. na łamach Gazety Wyborczej ukazał się list Stefana Kruka z
Lublina do Adama Michnika. Autor listu pisał między innymi:.. .Powiada Pan
dramatycznie, że nie ma nic wspólnego z tezą posła Borowskiego, iż rządy PZPR w
Polsce wyrosły na trupach ofiar Katynia. To jest Pańskie credo polityczne. A
jaka jest prawda historyczna? Taka, że Stalin zerwał stosunki dyplomatyczne z
rządem gen. W. Sikorskiego po ujawnieniu prawdziwych sprawców zbrodni
katyńskiej. Był to wy godny pretekst... Kto tu więc rozmija się z prawdą poseł
Borowski czy Pan?... Dodajmy, że właśnie zerwanie stosunków z rządem gen. W.
Sikorskiego stworzyło później podstawy radzieckiej polityki powołania
samozwańczego PKWN w Lublinie, prekursora służalczej polityki PZPR wobec ZSRR.
Zdzisław Najder tak skomentował wystąpienie Michnika w obronie majątku PZPR:
...Adam Michnik w płomiennym przemówieniu 28 kwietnia odcinał się od tych,
którzy kierują się nienawiścią. Ale trzeba odróżnić nienawiść do ludzi (rzecz
dla chrześcijanina naganna) od nienawiści do instytucji. I tolerancja wobec
ludzi nie jest tym samym, co równouprawnienie organizacyjne. Tym, którzy
domagają się upaństwowienia spuścizny po PZPR, nie chodzi przecież o odebranie
schedy wdowom i sierotom po sekretarzach...
Ciekawe argumenty do powyższego sporu wniósł głos Romana Bielińskiego,
publikowany na łamach katolickiego Ładu z l O czerwca 1990 r. R. Bieliński pisał
między innymi: ...Spora część naszych parlamentarzystów na czele z Adamem
Michnikiem broni praw spadkobierców PZPR. Bardzo to chwalebne, należy bronić
rzeczywiście praw wszystkich, ale wydaje mi się, że posłowie powinni bronić
najpierw moich praw, bo bardziej (chyba) są moimi posłami niż PZPR. Otóż przez
wiele lat wyjmowano mi i wielu milionom bezpartyjnych z kieszeni pieniądze via
budżet na rzecz PZPR bez pytania nas o zgodę. Dlaczego nie będąc członkiem
partii przez wiele lat musiałem finansować, a obecnie mam godzić się z tym, że
to, co zostało mi zabrane ma dalej służyć tym, którzy mnie ograbili?(...)
Michnik lubi akcentować jako wzorzec swoją postawę wobec komunistów. On przecież
siedział w więzieniach i oto teraz wszystko wybacza; jak na tym tle wyglądają
mściwi antykomuniści, zwłaszcza ci, którzy nigdy nie cierpieli w więzieniu tak
jak Michnik. Nieuczciwość Michnika polega na tym, że starannie milczy o tym, że
wybaczanie komunistom oznaczałoby przebaczenie również tym, którzy tysiącom
Polaków zgotowali o wiele cięższe cierpienia niż Michnikowi. Jak to akcentował
kiedyś były więzień komunizmu w czasach stalinowskich Stanisław Murzański:
(...) Jedni jak Adam Michnik pisali w więzieniu książki, drudzy zbierali na
posadzce zęby (...) (S. Murzański: Jak kryminalista z kryminalistą Tygodnik
Solidarność 27 marca 1998).
Wybielacz leninizmu
Komunizujący od młodości Michnik obciążał winą za to, co się stało w Związku
Sowieckim wyłącznie stalinizm. Tego typu pogląd wyraził m.in. na łamach
sowieckiego tygodnika politycznego „Nowoje Wriemia" z 10II 1990 r. Stanowisko
Michnika wywołało protest redaktora naczelnego niezależnego moskiewskiego
tygodnika informacyjnego Express-Kronika Aleksandra Podrabinka. W liście
otwartym do Michnika, opublikowanym w tym piśmie (nr l O z 1990 r.) Podrabinek
przypomniał, że istota terroru stalinowskiego terroryzm, znalazła odbicie już
w leninowskim dekrecie o czerwonym terrorze (5 IX 1918 r.) i stworzeniu w
latach 1918-1920 systemu obozów koncentracyjnych. Podrabinek stwierdził: Dla
władz teza o winie stalinizmu za katastrofę naszego życia społecznego jest
wygodna. Wyrzekając się Stalina mają jeszcze nadzieję uratować Lenina,
wyrzekając się stalinizmu dążą do uratowania socjalizmu (...). Na tym tle, Panie
Michnik, Pańskie wypowiedzi o stalinizmie nie wyglądają zbyt pociągająco (...)
(cyt. za tłumaczeniem listu otwartego A. Podrabinka, Ład'23 W 1990 r.).
Michnik - totalitarysta
Po zdobyciu władzy przez „Solidarność" w 1989 r. i utworzeniu rządu T.
Mazowieckiego coraz wyraźniej zaczęło się odsłaniać najprawdziwsze oblicze
Michnika człowieka apodyktycznego i zacietrzewionego. Teraz już nie musiał
zabiegać o poparcie różnych środowisk, w tym Kościoła, a znajdował się w pozycji
wyrokującego sędziego, rozdającego pochwały i kuksańce jako naczelny najbardziej
wpływowego polskiego dziennika, cieszącego się od początku wyjątkowym
poparciem społeczeństwa jako pisma „Solidarności". Tę wyjątkową pozycję
wykorzystywał w duchu skrajnie tendencyjnym dla umacniania monopolistycznej
pozycji warszawskiej lewicowej „elitki" i obrzucania błotem „inaczej
myślących", wyszydzania patriotyzmu i przywiązania do wartości. Jakże znamienna
była pod tym względem ewolucja poglądów Stefana Kisielewskiego, który przeżył
skrajne rozczarowanie tym nowym odsłaniającym się obliczem Michnika z lat
1989-1990. Kisielewskiego, którego nawet po śmierci Michnik próbuj e sobie
przywłaszczać, powołując się na niego jako największy autorytet (Z jego zdaniem
liczyłem się najbardziej wyznawał Michnik w wywiadzie dla Filipinki z 27
VI1993 r.). Oto opinia Kisielewskiego o Michniku, wyrażona pod koniec życia na
łamach gdańskiej Młodej Polski: (...) Ostatnio nie bardzo przyjaźnię się z
Michnikiem. Widujemy się raz na pół roku i raczej się kłócimy. Kochałem go
niemal w okresie KOR-u, to było wspaniałe. Natomiast to, co on teraz mówi i
pisze, jest bardzo często bez sensu. Te manifesty krakowskie, deklaracje „praw
człowieka " rozsyłane po całym świecie! Jak w Polsce naprawdę wybuchnie jakiś
rasizm, szowinizm, a to będzie już kompletna patologia, to najbardziej
przysłuży się do tego właśnie takie denerwujące pseudo szlachetne gadanie.
Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta. Demokratą jest ten, kto jest
po mojej stronie. Kto ze mną się nie zgadza, jest faszystą i nie można mu podać
ręki. A tylko Michnik wie, na czym polega demokracja i tolerancja. On jest tutaj
sędzią alfą i omegą (...). Szczególnie ostro napiętnował „ewolucję" Michnika
Zbigniew Herbert w wywiadzie dla Tygodnika Solidarność z 11 listopada 1994.
Herbert uznał Michnika za klasyczny przykład kariery komunistycznego Dyzmy.
Smutna historia wyjątkowo uzdolnionego, pełnego talentu chłopca, który doszedł
do lat, kiedy to ludzie natarczywie pytają „ co on właściwie zrobił z całą swoją
heroiczną młodością?" A on stacza się po równi pochyłej, w gorączkowy aktywizm.
Cynizm godny admiratora „ Księcia " i najpospolitszy nihilizm. Zawiódł niemal
wszystkich swoich przyjaciół.
Michnik - „nienawistnik"
Zdumiewa wprost, do jakiego stopnia Adam Michnik potrafi dziś „twórczo"
rozwijać pełną jadu i nienawiści stylistykę marcowej propagandy 1968 r., tyle że
w imię fanatyzmu odwrotnego typu. Przypomnijmy tylko niektóre z rozlicznych
michnikowskich wyskoków jadu i nienawiści w stylu słów świnie pod adresem
oponentów z OKP, kurwiosum pod adresem grupy profesorów z KUL, bestiarium w
telewizji (o programie Bez znieczulenia z udziałem Parysa, Kaczyńskiego i
Macierewicza). Czy epitety Michnika o młodocianych, głupawych ołszewikach,
wyzywanie Łysiakowi jako trzeciorzędnemu grafomanowi i insynuatorowi, etc. etc.
Nie mówiąc o jego ataku na Herberta, za rzekome opluwanie Miłosza, o napaściach
na ojca Józefa M. Bocheńskiego, Bogdana Cywińskiego, o zatrutych strzałach
posyłanych przez Michnika i jego podwładnych pod adresem Ojca Świętego.
Celnie scharakteryzował metody Michnika już w 1992 r. Lech Kaczyński, pisząc w
Nowym Świecie (nr z 8 V 1992 r): (...) Michnik (...) przyjmuje postawą
chuligana, który napada na przechodnia i jednocześnie krzyczy „ ratunku!
Policja!" (...) niewielu ludzi ma taki udział w szerzeniu nienawiści w życiu
publicznym, jak Adam Michnik. Na pewno zaś nikt nie potrafi łączyć jej
krzewienia z zapewnieniami o własnej szlachetności.
Adam Michnik jest przede wszystkim godnym politowania więźniem stereotypów i
uprzedzeń, przykutym jak galernik do statku swoich własnych fobii. Jest jeńcem
skrajnego żydowskiego fanatyzmu, nie mogące go za nic wczuć się w polski
patriotyzm, zrozumieć narodu, wśród którego żyje. Nienawidząc go, posuwa się do
takich nikczemności, jak poparcie ataku zniesławiającego Powstanie Warszawskie.
W wydanej w tymże 1991 roku, cytowanej już książce Interpelacje Jana Marii
Jackowskiego i Szczepana Żaryna autorzy tłumaczyli straszną słabość Michnika
jako polityka jego skrajnym zacietrzewieniem, nieumiejętnością dialogu z
osobami inaczej myślącymi: ...Michnik potrafi kopać swoich przeciwników
politycznych i ideowych bezwzględnie, z dziką zaciętością. Gdy mu nie staje
argumentów rzuca inwektywy, nie elegancko przerywa, nie odpowiada napytania,
zmienia temat, krzyczy i wychodzi z niego jakaś zapiekła agresja w stosunku do
tych, którzy się z nim nie zgadzają. Jak to się ma do programowo głoszonej przez
niego europejskości, poszanowania poglądów innego człowieka, tolerancji i
godności-nie wiadomo... (J.M. Jackowski, S. Zaryn: Interpelacje. Kulisy
manipulacji Warszawa 1991, s. 93).
Michnik - „czekista publicystyki"
' Rodzinne przesiąknięcie starą komunistyczną ideologią wychodzi z Michnika
wciąż przy różnych niespodziewanych okazjach, znajduje wyraz w jego dość
szczególnej stylistyce. Na przykład w Gazecie Wyborczej
(1996, nr 302) napisał: Zwracam się do premiera Oleksego jak czekista do czekisty.
Michnik nie dostrzegł żadnej niestosowności w tego typu zwrocie, mogącym mieć
różne odmiany typu: „jak gestapowiec do gestapowca". Nawet w postkomunistycznej
Polityce ukazała się tym razem polemika z „mocnym" porównaniem Michnika. Jej
autor, profesor Józef Kozielecki, pisał: Dla nas, starych ludzi, przywoływania
upiorów czekistów czy enkawudzistów we współczesnym wstępniaku nie można niczym
usprawiedliwić. Dla nas te słowa ociekają krwią Polaków, Rosjan, Litwinów...
