
|
Dawna Polska i jej oszczercy
„Gromiciele" polskich powstań Szkalowanie Drugiej Rzeczypospolitej Pomniejszanie i przemilczanie polskiego czynu zbrojnego i polskiej martyrologii w latach 1939-1945Antykatolickie uprzedzenia w podręcznikach historii W obronie polskiej godności (polemika) |
Fałsze o polskiej "nietolerancji"
Nihilista "buszujący w historii"
Oszczercze ataki na księdza Kordeckiego
Oczernianie dowódców Powstania Styczniowego
Miernoty - Kukiel i Mikołajczyk
Konstytucja 3 Maja "krzywdziła" inne narody
Jan Paweł II apelował w listopadzie 1994 roku w kierowanych do młodzieży słowach: Nie zagubcie pamięci, bo człowiek bez pamięci jest osobą pozbawioną przyszłości. W Polsce powojennej kolejne pokolenia młodzieży miały to nieszczęście, że wciąż natykały się na uporczywe zabijanie pamięci przez komunistycznych rządców, w interesie sowieckiego zwierzchnictwa. Począwszy od doby stalinowskiej, gdy jak wspominał później słynny polski historyk profesor Tadeusz Manteuffel: wszystkie powstałe w latach stalinowskich zarysy dziejów Polski czynią wrażenie, jak gdyby były pisane w stolicach nieprzyjaznych nam państw zaborczych. Zabijanie narodowej pamięci kontynuowano dalej, choć nie w tak wielkich rozmiarach, także i w następnych dziesięcioleciach PRL-u. Dość przypomnieć całe wielkie kampanie ataków na powstania narodowe i "polską bohaterszczyznę" na przełomie lat 50. i 60. czy ataki na "dzieje głupoty" Polaków w dobie jaruzelszczyzny, ówczesne wybielania Targowicy i w. księcia Konstantego.
Fałsze o polskiej "nietolerancji"
Ulubionym motywem nieuka-laureata, powracającym wciąż jak jedna z nici przewodnich jego artykułów, jest podważanie znaczenia tolerancji w Polsce (por. J.A. Majcherek W poszukiwaniu nowej tożsamości, Warszawa 2000, s. 12-13, 23, 41, 72, 209). Majcherek głosi, że: Legenda polskiej tolerancji jest mocno zmitologizowana i zmistyfikowana, że co do tolerancji zaś, to kłopot z nią główny ten, że rozwinęła się bardzo dawno i w toku dziejów słabła. Kiedy indziej twierdzi, że w Polsce dość szybko nastąpił kres tolerancji, bo już w 1596 r. Kościół katolicki odmówił równouprawnienia (m.in. wejścia do Senatu) biskupom unickim, a w 1658 r. nastąpiło wygnanie Braci Polskich i Czeskich, w 1673 r. - pozbawienie niekatolików dostępu do nobilitacji i indygenatu, w 1718 r. usunięcie ostatniego posła kalwińskiego z Senatu). Za to na zachodzie nagle zaczął się, według Majcherka, rozkwit tolerancji: po pokoju westfalskim w Europie prześladowania religijne stopniowo ustają, a niedługo potem (List o tolerancji Johna Locke'a z 1689 r.) następuje szybki wzrost tolerancji i praw obywatelskich w zachodnich społeczeństwach. Czy J.A. Majcherek publicysta-nieuk z "Rzeczpospolitej" cokolwiek słyszał o tym, co działo się we Francji pod koniec XVII i na początku XVIII wieku, a więc wtedy, gdy według niego nastąpił szybki wzrost tolerancji na Zachodzie? Czy słyszał o odwołaniu przez króla Ludwika XIV w 1685 r. edyktu nantejskiego i postanowieniach wprowadzających zakaz nabożeństw kalwińskich i wygnanie pastorów, nie mówiąc o surowych karach wobec wszystkich, którzy chcieliby uchodzić przed tymi represjami za granice państwa (Francję opuściło aż 100 tys. protestantów pomimo tych zakazów)? Czy słyszał o trwających całe lata okrutnych dragonadach? A może coś słyszał o tym, że okrutne kary wobec hugenotów spowodowały wybuch tzw. powstania kamisardów w latach 1702-1705? Przypomnijmy, że w "tolerancyjnej" Francji protestanci odzyskali prawa cywilne dopiero w 1787 roku. I przypomnijmy także, jak w tej "tolerancyjnej" Francji podczas rewolucji w latach 1792-1793 doszło do wybuchu prawdziwego amoku antyreligijnego (topienia setek księży w Loarze, gilotynowanie karmelitanek, rzezi dziesiątków tysięcy katolickich chłopów w Wandei).
Czy nasz nieuk z taką swadą powołujący się na List o tolerancji angielskiego filozofa Johna Locke'a z 1689 roku coś wie o tym, że w tejże "tolerancyjnej" Anglii dokładnie 30 lat później - w 1719 - roku wydano straszne prawa karne przeciwko katolikom irlandzkim, zabraniające im w ogóle nabywania ziemi w drodze kupna czy daru, czy nawet dzierżawienia jej na dłużej niż 31 lat? Inne postanowienie zamykało katolikom drogę nawet do najdrobniejszych urzędów i funkcji publicznych i bardzo wielu zawodów (np. nauczyciela, drukarza, księgarza). Dodajmy, że za pobyt biskupów czy zakonników w Irlandii groziła kara śmierci (por. S. Grzybowski Historia Irlandii, Warszawa 1977, s. 242). Czy nieuk-publicysta coś słyszał o wielkich, krwawych rozruchach antykatolickich w Londynie w 1780 roku, znanych pod nazwą buntu Gordona? Czy słyszał o bezwzględnych prześladowaniach katolików w Irlandii w XIX wieku? Czy coś wie o tym, że główną przyczyną wybuchu największego węgierskiego powstania narodowego pod wodzą księcia Franciszka II Rakoczego w 1703 roku był okrutny sposób, w jaki "tolerancyjna" Austria pod rządami fanatycznego rzecznika kontrreformacji - despotycznego cesarza Leopolda I - prześladowała węgierskich protestantów? Czy nieuk z "Rzeczpospolitej" coś wie o okrutnych prześladowaniach ludzi z innych niż prawosławne wyznań w Rosji carów w XVIII i XIX w., począwszy od mordu bazylianów w Połocku w 1705 roku za cara Piotra I, o tym, że tysiące rosyjskich starowierców uciekało przed represjami do Polski? O tym, co przypomniał w 1890 r. rosyjski historyk Wasilij A. Bilbasow, że w XVIII wieku odgrywała Polska w stosunku do emigracji rosyjskiej rolę dzisiejszej Szwajcarii.