Gdy je słyszę, uginają mi się kolana i „ wcale mi mówiąc słowami artykułu -
nie jest do śmiechu ". Szczególnie, gdy Polska chamieje. (J. Kozielecki: Jak
czekista do czekisty, Polityka 20 stycznia 1996). Młodszym czytelnikom
przypomnijmy, że Czeka (Czeriezwyczajka) - sowiecka bezpieka w czasach Lenina i
pierwszym okresie rządów Stalina, zasłynęła ogromnie krwawym terrorem wobec
wszystkich „niebolszewicko" myślących. Zdumiewające jak bardzo Michnik lubi
sięgać do bolszewickich porównań. W wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego w 1989
roku powiedział, iż w Gazecie Wyborczej odgrywa rolę kogoś w rodzaju komisarza
politycznego. Jakże silnie odbija się na Michniku wpływ starych rodzinnych
indoktrynacji. Dla ogromnej części Polaków słowo komisarz polityczny budzi jak
najgorsze asocjacje z Dzierżyńskim, Jagodą czy Jeżowem. Dla Michnika zaś to
termin chlubny, warty naśladowania.
Chamstwo wobec inaczej myślących
Skrajne, fanatyczne wręcz, zacietrzewienie Michnika, popychało go
niejednokrotnie do szokujących przejawów niechęci wobec każdego, kto ośmieli się
inaczej myśleć niż on w poszczególnych sprawach. Szczególnie oburzające było
zachowanie Michnika wobec znanej dysydentki rosyjskiej Natalii Gorbaniewskiej.
Michnik odmówił udzielenia jej wywiadu, motywując to brakiem zaufania.
Gorbaniewska powiedziała: ...Dla mnie jest to miernik złych obyczajów.
Krytykowanie linii politycznej nie może spychać osoby na pozycję osobistego
wroga, a co gorsza zaliczyć go do grona ludzi nieuczciwych. Michnik i wielu
innych ludzi wie, że nie podzielam ich zachwytu dla Gorbaczowa (...) (wg Puls
nr 48 z 1991 r).
Przypomnijmy, że Gorbaniewska, niestrudzona bojowniczka o prawa człowieka w
ZSRR, była więźniarka, wybitna poetka rosyjska należy do najbardziej zasłużonych przyjaciół Polski za granicą, jest znawczynią polskiej
literatury, i tłumaczką polskiej poezji. W Kulturze Niezależnej z 1985 roku (nr
11-12, s. 144) pisano o Gorbamewskiej: (...) Nie potrafimy wymienić za granicą
nikogo drugiego z tak serdeczną uwagą i kompetencją wsłuchanego w naszą
dzisiejszą historię, w nasz ból, opór i tworzenie niezależnej kultury. Jako
zastępca redaktora naczelnego paryskiego ,,Kontynentu" Gorbaniewska dba o to,
żeby w każdym numerze tego najpoważniejszego kwartalnika emigracji rosyjskiej
Polska istniała, żyta, przemawiała do przyjaciół Moskali i całego świata. Dzięki
jej też staraniom odkilku lat Polska nie schodzi z pierwszych stron poczytnego
tygodnika „Russkaja mysi" (...) Ostatnio zaś ukazała się w Paryżu, po rosyjsku,
zredagowana przez Gorbaniewską książka „Niezłomna Polska na łamach „Russkoj
myśli" (...). I taką osobę, tak gorąco związaną z Polską, potraktował Michnik
jako kogoś niegodnego zaufania, tylko dlatego, że różniła się od niego
podejściem wobec Gorbaczowa.
Nietolerancja na eksport
Ciągle zbyt mało znamy szkody, jakie Michnik wyrządził w innych krajach Europy
Środkowej, poprzez odpowiednie wykorzystywanie swego dawnego nimbu jako
przeciwnika komunizmu dla wręcz odmiennych celów. Wykorzystywał go do
wspierania czeskich, węgierskich czy bułgarskich odmian polskiej Unii
Demokratycznej, a więc sił w gruncie rzeczy dążących do zdobycia władzy dzięki
odpowiednim układom „czerwonych" z „różowymi". Wszędzie starał się maksymalnie
oddziaływać na rzecz przyhamowania lustracji i dekomunizacji. W rozmowie z
prezydentem Havlem wylewał krokodyle łzy z powodu sukcesu czeskiej
dekomunizacji, na Węgrzech bardzo aktywnie uczestniczył w kampanii na rzecz
Związku Wolnych Demokratów, odpowiednika polskiej Unii Demokratycznej, tylko
znacznie bardziej na lewo od niej, w duchu ROAD. A przy tym zdominowanego przez
skrajnych radykałów antyreligijnych, różne takie węgierskie „Labudy". To z
inicjatywy tego Związku Wolnych Demokratów zorganizowano w swoim czasie bardzo
nieudaną skądinąd manifestację przeciw wizycie Jana Pawła II na Węgrzech, jako
rzekomo zbyt kosztownej. Na Węgrzech .doszło zresztą do tego, co stanowi
wymarzony ideał Michnika - powstała rządowa koalicja „czerwonych" i „różowych".
Tworzono ją w oparciu o pakt wynegocjowany przez przywódcę postkomunistów Gyulę
Horna, byłego węgierskiego ZOMO-wca z 1957 roku i Ivana Pęto „mózg" Związku
Wolnych Demokratów, syna awosza (tj. ubeckiego speca od tortur). Inna sprawa,
że koalicja z komunistami okazała się ogromnie kosztowna dla węgierskich
„różowych". Ponieśli oni w efekcie straszną porażkę wyborczą w 1998 roku.
Szczególnie drastyczne formy przybrało mieszanie się Michnika w wewnętrzne
sprawy dawnej opozycji bułgarskiej. W 1992 i 1993 roku doszło tam do wyraźnego
zderzenia głównej siły opozycji Unii Demokratycznej z wyniesionym przez nią
na prezydenturę Żeliu Żelewem, który zdradził ideę dekomunizacyjnych przemian i
je skutecznie zablokował. Żelew uniemożliwił przeprowadzenie lustracji przez
antykomunistyczny rząd Filipa Dymitrowa i przyczynił się do jego upadku. Później
poparł powstanie rządu Berowa, dawnego doradcy Żelewa, w oparciu o większość
postkomunistów i mniejszość posłów opozycji. Na znak protestu przeciw
rekomunizacji Bułgarii poetka Błaga Dymitrowa ustąpiła z funkcji
wiceprezydenta, ostrzegając, że komunizm zachowuje sięjak lisica, która udaje
martwą, by wykorzystać moment i ugryźć. Antyprezydencki i ankomunistyczny
zarazem wiec w Sofii zgromadził pół miliona osób.