Gdyby nieuk-publicysta trochę więcej czytał, to dowiedziałby się, choćby z Dziejów Polski nowożytnej Władysława Konopczyńskiego (Warszawa 1986, t. II, s. 183), że położenie różnowierców w Polsce było nawet bez porównania lepsze niż położenie ich we Francji, Hiszpanii lub Austrii, a tym bardziej niż położenie katolików w Anglii, Szwecji i Danii albo sytuacja unitów i starowierców w Rosji. Dowiedziałby się również, że w Polsce w latach 1768 i 1773 zniesiono wszystkie poprzednie ograniczenia wobec różnowierców, poza utrzymaniem jedynie zamknięcia przed nimi drogi do stanowisk ministerialnych, krzeseł senatorskich i wyższych urzędów państwowych.
Dodajmy to, o czym najwyraźniej nie wie niedouczek z "Rzeczpospolitej" - w ostatnim ćwierćwieczu istnienia Rzeczypospolitej szlacheckiej nie odnotowano żadnego śladu zatargów między katolikami a przedstawicielami innych wyznań. Symbolem panującej wówczas tolerancji religijnej był wzniesiony w Warszawie w latach 1777-1781 okazały budynek zboru luterańskiego, zbudowany przez słynnego architekta Szymona Bogumiła Zuga. Wielki Sejm czteroletni uchwalił 3 maja 1791 r. pełną swobodę kultu dla wszystkich wyznań, nie wyłączając nawet kwakrów, menonitów czy anabaptystów. Wszyscy przedstawiciele innych wyznań, podobnie jak katolicy, pełnię praw obywatelskich, a w tym prawo posłowania na sejmy i sejmiki, udziału w trybunałach sądowych etc. (Jedynie stanowiska ministrów zastrzeżono dla katolików.) Bardzo wielką rolę w upowszechnieniu idei tolerancji religijnej w Polsce odgrywały szkoły pod nadzorem powołanej w 1773 r. Komisji Edukacji Narodowej, pierwszego w Europie ministerstwa oświaty. Uczyły one szacunku dla innych wyznań, wskazując na korzyści dla narodu, wynikające z tolerancji religijnej. Przypomnijmy, że w takiej np. Anglii ograniczenia prawne wobec katolików istniały jeszcze do 1829 roku, a w Szwecji nawet jeszcze 20 lat dłużej. Dodać można przy tym, że np. w Szwajcarii uprzedzenia na tle religijnym jeszcze w 1847 roku doprowadziły do wojny domowej między kantonami katolickimi a protestanckimi. W Hiszpanii w XIX wieku dochodziło do przeróżnych wybuchów fanatyzmu religijnego i antyreligijnego (np. palenia kościołów), a jeszcze w 1936 roku fanatyzm antyreligijnej polityki republikanów był jedną z głównych przyczyn wybuchu krwawej wojny domowej. Nie trzeba dodawać, co się dzieje jeszcze dziś pod koniec XX wieku w północnej Irlandii między katolikami a protestantami.
Przypomniałem tak szeroko fakty
o polskiej tolerancji, ponieważ w ostatnich latach coraz częściej spotykamy
się z oszczerczymi próbami jej podważania. Na łamach ulubionego organu J.A.
Majcherka "Rzeczpospolitej" wystąpił w tym stylu m.in. były autor
tamtejszych przeglądów prasy pt. Na zdrowy rozum - Szot. W
przeglądzie prasy z 29-30 lipca 1995 r. Szot, powołując się na "odbrązowiające"
Polaków stwierdzenia "Gazety Pomorskiej" głosił, że przekonanie Polaków o
tym, jakoby byli niezwykle tolerancyjni, nie znajduje, poza chlubnymi
wyjątkami, potwierdzenia w historii. Z potępieniem przypominania o polskiej
tolerancji wystąpił jeden z byłych luminarzy stanu wojennego, Wacław
Sadkowski, z nadania władz PRL były komisaryczny zarządca Pen Clubu w dobie
jaruzelszczyzny (por. uwagi na temat jego ówczesnych "wyczynów" w "Kulturze
Niezależnej" z 1986 r., nr 22-23 i z 1987 r., nr 32). Występując na promocji
albumu M. Niezabitowskiej i T. Tomaszewskiego o współczesnych polskich
Żydach, Sadkowski pochwalił autorów za to, że ustrzegli się dwóch
obrzydliwości (podkreślenie - J.R.N.), często przy tym temacie
(żydowskim - J.R.N.) popełnianych. Nie ma tam ani słowa o tolerancji i
ani słowa o gościnności. Bo niby dlaczego człowieka, który umie żyć z drugim
człowiekiem, nazywać tolerancyjnym (por. A. Wróblewska Samotni,
biedni, starzy - ostatni Żydzi polscy, "Życie Warszawy" z 12
października 1993 r.). Mamy więc nie pozwalać sobie na przypominanie
polskiej tolerancji, a zamiast tego cierpliwie znosić publicystyczne wybryki
różnych nieuków w stylu Majcherka, oskarżających właśnie Polaków o
nietolerancję. I bezmyślnie godzić się z przedrukami różnych antypolskich
głupot na ten temat (vide przykład Wichrów wojny
popularnego amerykańskiego pisarza Hermana Wouka, gdzie można przeczytać
taki oto szokujący komentarz, włożony w usta żydowskiej postaci książki -
doktora Jastrowa: Młodzi ludzie, a szczególnie młodzi Amerykanie, nie
zdają sobie sprawy, że europejska tolerancja wobec Żydów liczy sobie od
pięćdziesięciu do stu lat i nigdy głęboko się nie zakorzeniła. Do Polski,
gdzie się urodziłem, w ogóle nie doszła" (H. Wouk Wichry wojny,
Warszawa 1993, t. I, Natalia, s. 38). Polskie wydawnictwo nie zdobyło
się nawet na opatrzenie krytycznym odnośnikiem tego tak ewidentnego,
potwornego, antypolskiego fałszu.