I wtedy w sukurs prokomunistycznemu Żelewowi przyjechał Adam Michnik. Mieszając
się bez żenady w sprawy bułgarskie gwałtownie zaatakował manifestantów w
oficjalnej sofijskiej telewizji, nazywając ich „neofaszystami". Po powrocie do
Polski Michnik panegirycznie wychwalał prezydenta Żelewa jako tego, który
próbuje przełamać zaklęte koło dwubiegunowego podziału sceny politycznej wbrew
antykomunistom i populistom, którzy dążą do dyskryminacji przez dekomunizację
(por. A. Michnik: Sofijskie rozmowy, Gazeta Wyborcza z l lipca 1993).
Bezprzykładne opowiadanie się Michnika po stronie prezydenta Żelewa przeciw
opozycji i użycie przezeń epitetu „neofaszyści" pod adresem uczestników
kilkusettysięcznych manifestacji wzburzyło opozycjonistów bułgarskich. Na łamach
stołecznego dziennika Unii Sił Demokratycznych Demokracja opublikowano 24
czerwca 1993 r. tekst trzech intelektualistów ostro piętnujący wystąpienie-
wybryk Michnika. Trzej znani bułgarscy pisarze: Boris Chritstow, Dymitr
Korudżijew i Jordan Wasiliew w artykule zatytułowanym: Cynizm i nietolerancja
oskarżyli Michnika o otwartą zdradę ideałów demokracji i nietolerancję, pisząc
między innymi, iż wizyta Michnika głęboko zraniła uczucia wszystkich bułgarskich
demokratów. Przyjechał, żeby stanąć w obronie prezydenta Żelewa, ale zrobił to
w sposób powierzchowny, prowokacyjny
175i butny, bez spotkania z Edwinem Sugarowem, poetą i deputowanym, który
ogłosił strajk głodowy; zrobił to bez wyjaśnienia sobie samemu przyczyn
antyprezydenckich i antykomunistycznych manifestacji w naszym kraju (...) jego
wypowiedzi w Bułgarii były demagogiczne, nieodpowiedzialne i głęboko nas raniące
(...). Jakmożna (...) nazywać setki tysięcy demokratów neofaszystami? (...) Kto
mu pozwolił tak ciężko obrazić najbardziej światłych, najmądrzejszych i
najmniej podatnych na konformizm ludzi w Bułgarii? (...) Michnik przyjechał i
stanął w obronie Żelewa, gdyż obu łączy ten sam los. Ci dawni idole gotowi są
dzisiaj wspierać fasadową demokrację, za której kulisami wszystkie sznurki
ponownie są w rękach komunistów (...) Michnik okazał się nietolerancyjny wobec
bułgarskiej demokracji i dlatego stracił nasz szacunek i miłość (...) (cyt. za
Gazetą Wyborczą z l lipca 1993).
Z oburzeniem komentowała pełen buty wyskok Michnika w bułgarskiej telewizji
Kristina MetanowaNejman, w 1989 roku założycielka Solidarności
Polsko-Bułgarskiej. W nadesłanym do Tygodnika Solidarność (z 9 lipca 1993)
tekście Z dziejów honoru w Bułgarii pisała: (...) Dawne gwiazdy opozycji są
intelektualnie bezradne wobec ruchów protestu przeciw rekomunizacji. Niczym
dawni marksiści, nazywający protestujących przeciw totalitaryzmowi
chuliganami; złożony objaw sprzeciwu wobec recydywy komunizmu Michnik i inni
dysydenci potrafią opatrzyć jedynie etykietką motłochu lub neofaszystów.
Dla Michnika ruch protestu w Bułgarii jest sztuczny, bo przecież groźby recydywy
komunistów nie ma. Jak można walczyć z czymś, czego nie ma? -pyta Michnik. Jak
robotnicy mogą walczyć z władzą robotników? -pytali marksiści (...) Michnik
powielając komunistyczne schematy dzieli świat na obóz postępu, czyli reform
oraz na wrogie mu siły wsteczne i reakcyjne. Nie rozumie wydarzeń w Bułgarii,
gdyż przykłada do nich swój ciasny schemat. Stąd pojęcia: nacjonalizm, populizm,
wreszcie na podlejszy epitet - neofaszyści (...).
Pouczające może być przypomnienie, co nastąpiło w Bułgarii w ciągu kilku lat po
skandalicznym wybryku Michnika w sofijskiej telewizji. Najpierw wbrew jego
zapowiedziom doszło do recydywy komunizmu, bo postkomuniści zdominowali rządy w
Bułgarii. Na szczęście tak szybko się, skompromitowali niedołęstwem i korupcją,
że ponieśli zdecydowaną porażkę w wyborach 1996 roku. Wygrali antykomunistyczni
demokraci ci, których Michnik określił jako „neofaszystów". I teraz Michnik
już nie raczej żadnych szans na brylowanie w bułgarskiej telewizji. Tym
bardziej, że do lamusa historii odszedł, jako całkowicie przegrany, bułgarski
druh Michnika, prezydent Żeliu Żelew, tak długo idący na rękę komunistom.
Dodajmy, że w listopadzie 1993 Michnik popisał się atakiem na przywódcę
czeskiej prawicy premiera Vaclava Klausa. W wywiadzie opublikowanym w
słowackiej Narodnej Obronie Michnik zarzucił Klausowi jakoby łączył liberalną
retorykę z socjalistyczną polityką (wg Rzeczypospolitej z 25 listopada 1993 r).
Klaus uznał zarzuty Michnika za absurdalne i głupie, uniemożliwiające
jakąkolwiek po ważniejszą polemikę.