To nie Polacy wymyślili "zmistyfikowaną" legendę o polskiej tolerancji. Prawdę, a nie legendę, o ogromnym znaczeniu polskiej tolerancji przyznawał nawet zatwardziały wróg Polski, pruski feldmarszałek Helmut von Moltke, pisząc, że: Przez długi przeciąg czasu Polska przewyższała wszystkie inne kraje Europy swoją tolerancją i to, że w Polsce panowała daleko większa tolerancja niż we wszystkich innych krajach Europy. Wróg Polski von Moltke przyznawał więc to, czemu usiłuje dziś zaprzeczyć polskojęzyczny filozof-nieuk J.A. Majcherek. To w Wielkiej Encyklopedii Francuskiej z XVIII wieku, redagowanej przez skądinąd niezbyt lubiącego Polskę Denisa Diderota sławiono polską tolerancją, przypominając, że naród polski brał bardzo mały udział we wszystkich wojnach religijnych (...) jest to kraj, gdzie spalono najmniej ludzi za to, że pomylili się w dogmacie. Można by przytoczyć świadectwa całego legionu cudzoziemców, wysławiających niezwykłe na tle całej ówczesnej Europy rozmiary polskiej tolerancji religijnej (m.in. J. Bodina, T. Morysona, markiza d'Oria, J.S. Komenskyego, C.C. de Rulhiere, lorda H. Broughama, L.A. Carracioliego, który pisał, że jeśli w Europie istniał naród tolerancyjny, to byli nim bez wątpienia Polacy.
Majcherek stara się również maksymalnie podważyć pochwały pod adresem parlamentaryzmu dawnej Polski, akcentując, że istnieją na świecie starsze i lepiej rozwinięte systemy parlamentarne, a to, co było specyfiką polskiego, zaszczytu mu akurat nie przynosi: brak uporządkowanej i sprawnej władzy wykonawczej (rządu) oraz zasada powszechnej zgody, czyli liberum veto. Nieukowi-publicyście z "Rzeczpospolitej" radziłbym przeczytać to, co napisał o dokonaniach dawnej Rzeczypospolitej, choćby w zakresie tradycji praw człowieka, Jerzy Surdykowski, skądinąd znany jako panegiryczny chwalca Zachodu, jak najodleglejszy od polskich opcji narodowych. Otóż - według Surdykowskiego: szlachecka Rzeczpospolita polsko-litewska miała już swoje pakty praw człowieka w drugiej połowie XV wieku, ukształtowany system parlamentarny i trójpodział władz na początku XVI wieku - dwa i pół stulecia przed Monteskiuszem (...) polska myśl demokratyczna - przez dwa stulecia udany i skuteczny - eksperyment szlacheckiej demokracji oddziałały na zachodnioeuropejską myśl polityczną (...). Frycz Modrzewski miał na pewno wpływ na Hugo Grotiusa - i tak dalej, i tak dalej, aż do wielkich postaci francuskiego Oświecenia. Przecież Artykuły Henrykowskie z 1573 roku, opisujące całokształt ustroju politycznego państwa, są w praktyce pierwszą polską konstytucją, o wiele wcześniejszą od amerykańskiej, choć wtedy nie używano jeszcze tego miana (...) (J. Surdykowski Czego uczyć się od Ameryki, "Rzeczpospolita" 5-6 lipca 1997 r.).
Nieukowi-lauretowi radziłbym również zajrzeć do prac cytowanego już znakomitego, zagranicznego znawcy dziejów Polski, słynnego, amerykańskiego historyka Roberta Howarda Lorda. W książce Polska (Lwów 1921) R.H. Lord pisał: Dawne państwo polskie to próba o wysoce oryginalnym i zaciekawiającym charakterze (...). W szesnastym i siedemnastym wieku republika ta była najswobodniejszym państwem w Europie, państwem, w którym przeważała wolność konstytucyjna, obywatelska i umysłowa. Niedouczkowi z "Rzeczpospolitej" radziłbym zajrzeć również do obiektywnej oceny historii dawnej Polski danej przez wybitnego niemieckiego historyka Harolda Laeuena w książce Polnische Tragödie (wydanej w Stuttgarcie w 1955 r. - zyskała ona sobie trzy wydania w Niemczech), Laeuen pisał w swej historii Polski z prawdziwym entuzjazmem o dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako wspaniałym państwie ogromnych wolności politycznych i religijnych, które przeciwstawiał prymitywnemu pruskiemu drylowi i carskiemu barbarzyństwu. Pionierską rolę Polski w dziedzinie parlamentaryzmu najlepiej ilustrował fakt, że w XVI wieku aż 10 procent całego społeczeństwa wpływało na wybór posłów do parlamentu, podczas gdy w Anglii jeszcze w 1832 roku tylko 4,9 procent ludności miało prawo wyborcze. Jeszcze w 1505 roku w Polsce przyjęto uchwaloną na Sejmie ustawę nihil novi gwarantującą, że władcy nie będą mogli wprowadzać żadnych nowych zarządzeń bez wspólnego zezwolenia senatorów i posłów do Sejmu. Ustawa Nihil novi zapobiegła wszelkim możliwościom absolutnych działań ze strony królów, nie mówiąc już o groźbie tyranii, tak częstej wówczas w innych krajach Europy. W Polsce już w 1505 roku, a więc na sto kilkadziesiąt lat przed głośnym angielskim Habeas Corupus zapewniono bezpieczeństwo obywatelom w sprawie groźby naruszenia ich praw i nietykalności osobistej przez arbitralne działania króla i jego urzędników.