Wysiłki Michnika, Geremka i ich towarzyszy dla ratowania partii komunistycznej
przed ostatecznym upadkiem, a nawet coraz częściej pojawiające się sugestie
potrzeby sojuszu z „komunistycznymi reformatorami", zaczęły budzić zrozumiały
niepokój uważnych zagranicznych obserwatorów sceny politycznej w Polsce o
poglądach antykomunistycznych. Alain Besancon w wywiadzie dla Tygodnika
Solidarność z 2 III 1990 r. ubolewał, że w Polsce: Nastąpił podział między
antystalinistami i antykomunistami: antykomuniści zostali odrzuceni na margines
(...). Porozumienie z komunistami nastąpiło kosztem jasnych propozycji dla
społeczeństwa (...). Krytykował fakt, że różni działacze dawnej opozycji w
Polsce, konsekwentnie pomniejszajązagrożenie komunistyczne w Polsce
stwierdzając: Od dziesięciu lat słyszę, choćby od Michnika czy Modzelewskiego,
że partia komunistyczna zanika powoli, ale systematycznie. Otóż mam dowody, że
tak wcale nie jest. Tekst Besanęona wywołał gniewną ripostę Michnika w G W z 22
III 1990 r. Michnik oskarżał Besanęona, że napisał tekst skrajnie niemądry,
pełen płycizny i braku kompetencji, wyrażający jego własną klęskę intelektualną
i polityczną. Zarzucał Besan9onowi, że w istocie nie ma żadnych dowodów na brak
zanikania partii komunistycznej.
Odpowiadając na atak Michnika Besancon zarzucił mu, że jest współwinny
kompromisu skleconego przy „okrągłym stole", który uratował przed całkowitym
upadkiem komunistyczną nomenklaturę. Istotę błędu Michnika widział w
wyidealizowaniu roli Gorbaczowa, potraktowaniu komunistycznego przywódcy jako
„oswobodziciela".
Prawdziwe oblicze Michnika szybko odkryła również znakomita włoska dziennikarka
Barbara Spinelli. Już jesienią 1989 r. dostrzegła, jak bardzo pozorne są zmiany
zachodzące w Polsce, i ostrzegała, że partia komunistyczna tylko się przyczaiła
i chroniąc swoich ludzi, czeka na chwilę, w której będzie mogła się odegrać (paryska Kultura, 1989, nr 11, s. 152). W
późniejszym szkicu (ze stycznia 1991 r. Spinelli pisząc wprost o zmarnowaniu
zwycięstwa polskiego narodu po 1989 roku, wśród osób odpowiedzialnych za to
wymieniła po nazwisku tylko jedną osobę - właśnie Michnika, stwierdzaj ąc:
(...) Broniąc postkomunistycznej demokracji, która umiała wprawdzie powstrzymać
inflację, ale nie potrafiła tolerować żadnej prawdziwej opozycji, Michnik zdaje
się przygotowywać do dziwnych i przewrotnych sojuszów. Michnik jest zresztą
tylko najbardziej jaskrawym wyrazem głębokiej dezorientacji duchowej, jaka
opanowała elitę intelektualną (...). Elitę, która nie chce mieć nic wspólnego z
Polską przedwojenną, która nie pamięta, co to znaczy służyć naprawdę krajowi,
która żywi pogardę do przedwojennych prób budowania demokracji. Elitę, która
jest dzieckiem komunizmu, której brak punktów odniesienia w przeszłości i która
siłą rzeczy należy po części do albumu rodzinnego Bieruta, Gomułki, Gierka i
Jaruzelskiego (...). (por. szerzej: J. R. Nowak: Myśli o Polsce i Polakach,
Katowice 1994 r., s. 294-295).
Prowokujący antyżydowskość
Z perspektywy lat coraz bardziej widoczna będzie rola Adama Michnika jako tego,
który zrobił niebywale wiele dla sprowokowania antyżydowskości w Polsce przez
swój fanatyzm i jawne prowokacje, haniebne ataki na polską historię (w stylu
ataku Cichego na Powstanie Warszawskie). Nikt bardziej niż Michnik nie
przyczynił się do utrudnienia autentycznego dialogu polsko-żydowskiego, on sam
jest jego widocznym przeciwstawieniem. Osobiście dużo bardziej wierzę w
możliwość dialogu z Szymonem Wiesenthalem niż Michnikiem. Rozmowa z
Wiesenthalem, choć niełatwa, może bowiem oprzeć się na wymianie poglądów ludzi o
stabilnych, ugruntowanych przekonaniach, jakichś podstawach w sferze uznanych
wartości. Na każdej wymianie poglądów z Michnikiem można tylko stracić, bo
byłaby to rozmowa z cynicznym, instrumentalnym krętaczem, dostosowującym swe
poglądy wyłącznie do najświeższych potrzeb politycznych.
Michnika donosy na Polskę
Ileż to razy Michnik bił na alarm na temat rzekomych skrajnych zagrożeń
nacjonalistycznych i antysemickich w Polsce. Ileż to razy wysmażał „skrajne
donosy na Polskę" do różnych gremiów zagranicznych. By przypomnieć choćby
dziwnie przemilczane w Polsce wystąpienie Michnika na Uniwersytecie Hebrajskim w
Jerozolimie w kwietniu 1990 r. Mówił tam, że w Polsce grozi antykomunistyczna
dyktatura; antykomunizm z bolszewicką twarzą, któremu towarzyszyć będzie
szowinizm, klerykalizm, populizm i ksenofobia, nie mówiąc o groźbie
antysemityzmu (por. Charles Hoffman: Gray Dawn. The Jews ofEastern Europę in the
Post—communist Era, New York 1992, s. 302). A potem nagle z głupia frant Michnik
występuje z udawaną obroną Polaków przed zarzutami antysemityzmu na spotkaniu z
przedstawicielami francuskich Żydów. A w książce Między panem a plebanem
przyznaje, że: partie, które startowały pod hasłami antysemickimi, nie dostały
ani jednego mandatu. W 1989 roku Michnikowska Gazeta Wyborcza maksymalnie
nagłaśnia akcję rabina Weissa w Oświęcimiu, popierając ją. W 1994 ten sam Michnik
określa akcję rabina Weissa z 1989 roku jako klasyczny przykład prowokowania
awantury. Jak więc zależnie od potrzeby występuje jako obrotowy Żydo-Polak,
odcinając odpowiednio kupony za każdym razem od zamanifestowanej postawy. To
przedstawia się jako zatroskany o los Polski patriota, to znów przyjmuje
fetowanie w Nowym Jorku jako „Żyd Roku 1991". W wydanej w 1995 roku książce
Między panem a Plebanem (s. 217) mówi: (...) Kto zajmuje się tym, co mówi
Bolesław Tejkowski? Nikt. W rzeczywistości to właśnie sam Michnik był
odpowiedzialny za maksymalne nagłośnienie tej szowinistycznej nicości (notabene
żydowskiego pochodzenia). Przypomnijmy, że właśnie w Gazecie Wyborczej z 4
lipca 1991 ukazał się ogromny wywiad z B. Tejkowskim na dwu kolumnach pt. Żydzi
są wszędzie, z wiadomym celem: maksymalnym nagłośnieniem, jaki to groźny
antysemityzm pojawia się w Polsce. Krzysztof Wolicki napiętnował publikację
wywiadu z Tejkowskim jako „nieprzyzwoitość" (GWz 10 lipca 1991), pisząc:
Publikując wywiad z Bolesławem Tejkowskim. („ GW" nr 154) złamaliście normy
przyzwoitości obowiązujące w krajach o demokratycznej tradycji.
Szczególnie haniebnym „donosem na Polskę" wyróżnił się Adam Michnik w rozmowie
z niemieckim socjologiem Jurgenem Habermasem w 1993 roku. Posunął się w niej do
stwierdzenia: Zanim tu Hitler przyszedł, myśmy założyli własny obóz
koncentracyjny w Berezie Kartuskiej (por. Polityka, 1993, nr 47). Skandaliczny
był sam fakt porównania hitlerowskich obozów zagłady z obozem odosobnienia w
Berezie Kartuskiej, który służył do bezwzględnego odizolowania na pewien czas
przeciwników politycznych, ale nie do ich wyniszczania. Kiedy takie stwierdzenie
Michnika ukazało się na łamach prasy niemieckiej, a później amerykańskiej (w
prestiżowym New York Times Review of the Book), sprzyjała potwierdzaniu
najgorszych oszczerstw o „polskich obozach koncentracyjnych".
Znamienne, że w kierowanej przez Michnika Gazecie Wyborczej w lipcu 1994 roku
ukazał się źródłowy artykuł Andrzeja Misiuka o obozie w Berezie Kartuskiej,
zakończony słowami: Porównywanie Berezy z hitlerowskimi obozami
koncentracyjnymi, powtarzające się w historiografii radzieckiej, służyło przede
wszystkim zafałszowaniu obrazu państwa polskiego. Rozmowa Michnika z Habermasem
udowodniła, że wcale nie trzeba sięgać do historiografii radzieckiej, by znaleźć
przykłady zafałszowywania obrazu państwa polskiego. Dosłownie pod ręką mamy
bowiem odpowiednie teksty Michnika.
W dziesiątą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce Michnik popisał się
tekstem: W imię przebaczenia(Gazeta Wyborcza, 13 grudnia 1991), w którym jak mógł
starał się wybielić autorów stanu wojennego, przypominając, że przecież i w
Drugiej Rzeczypospolitej też naruszano prawo, bo w maju 1926 roku dokonano
przewrotu w państwie, a 1930 roku w twierdzy brzeskiej osadzono przywódców
antysanacyjnej opozycji. I akcentował: / wtedy były ofiary, wdowy i sieroty.
Zapomniał tylko w swych porównaniach 1926 roku z 1981 rokiem o jednej
podstawowej sprawie, że Piłsudski stawał w swoim zamachu z oddziałami wojska
przeciw oddziałom wojska popierającym ówczesny rząd i prezydenta, podczas gdy
gen. Jaruzelski narzucił wojnę bezbronnemu narodowi, nie mając w nim większego
oparcia, za to tym większe w ciągłej groźbie interwencji „Wielkiego Brata" ze
Wschodu.
Trzeba przyznać, że Adam Michnik, syn Ozjasza Szechtera, człowieka karanego
sądowo w Drugiej Rzeczypospolitej za zdradziecką działalność przeciwko
ówczesnej Polsce, jest niebywale gorliwy w pomniejszaniu i zohydzaniu dorobku
ówczesnej Polski Niepodległej. Na przykład w Magazynie Gazety Wyborczej ( 1994,
nr 40) Michnik twierdził, że po śmierci Piłsudskiego władzę w państwie wzięły
jakieś czwartorzędne figury. Protestujący w związku z tą oceną Michnika
czytelnik z Wrocławia, Edmund Jaxa-Nagrodzki pisał, że wśród tych rzekomo
czwartorzędnych figur znaleźli się między innymi wicepremier inż. Eugeniusz
Kwiatkowski, prezydent RP prof. Ignacy Mościcki, minister spraw zagranicznych
płk. Józef Beck, minister oświaty i wyznań religijnych prof. Wojciech
Świętosławski, marszałek Edward Śmigły-Rydz (por. Magazyn Gazety Wyborczej z 4
lutego 1994).
Typowym przykładem oszczerczych pomówień Michnika w odniesieniu do historii
Polski, niestety pozostawionych bez żadnej demaskującej je publicznej riposty
był fragment tekstu Adama Michnika opublikowanego w Gazecie Wyborczej w kolejną
rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim. Pisał Michnik: Zarówno heroizm łudzi,
którzy pomagali Żydom, jak i podłość antysemitów są składnikiem polskiego
dziedzictwa. I jest to dziedzictwo tym bardziej kłopotliwe, że wśród tych
pierwszych byli także komuniści, późniejsi gloryfikatorzy stalinowskiego
terroru, a wśród tych drugich także bohaterowie antyhitlerowskiego podziemia i
ofiary stalinowskich procesów (A. Michnik: Bunt i milczenie, Gazeta Wyborcza,
17-18 kwietnia 1993). Zdumiewające, że nikt w całej prasie polskiej nie postawił
wówczas Michnikowi pytania, na czym oparł swoje obrzydliwe pomówienie? Dlaczego
nie zażądano, by wymienił choć jedno nazwisko bohatera antyhitlerowskiego
podziemia, który był jakoby podłym antysemitą! Bo tak przyparty do muru Michnik
mógłby tylko przepraszać za haniebne pomówienia, tak jak to musiał zrobić w
przypadku fałszywie oskarżonych przez niego działaczy „Mazowsza". Bo mógłby
najwyżej powołać się na fałsze ze stalinowskiej kuźni kłamstw, którymi
obsypywano skazanych na śmierć bohaterów AK, takich jak generał „Nir'Fieldorf.