Nihilista "buszujący w historii"
Podobnym do Majcherka, maniakalnym wręcz, "przyczerniaczem" i "odbrązowiaczem" historii Polski jest stały felietonista "Polityki" Ludwik Stomma. W felietonach, wydanych w 1993 r. w formie książkowej pt. Królów polskich przypadki Stomma wybrał bardzo prostą metodę "odbrązowiania" dziejów Polski. Polegała ona na apoteozowaniu największych niedołęgów i głupców lub szkodników z historii Polski typu Władysława Hermana, Michała Korybuta Wiśniowieckiego czy Augusta II Sasa i równoczesnego starannego mieszania z błotem największych władców polskich, jak: Bolesława Chrobrego, Krzywoustego, Łokietka, Kazimierza Jagielończyka czy Batorego. Jak to trafnie podsumował Bronisław Wildstein W "Rzeczpospolitej" z 6-7 listopada 1993 r.: Metoda Stommy jest prosta. Jeśli monarcha jakiś jest w historii powszechnie uznany za gnuśnego, nieudolnego czy wręcz zbrodniczego, Stomma prezentuje go jako wzór cnót; i na odwrót: jeżeli wydarzenie jakieś uznane zostaje za brzemienne w złowrogie konsekwencje, Stomma robi wszystko, aby ukazać, że było dokładnie przeciwnie. I dokonuje tego, absolutnie nie licząc się z udokumentowanymi faktami historycznymi, dowolnie je fałszując i przeinaczając. Wildstein uznał taką metodę pisania za jaskrawy przejaw "nihilizmu historycznego, buszowania w historii", byle tylko dowieść z góry wymyślonych tez. Takich na przykład, jak w opowieści o Władysławie Hermanie ("Polityka", nr 42 z 1993 r.) dowodzącej, że trucicielscy włoscy Borgowie różnili się od polskich Piastów tylko brakiem hipokryzji.
Przy tym wszystkim Stomma ciągle starannie zabiega o utrwalenie swego ulubionego schematu: źli Polacy i dobrzy cudzoziemcy, biedni prześladowani Żydzi i dobrzy Niemcy. Źli Polacy, powszechnie uważani za symbol patriotyzmu i "dobrzy" ci, którzy powszechnie uważani byli za zdrajców interesów polskich. Na przykład "zły arcybiskup gnieźnieński" Świnka i "dobry" zniemczony biskup-buntownik przeciw Łokietkowi - Muskata. "Zły" - "półpanek kujawski" - Łokietek, który niepotrzebne przeciwstawia się "wielkim" wizjom Wacława II. "Płatny propagandysta" (Gal Anonim) i przedstawiony przez Stommę (s. 124) jako największy karierowicz i dorobkiewicz w całej historii Polski Jan Zamoyski. Maksymalnie wybielony August II Sas, tak konsekwentnie knujący na szkodę Polski, wyrasta u Stommy do roli "przegranego tytana" jako utalentowany, "najbardziej wykształcony i najsubtelniej inteligentny, chcący dobrze". I "przeszkadzający" mu w jego tak dobrych chęciach polski naród - Naród bezrządny i zakleszczony w prymitywnych waśniach, pogardzający jednak wszystkim i wszystkimi dookoła (L. Stomma: Królów polskich przypadki, Warszawa 1993, s. 156).
Typowe dla metody pisania L. Stommy, skądinąd gorliwego tropiciela "polskiego antysemityzmu", było przedstawienie wydarzeń z czasów buntu niemieckich mieszczan w Krakowie za Łokietka. Stomma, fałszując historię, przestawił tłumienie tego buntu niemieckich mieszczan jako okrutny pogrom Żydów. Zmuszanie przez Polaków do wypowiadania przez mieszczan słów: soczewica, koło, miele młyn (których niepoprawne wymówienie demaskowało Niemców) było według Stommy świadomym morderczym tekstem polskich czternastowiecznych rasistów dla Żydów. Niemieccy mieszczanie bowiem byli, według Stommy (s. 57), już dobrze zasymilowani i potrafili bez trudu przejść przez niebezpieczną próbę. A ofiarą polskiej "krwiożerczości" padali jak zwykle biedni Żydzi (!).
Trudno się szczególnie dziwić, kiedy nieprawdziwe przyczerniające obraz Polski uogólnienia wypowiadają różni publicyści i felietoniści tylu filozofa Majcherka i etnografa Stommy, nie mających głębszego pojęcia o historii Polski. Prawdziwą przykrość sprawia jednak to, że za modą łatwych pejoratywnych uogólnień o dziejach Polaków czasami idą nawet wybitni historycy, znani z erudycji. Myślę tu przede wszystkim o prof. Januszu Tazbirze, jednym z najbardziej oczytanych i wielostronnych polskich historyków, znanym z umiejętności łączenia wiedzy o historii politycznej z głębokim znawstwem dziejów kultury, autorem piszącym świetną polszczyzną. Profesor Tazbir, który tak samo zasłużył się książkami przypominającymi znaczenie polskiej tolerancji (m.in. Państwem bez stosów), dziś wyraźnie powiela różne stereotypy z "Gazety Wyborczej", snując niczym nie uzasadnione, za to "modne" i wielce "poprawne politycznie" uogólnienia o rzekomej polskiej "megalomanii i ksenofobii" w dawnych wiekach. Szczególnie mocno rozpisuje się na ten temat w książce Polska na zakrętach dziejów (por. np. s. 18, 37, 43, 192). Co zabawniejsze, jego piętnowania domniemanej "megalomanii" i "ksenofobii" polskiej szlachty nierzadko gruntownie kontrastują z innymi fragmentami jego książki. Kiedy na przykład pisze (s. 43), iż: Rozwój megalomanii narodowej, o której wspominałem na wstępie, nie położył wcale kresu powszechnym narzekaniom wszystkich i na wszystko. Jacyż dziwni byli ci polscy "megalomani", którzy będąc przepełnieni manią wielkości, wciąż uparcie na wszystko narzekali?! Trudno tu nie zgodzić się z uwagą na temat książki prof. Tazbira, zawartą w szkicu Roberta Kościelnego Historyk na zakręcie dziejów ("Arcana" nr 5/17 z 1997 r.) pytającego: Jak pogodzić wybujałą samoakceptację z radykalną samokrytyką, wie chyba tylko autor.