Prawda o czasach wojny mówi, że właśnie AK robiła, co tylko było możliwe dla
ratowania Żydów (słynna zainicjowana przez nią Akcja Zegota), że dowództwo AK
wprowadziło wyrok śmierci na wszelkie przejawy donosicielstwa na Żydów, tzw.
szmalcownictwa.
W książce dialogu z ks. Tischnerem: Między panem a Plebanem (Kraków 1995, s.
167,187,191,3 85), Michnik starał się maksymalnie zdemonizować Marzec 1968, jako
rzekomo największe nieszczęście polskie po wojnie. Mówił, że: Marzec utytłał
polską świadomość, rok '68 to był horror horrorów, rok 1968 przyniósł wielką
rehabilitację polskiej megalomanii narodowej, która owocowała straszliwym
spustoszeniem społecznej substancji. I dodawał: Dla mnie Marzec to było rżenie
demona. Wtedy pierwszy raz za mojego życia w Polsce zarżał przerażający demon
nacjonalizmu. Wszystkie te oskarżenia o Marcu 1968 jako horrorze horrorów głosił
człowiek, którego rodzina żyła na znakomitych „synekurach" w dobie
rzeczywiście koszmarnego dla Polaków okresu stalinizmu.
Wydarzenia marcowe próbuje się przedstawiać jako najważniejsze, przełomowe wręcz
wydarzenie całej powojennej historii, i zarazem największą, a dla niektórych
jedyną zbrodnię komunizmu w Polsce. Jakże znamienna pod tym względem była
wypowiedź Adama Michnika z grudnia 1996 roku. Nawiązując do wypowiedzi pisarza
Octavio Paza, iż dla niego najważniejszą datą na drodze do odejścia od komunizmu
była śmierć Trockiego, zamordowanego w Meksyku, Michnik stwierdził: (...) Dla
Polaków mord na Trockim nic nie znaczył. Dla nas na tej drodze ważny jest Katyń
i rok 1968 (...) (Gazeta Wyborcza z 28-29 grudzień 1996 r.).
Dziwne, że nikt nie zareagował natychmiast na tak groteskowe kłamstwo Michnika,
zestawiające rzeczy tak nieporównywalne, jak Katyń i 1968 rok, przy równoczesnym
pominięciu 17 września 1939 r., zniszczenia AK, rządów stalinizmu w Polsce,
rozprawy z powstaniem w Poznaniu. Przeważająca większość Polaków nie musiała w
ogóle odchodzić od komunizmu, bo go nigdy nie zaakceptowała jako swego. W 1968
roku odchodziła od komunizmu niezbyt duża grupa ludzi Michnika czy Geremka.
Adam Michnik, jeden z czołowych współczesnych „gromicieli" polskiego
patriotyzmu, odpowiedzialny za haniebne szkalowanie Powstania Warszawskiego,
krytykował w cytowanej książce Między Panem a plebanem (s. 146) Prymasa
Tysiąclecia kardynała Stefana Wyszyńskiego za to, że ani razu nie zdobył się na
jednoznaczne potępienie antysemityzmu, istniejącego wśród Polaków i na polskiej
ziemi. Nie potępił przedwojennego getta ławkowego, ani pogromów antyżydowskich.
Tę krytykę wygłaszał Adam Michnik, człowiek, który nigdy nie zdobył się na
potępienie antypolonizmu twórców koncepcji „Judeo-Polonii", działań na szkodę
Polski, podejmowanych przez jakże licznych Żydów działaczy KPP i KPZU, w tym
jego ojca Szechtera, w którego gazecie, tak zdominowanej przez autorów
żydowskich, nigdy nie zdobyto się na uczciwy samorozrachunek z żydowską
antypolską kolaboracją z Sowietami na wschodnich kresach Drugiej
Rzeczypospolitej w latach 1939-1941.
Rokossowski „ofiarą" polskich „ksenofobów"
W grudniu 1994 roku Michnik posunął swe tropienie polskiego, nacjonalizmu i
ksenofobii do najwyższych granic absurdu, zarzucając, że w październiku 1956
polscy „nacjonaliści" domagali się usunięcia z aparatu władzy obcych, Ruskich,
Żydów eto. A więc, w odczuciu Michnika ksenofobią było żądanie usunięcia z
Polski narzuconego nam przez Stalina na ministra obrony „ruskiego" marszałka
Konstantego Rokossowskiego, polskim nacjonalizmem było żądanie usunięcia
sowieckich generałów z armii polskiej i sowieckich doradców z bezpieki i
informacji wojskowej. Niżej chyba już nie można było upaść od autora tak
głupawych stwierdzeń.
Po stronie bogatych
Mało pisano dotąd o roli Michnika i GW w stworzeniu bezkrytycznej aprobaty dla
planu Sorosa-Sachsa-Balcerowicza i konsekwentnym minimalizowaniu spowodowanych
przez niego szkód gospodarczych i społecznych.
23 VIII 1989 r. czytamy w G W tekst Czy Sachs powtórzy sukces Grabskiego? Dzień
później na pierwszej stronie publikowane jest omówienie programu J. Sachsa pod
wielce obiecującym tytułem Cud gospodarczy w Europie? (Sachs obiecuje:
Likwidujemy całkowicie inflację w ciągu sześciu miesięcy. Stopa życiowa zacznie
wzrastać za pól roku. Nie dajcie sobie wmówić, że radykalny program gospodarczy
wymaga cierpień i wyrzeczeń). W parze ze skrajną apologetyką planu
Sorosa-Sachsa-Balcerowicza idzie ciągle, konsekwentne przemilczanie tekstów,
podważających jego koncepcje czy ukazujących słabości realizacji. We wrześniu
1989 r. w G W zablokowano druk zamówionego wcześniej tekstu słynnego czeskiego
ekonomisty, późniejszego premiera Vaclava Klausa, na ten temat. Zablokowano ze
względu na to, że tekst okazał się krytyczny wobec planu (por. uwagi Klausa w
wywiadzie dla Rzeczpospolitej z 411990 r.).