Dawni Polacy, tak niefortunnie ganieni przez prof. Tazbira za rzekomą ksenofobię, w rzeczywistości odznaczali się niezwykle życzliwym stosunkiem do cudzoziemców, na skalę wprost niespotykaną nigdzie indziej w Europie. Teresa Chynczewska-Hennel pisała w źródłowej książce Rzeczpospolita XVII wieku w oczach cudzoziemców (Wrocław 1993, s. 207), iż: Wszyscy cudzoziemcy zgodnie wychwalali polską gościnność, nie spotykaną, jak twierdzili zgodnie, w żadnym innym kraju europejskim (...). Od ubogiego węgierskiego studenta począwszy do wysokich dyplomatów przybywających do Polski z różnych strony Europy - zetknięcie się z polską gościnnością pozostawiało na wszystkich niezatarte wspomnienia. Można by bardzo długo wyliczać pełne zachwytu relacje cudzoziemców o gościnności, z jaką traktują "obcych" w Polsce rzekomi polscy ksenofobi. Oto kilka jakże wymownych przykładów. Francuski dworzanin Gaspar de Tende (Hauteville), który przebywał w Polsce wiele lat za czasów króla Jana Kazimierza, wspominał: Polska szlachta jest z natury bardzo uprzejma. Kiedy cudzoziemcy przejeżdżają przez ich kraj (...) goszczą ich jak mogą najlepiej (...). Znałem takich, którzy gościli u siebie zupełnie nieznanych im Francuzów, Włochów czy Niemców, żywiąc ich, póki nie znaleźli sobie zajęcia. Inny cudzoziemiec - Fryzyjczyk Ulryk Werdum - pisał, że Polacy są ciekawi świata tak bardzo, iż zaczepiają każdego napotkanego po drodze podróżnego, zapraszając czy wręcz zmuszając do odwiedzin najbliższej karczmy. Tam przy wspólnej wypitce wypytują swego gościa o wszystko. Trudno chyba zaliczyć taką ciekawość świata do objawów ksenofobii. Inny cudzoziemiec, francuski podróżnik po Polsce XVII wieku - Payen - pisał o niezwykłej wręcz gościnności w Polsce, wyrażającej się w iście zaborczym wręcz stosunku do przypadkowo napotykanego cudzoziemca, zmuszanego do długotrwałej gościny. Znana skądinąd z ostrości spojrzenia pisarka francuska Germaine de Staël, nie ukrywając przeróżnych słabości Polski, równocześnie zauważała: Czego jednak nie można się nachwalić, to dobroci ludu i szlachetności możnych. Słynny XIX-wieczny historyk francuski tak pisał o Polakach dziś z taką swadą piętnowanych jako rzekomych "ksenofobach": naród spomiędzy wszystkich najbardziej ludzki (...). Naród wspaniały, gościnny, naród dający, że tak powiem, naród, dla której hojność bez granic była potrzebą serca (...). Wystawiał podobne cechy Polaków słynny duński pisarz i krytyk żydowskiego pochodzenia George Brandes (Morris Cohen), pisząc m.in.: Gościnność jest bardzo wielka i pełna smaku (...) Polska jest symbolem, symbolem wszystkiego, co najszlachetniejsi w ludzkości umiłowali i za co walczyli. Wychwalał nie znające granic gościnność i uprzejmość Polaków również amerykański autor książki o Polsce z początków XX wieku Louis E. Van Norman. Skądinąd sam prof. Janusz Tazbir, piętnujący rzekomo "dość powszechną ksenofobię Polaków" - tuż obok przyznaje, iż Polacy wyróżniali się "gościnnością, okazywaną podróżującym po Rzeczypospolitej Włochom, Francuzom czy Anglikom. Uderzało to obcych podróżników, doznających na zachodzie Europy dość chłodnego raczej przyjęcia. (J. Tazbir: Polska..., op.cit., s. 192). Słodką tajemnicą prof. Tazbira jest wyjaśnienie, jak Polacy godzili tę tak wielką gościnność wobec obcych z rzekomą ksenofobią. Polemizujący z tezami Tazbira Robert Kościelny przypomina w "Arcanach", że rzekomo "ksenofobiczna" polska szlachta tylko cztery razy w ciągu dwustu lat funkcjonowania wolnej elekcji sięgnęła po rodzimych kandydatów. Tacy skrajni "ksenofobowie", a wciąż wybierali obcych na swych władców. Zdumiewa łatwość, z jaką świetny znawca historii Polski prof. Tazbir tak pochopnie rzuca oskarżenia na dawnych Polaków. Jak słusznie pisze o książce Tazbira Robert Kościelny: rzeczywisty mankament pracy objawia się w tym, że autor żadnego z poruszonych, istotniejszych problemów nie wyjaśnia, natomiast opinie wzięte z poczytnych gazet przedstawia tak, jakby były prawdami objawionymi. Wyraźnie wygląda na to, że prof. Tazbir robi to "w pogoni za aktualną modą" (by tak parafrazować tytuł jego innej książki W pogoni za Europą (Warszawa 1998).
Profesor Tazbir piętnuje "brzmiące dziś nader aktualnie" "nasycone ksenofobią tyrady" szlachty uskarżającej się na nadmierne faworyzowanie obcych na dworze królewskim. Zastanówmy się jednak, czy te tyrady były rzeczywiście pozbawione uzasadnienia w sytuacjach, gdy jakże często cudzoziemcy nadużywali polskiej gościnności, niemiłosiernie oskubując naiwnie zawierzającym gościom Polaków. Przecież już lekarz króla Jana III Sobieskiego Bernard O'Connor zauważył, że Polacy zawsze łatwiej dadzą się oszukać niż oszukają innych. Przypomnijmy, co pisał najsłynniejszy żydowski historyk XIX wieku Heinrich Graetz o "krętactwie" polskich Żydów nagminnie oszukujących swych polskich sąsiadów: Rzetelność i prawość nie wiedzieć gdzie się u wielu podziały (...). Tłum przyswoił sobie tę krętą dialektykę szkół talmudycznych i posługiwał się nią do wyprowadzenia w pole mniej sprytnych osobników. Co prawda, trudno było zażyć z mańki kutych na cztery nogi współwyznawców, ale świat nieżydowski, z którym obcowali, poczuł ku swojej szkodzie tę przewagę pomysłowego ducha Żydów polskich (por. H. Gaetz: Historja Żydów, Warszawa 1929, t. 8, s. 366). Czy trzeba przypominać, iluż cudzoziemskich oszustów i szarlatanów przewinęło się przez dwór wielce łaskawego dla wszystkich zagraniczniaków króla Stanisława Poniatowskiego? Czy reakcję na nagminne oszustwa "cudzoziemców" wobec naiwnych Sarmatów można traktować jako ksenofobię?!
Wybielanie Zakonu Krzyżackiego
A oto, jak Krzemiński przedstawia dwie "legendy" o Krzyżakach: polską i niemiecką, od których należy natychmiast odejść: Oto leżą na stole dwie przeciwstawne literackie legendy Krzyżaków i Grunwaldu. Tę polską znamy. Zdradziecki, złowrogi Zakon wykorzystuje naiwność Konrada Mazowieckiego, fałszuje bullę papieską, prowadzi eksterminacyjne wyprawy przeciwko Prusom, Litwie i Polsce, tworzy nowoczesne państwo militarne, kierowane przez elitę butnych rycerzy. Podstępem zagarnia Gdańsk i Pomorze w 1308 r., następnie próbuje podbić Litwę, którą uratowało przymierze i unia z Polską oraz bitwa pod Grunwaldem. Państwo krzyżackie, jako prototyp państwa SS, było nie do zniesienia nawet dla własnych poddanych, którzy poprosili króla polskiego o przyjęcie nad nim zwierzchnictwa. Niepowetowany błąd polskiej polityki polegał na tym, że Jagiellonowie nie dobili krzyżackiej zarazy w XVI w., lecz pozwolili Hohenzollernom wprowadzić w Prusach protestantyzm i utworzyć dziedziczne księstwo, które stało się gwoździem do trumny Rzeczypospolitej. Drugi Grunwald, zdobycie Berlina w 1945 r. i przyłączenie połowy byłych Prus wschodnich do Polski, raz na zawsze położył kres krzyżactwu.
Niemiecka legenda jest dokładnie odwrotnie. Oto skromne bractwo szpitalne, które pod koniec XII w. opiekowało się w Ziemi Świętej pielgrzymami z Bremy i Lubeki, na jałowej pogańskiej ziemi w północno-wschodniej Europie w ciągu dwustu lat zbudowało najnowocześniejsze państwo tamtej epoki, założyło 96 miast, zbudowało 90 zamków, osuszyło bagna, rozciągnęło Hanzę - tę ówczesną wspólnotę gospodarczą basenu Morza Północnego i Bałtyku. To prawda, mówili niemieccy romantycy XIX w., braciszkowie nie tylko leczyli, ale i zadawali rany, ale to dlatego, że poganie byli krnąbrni i nie chcieli dać się ochrzcić. Krzyżacy, powiadają tacy pruscy historycy jak Treitschke czy Ranke, byli dobrodziejstwem cywilizacyjnym. W końcu polski książę Konrad Mazowiecki sam ich do siebie zaprosił, bo nie mógł sobie dać rady z najazdami Jadźwingów, Litwinów i Prusów, a braciszkowie - raptem garstka, 300-400, a tylko w porywach 700-1000 rycerzy zakonnych - migiem się uporali z całą tą pogańską hołotą, krzyżem i mieczem zaszczepili w Prusach chrześcijaństwo, ściągnęli najnowsze technologie, najbardziej przedsiębiorczych osadników i stworzyli znakomitą maszynę państwową, która była modelem dla późniejszych Prus czasów Oświecenia i Cesarstwa Niemieckiego.
Nieszczęście - głosi niemiecka legenda - zaczęło się wtedy, gdy Polska sprzeniewierzyła się chrześcijańskiej solidarności i zawistna z powodu olśniewających dokonań Zakonu sprzymierzyła się z poganami, wtargnęła do Prus i pokonała pod Tannenbergiem armię krzyżacką. Do chwilowych zwycięzców przyłączyli się potem zdradziecko pruscy mieszczanie, którym obcy był duch chrześcijańskiego rycerstwa, poparli w wojnie trzynastoletniej polskiego króla i oddali szmat kraju pod polskie władanie. Ale jest jeszcze sprawiedliwość na świecie, królom pruskim udało się najpierw zrzucić polską zwierzchność, a potem uwolnić dorobek dawnego państwa zakonnego od polskiego bałaganu. Niemieckie Prusy i wzięte pod pruską egidę Niemcy są oto najwyższym osiągnięciem sztuki państwowej, militarnej i gospodarczej w XIX w.