Ciągła tendencyjność GW w wysławianiu rzekomych plusów planu
Sorosa-Sachsa-Balcerowicza nie była czymś przypadkowym. Wynikała ze skrajnej
niewrażliwości Michnika na los biedniejszych warstw społecznych. Z tego, że on
sam był i jest bez reszty zaangażowany po stronie bogatych beneficjentów
balcerowiczowskich przemian. Nader celnie obnażył to Gustaw Kerszman w paryskiej
Kulturze z grudnia 1995 r., przytaczając dialog Jacka Żakowskiego i Adama
Michnika z książki Między Panem a Plebanem:
(...) J. Żakowski: Ja ci opowiem, co to jest iluzja wolności w Polsce 1994 albo
1995. Mieszkasz w Mielcu. Nie masz pracy, twoja żona nie ma pracy, skończył wam
się zasiłek, wyłączyli wam prąd, zaraz was będą eksmitowali, goni was komornik i
nie masz cienia szansy na znalezienie żadnej roboty w promieniu pięćdziesięciu
czy stu kilometrów...
A. Michnik: Masz wolność, więc się możesz z tego Mielca wynieść. Możesz pojechać
do Krakowa i tam dostać pracę.,J. Żakowski: Właśnie, że nie możesz: nie masz na
bilet; nie masz gdzie mieszkać w Krakowie i jak wyjedziesz, nie będziesz miał
dokąd wrócić, bo komornik zabierze meble, a kwaterunek zajmie ci mieszkanie. To
jest zniewolenie może bardziej dotkliwe od tego, że dawniej nie dali ci
paszportu, albo nie pisali prawdy w gazecie, której przecież nikt nie kazał ci
czytać.
A.Michnik: Jakbym słyszał Bieruta (...).
Komentując słowa Michnika, Kerszman pisał: Chyba to upiór Homo sovieticus lub
inny zły duch podszepnął Michnikowi najpierw argumenty w stylu Marii Antoniny,
a później terrorystyczną próbę zamknięcia ust argumentacją naprawdę nie na j ego
poziomie. Autor paryskiej Kultury uznał Michnika za typowy przykład ewolucji
wielu działaczy opozycji demokratycznej po 1989 roku w stylu mickiewiczowskich
słów:
Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem
Demokrata przyjechał z Paryża baronem.
Dawni opozycyjni demokraci zamiast zatroszczyć się o to, by przemiany ustrojowe
służyły w możliwie największym stopniu interesom najsłabszych grup w
społeczeństwie, dążyli wyłącznie do zneutralizowania ich możliwości oporu wobec
procesów transformacji. Jak pisał Kerszman: Ludziom takim, jak mielecczanie
Żakowskiego, którym zmiana ustroju zamiast obiecywanej poprawy przyniosła
bolesne pogorszenie sytuacji życiowej, zaczęto wmawiać, że są sami sobie winni
jako pozbawieni przedsiębiorczości nieudacznicy. Jeśli przyjmowali los nie dość
pokornie, zarzucano im na dodatek nastroje roszczeniowe, niezrozumienie
konieczności ponoszenia ofiar na ołtarzu transformacji, populizm i inne brzydkie
rzeczy.
Krytykując postawę Michnika, który uznał za jedną z cech Homo sovieticus opory
przed błyszczeniem bogactwem wobec biednych, Kerszman stwierdził: Nie uważam
(...) za przyzwoite popisywanie się bogactwem wobec ludzi, których nie bardzo
stać na chleb czy lekarstwa (...). Jeśli ograniczenia dotyczą spraw bardzo
żywotnych: zaspokojenia podstawowych potrzeb biologicznych, leczenia, nauki,
działają nie tylko boleśnie, ale też upokażająco i poniżająca (Kultura 1995 r,
nr 12, s. 116, 123).
Wychowawca czy deprawator?
Jan Skórzyński w tytule panegirycznego artykułu poświęconego Michnikowi na
łamach Rzeczypospolitej z 14 XII ub. r. zapytuje Polityk czy wychowawca? Cóż za
groteskowe postawienie sprawy w odniesieniu do Michnika! Pokazaliśmy już do
jakiego stopnia był destrukcyjnym, nawet dla własnego obozu, w warunkach
demokratycznego życia politycznego po 1989 roku. Najszczerszą prawdą jest to, co
sam kiedyś powiedział krygując się w ankiecie Polityki: Największym moim błędem
jest to, że zająłem się polityką (Polityka z 23-30 XII 1989 r.). Szczytem
satyry wydaje się zaś nazwanie Michnika wychowawcą. Naczelny G W musiał długo,
długo chichotać po przeczytaniu takiego określenia pod swoim adresem. Nazwać
wychowawcą czołowego obok Urbana niszczyciela wartości, narodowego nihilistę
i niszczyciela wartości narodowych tradycji, najprzebieglejszego harcownika
walki z religią i tradycyjnymi wartościami etycznymi. Amoralny wychowawca? A oto
próbka wzorców moralnych, lansowanych przez „wychowawcę" z Wyborczej (cytuję za
artykułem Michnika w G W z 31 XII 1992 r.): (...) Zwycięski Bili Clinton, który
w młodości palił „ trawkę ", nie chciał walczyć w Wietnamie i ponoć nawet
miał poza małżeńską kochankę, będzie być może i dla nas propozycją jakiegoś
innego wariantu amerykańskiego mitu, jakiejś innej, bardziej nowoczesnej
propozycji cywilizacyjnej (...).
Oto propozycje „cywilizacyjne" na miarę „nowoczesnego" wychowawcy-Michnika:
„palenie trawki", niechęć do walczenia w narodowej armii i niewierność
małżeńska. Jest to oczywiście pewien dość konsekwentny styl życia, cóż to ma
jednak wspólnego ze wzorami wychowawczymi?! Warto przypomnieć wspominkowe uwagi
Jacka Kuronia na temat innej z cech „wychowawcy" Adama Michnika: (...) A Adaś
jest książkowym wariatem. Swego czasu wylansował modę na kradzież książek.
Kradł, to znaczy brał u kogoś z półki i sobie zabierał (...). (cyt. za
publikowaną w Res Publice z marca 1996 r. rozmową z Kuroniem Na trzy sposoby, s.
51).
Właściwie to powinno się Michnikowi współczuć. Niewiele jest osób, które do tego
stopnia zaprzepaściłyby swoje talenty, bezbłędnie zmierzając ku nieuchronnej
auto kompromitacji. Swojej i swojego obozu - Unii Wolności.