Od pewnego czasu obserwujemy coraz
większe nasilenie kampanii dla wybielenia roli Niemców w naszej historii, a w
szczególności zacierania prawdy o co okrutniejszych przejawach niemieckiego "Drang
nach Osten". W imię nowej "poprawności politycznej" konsekwentnie przemilcza się
wszystko to z przeszłości, co obciąża i kompromituje nowych, tak idealizowanych
niemieckich partnerów. Bo przecież Niemcy są dziś na miejsce Rosji naszym nowym
Wielkim Bratem, pardon
"adwokatem" w staraniach o wejście do UE. I tak jak w przypadku rosyjskiego
Wielkiego Brata starannie oszczędzano jego "wrażliwość", milcząc o takich
"szczegółach", jak wymordowanie 20 tysięcy mieszkańców Pragi przez Suworowa, to
teraz z kolei w imię troski o wrażliwość niemieckiego Wielkiego Brata przemilcza
się informacje o rzezi gdańszczan przez Krzyżaków w 1308 r.
Już w czerwcu 1990 roku w najbardziej "elitarnym" piśmie Europejczyków - "Res Publice" Tomasz Jastrun wystąpił w imieniu redakcji (wraz z E. Zajączkowskim) w obronie "biednych, oczernionych" Krzyżaków, którzy stali się ofiarą polskiej "manipulacji historycznej". Tak więc pewnie i rzezi Polaków w Gdańsku nie było - wymyślili ją "polscy, średniowieczni manipulanci"!
Wśród wybielaczy Krzyżaków nie zabrakło oczywiście i sławetnego publicysty "Rzeczpospolitej", Janusza A. Majcherka. Nasz nieuk-publicysta wystąpił jako skrajny apologeta Krzyżaków - "emisariuszy cywilizacji zachodniej i chrześcijańskiej", którzy założyli i zorganizowali (...) znaczną liczbę miast i osad na obecnym terytorium Polski (...) spisali najstarsze normy polskiego prawa obyczajowego. Z twierdzeń Majcherka wyraźnie wynika, że Polacy celowo zmistyfikowali dla celów propagandowo-nacjonalistycznych obraz Krzyżaków, skrajnie go przyczerniając, zamiast "zrozumieć" ich rolę "kulturotwórczą" i uwzględnić ich "wysokie standardy cywilizacyjne".
Według Majcherka "przemoc, jaką się posługiwali" Krzyżacy "należała do ówczesnych metod ewangelizacyjnych" (krucjaty!) i mieściła się zupełnie w obyczajowych i politycznych standardach epoki, od której bynajmniej nie odbiegali Piastowicze. Majcherek nie wyjaśnia tylko tego, na jakiej zasadzie można zaliczać do krucjat rzezie dokonywane na ludziach z narodu ochrzczonego już ponad trzysta lat wcześniej. Czy to, jak można tłumaczyć "metodami ewangelizacyjnymi" palenie przez Krzyżaków kościołów i mordowanie katolickich wiernych przy ołtarzach?! Z wywodów Majcherka dowiadujemy się, że nie warto było walczyć pod Grunwaldem - komentował Antoni Dudek w tekście Upiory liberałów ("Życie" z 24 maja 2000 r.).
Jeden z najzajadlejszych wrogów Polski i Polaków, nazistowski generalny gubernator części ziem polskich okupowanych przez III Rzeszę – Hans Frank pisał w swym dzienniku: Kościół jest dla umysłów polskich centralnym punktem zbiorczym, który promieniuje stale w milczeniu i spełnia przez to funkcję jakby wiecznego światła. Gdy wszystkie światła dla Polski zgasły, to wtedy zawsze jeszcze była Święta z Częstochowy i Kościół. Za ten tak mocny związek z polskością Kościół katolicki zapłacił ogromną daninę krwi od czasów Murawiewa–Wieszatiela po Hansa Franka. A jednak trwał w obronie polskości dalej i w najgorszych czasach powojennych, poprzez wspaniałe wystąpienia Prymasa Tysiąclecia, i później w czasach “Mszy za Ojczyznę”. I trwa dalej, broniąc wartości, Wiary i Narodu. I ten właśnie związek Kościoła i Narodu jest szczególnie nienawistnym dla dzisiejszych niszczycieli wartości, najczęściej ludzi o komunistycznym rodowodzie. Szokują wprost rozmiary i tendencyjność oszczerczych kampanii dzisiejszych rodzimych wrogów Kościoła. Usiłują oni zanegować nawet to, czemu nie przeczyli najzajadlejsi wrogowie Polski – prawdę o szczególnie silnych tradycyjnych więzach katolicyzmu i polskości.
Oszczercze ataki na księdza Kordeckiego
Jednym ze szczególnie jaskrawych przykładów szkalowania dziejów Kościoła była podjęta na przełomie 1999 i 2000 roku próba zdegradowania roli wielkiego narodowego sanktuarium na Jasnej Górze i zniesławienia pamięci bohaterskiego przeora paulinów księdza Augustyna Kordeckiego. Komunistyczni wrogowie Kościoła nigdy nie chcieli się pogodzić z rolą odgrywaną w narodowej pamięci przez dzieje heroicznej obrony klasztoru jasnogórskiego przed Szwedami w 1655 roku. Mało się dziś pamięta, z jaką niechęcią odnosili się do postaci bohaterskiego księdza Kordeckiego różni PZPR–owscy notable partyjni. Niechęć do jego osoby zadecydowała w 1964 roku o przejściowym zablokowaniu realizacji filmu według Potopu Sienkiewicza. Ówczesny kierownik Wydziału Kultury KC PZPR Wincenty Kraśko motywował swój sprzeciw (w liście z 31 grudnia 1964 r.) głównie tym, iż: Istotnym fragmentem sienkiewiczowskiego “Potopu” jest obrona Częstochowy (rola ks. Kordeckiego). Potraktowanie tej sprawy zgodnie z książką Sienkiewicza byłoby niesłuszne, a pominięcie całkowite lub inne przedstawienie biegu wydarzeń naraziłoby nas na zarzuty, że wypaczamy treść dzieła Sienkiewicza, szczególną aktywność rozwinąłby w tej sprawie Episkopat.
Sądząc po ogromnej bucie, z jaką marksista Nitecki i mason Leżeński próbowali ściągnąć bohaterskiego przeora z piedestału i okrzyknąć go “zdrajcą”, można by sądzić, że obaj domorośli historycy cudem odkryli jakieś “rewelacyjne” dokumenty, które odsłaniają “prawdę” nieznaną dotąd dla historyków. Otóż nie ma o tym w ogóle mowy. Obaj panowie jako jedyny, za to koronny dowód “zdrady” ks. Kordeckiego przywołują dobrze znany dawnym historykom list przeora Jasnej Góry do szwedzkiego generała Mullera z 21 listopada 1655 r., formalnie godzący się na poddanie zwierzchnictwu Karola Gustawa. Kubala, na którym oparł Sienkiewicz swój opis Jasnej Góry, pisał w Wojnie szwedzkiej (Lwów 1913, s. 421), iż list ten był wyłącznie jednym ze środków rozpaczliwych działań ks. Kordeckiego dla zapobieżenia wejściu wojsk szwedzkich za mury Jasnej Góry. Według Kubali: To były środki obronne. Bronił się armatami i takimi listami, wzywając równocześnie Jasnogórców do walki za wiarę i ojczyznę i prawowiernego króla. Nawet bardzo, ale to bardzo skłonny do “odbrązowiania” historii profesor Adam Kersten przyznawał w swym biogramie ks. Kordeckiego (PSB, t. XIV, s. 54), iż: polityka Kordeckiego konsekwentnie zdążała do tego, by ochronić Jasną Górę przed wprowadzeniem obcej załogi. Zapobiec temu miało złożenie aktu i otrzymanie w zamian listu bezpieczeństwa (salva guardia). Jednocześnie Kordecki szukał pomocy dla klasztoru u króla Jana Kazimierza i polskich dowódców wojskowych. Po podejściu wojsk szwedzkich pod Jasną Górę Kordecki, jak i większość zgromadzenia, zdecydował się na zbrojne przeciwstawienie się próbom wprowadzenia załogi szwedzkiej. Podczas oblężenia klasztoru (18 XI – 26 XII) użył wszelkich sposobów, od wiernopoddańczych w tonie listów do króla szwedzkiego Karola Gustawa, uprzejmych pism do dowódców szwedzkich oraz sojusznika szwedzkiego Hieronima Radziejowskiego, poprzez przeciąganie pertraktacji, aż po zbrojny opór, aby nie dopuścić obcej załogi w mury klasztoru.
Czy ktoś uzna, że ks. Kordecki miał lepszy wybór w sytuacji, gdy prawie nikt nie walczył w Polsce przeciw Szwedom? Przypomnijmy, że w czasie wysłania przez ks. Kordeckiego tego listu do gen. Müllera – 21 listopada 1655 roku przeważająca część Polski znajdowała się pod kontrolą Karola Gustawa. Jego zwierzchność uznała wówczas większość polskiej szlachty (m.in. Jan Sobieski), magnatów, wojska. W sytuacji, gdy nawet Stefan Czarnecki rozważał, po kapitulacji Krakowa, możliwość przejścia pod rozkazy Karola Gustawa. Czy mądrzej byłoby, gdyby zamiast pertraktować ze Szwedami i przeciągać negocjacje, cierpko przeciąć z nimi od razu wszelkie rozmowy, dumnie deklarując
Oczernianie dowódców Powstania Styczniowego
W czasie Powstania Styczniowego powstańcy odnieśli zwycięstwo w jednej z najkrwawszych bitew całego powstania – bitwie pod Grochowiskami. Prof. Kieniewicz (Powstanie Styczniowe, Warszawa 1983 r., s. 435) pisał, iż: Powstańcy utrzymali się na placu boju, pobili silniejszego przeciwnika. Garlicki zamiast napisać o zwycięstwie Polaków, pisze: Rosjanie nie odnieśli zwycięstwa i odstąpili...
Najsłynniejszym wodzem Powstania Styczniowego w jego najtrudniejszej fazie, od końcowych miesięcy 1863 roku był generał Józef Hauke-Bosak. Marian Kukiel (op.cit., s. 416) pisał z prawdziwym entuzjazmem o gen. Hauke-Bosaku: Wielki talent kierowniczy i wielkie serce, oddany sprawie Polski i jej ludu, umiał trafić jak Kościuszko i do ludu, i do żołnierza. Zebrał i zorganizował siły dość poważne, by stworzyć szkielet korpusu, oddziały jego zamienić w regularne wojsko, uzbroić należycie i bić się do upadłego. Zanim rozbito oddziały Hauke-Bosaka, wódz ten zdołał osiągnąć szereg cennych zwycięstw: pod Ocięskami, Chmielnikiem, Hutą Szczecińską, Iłżą. Rząd “czerwonych” dokonał więc bardzo trafnego wyboru.
Co z tego wszystkiego mamy u Garlickiego? Otóż czytamy (s. 125), że: tylko jeszcze w Sandomierskiem i Kieleckiem działał gen. Józef Hauke, używający pseudonimu “Bosak”. Działał (!). Nie walczył, nie odnosił zwycięstw w najtrudniejszym okresie, nie dokonywał cudów organizacyjnych, by przekształcić partyzantów w regularne wojsko, działał. Stronę dalej dowiadujemy się o rozbiciu korpusu Hauke-Bosaka. I wszystko. Tak wygląda opisywany na ponuro przez Garlickiego przebieg polskiej historii.
Porównajmy ten opis Garlickiego z biogramem Langiewicza w Polskim Słowniku Biograficznym (Wrocław 1971, zeszyt 71, s. 503-504). Autorka biogramu – Helena Rzadkowska pisała o Langiewiczu m.in., iż w czasie kampanii neapolitańskiej odznaczył się męstwem i wytrwałością nagrodzoną osobistą sympatią i zaufaniem Garibaldiego, krzyżem wojskowym i stopniem oficera (...). W obozie w Wąchocku, dokąd przybył 23/24 I (1863 r. – J.R.N.) zgromadził ok. 1400 ludzi, z których sformował oddziały piechoty, jazd i służb; prowadził intensywne szkolenie. Założył kancelarię sztabową, abilans, fabryczkę broni, gisernię, drukarnię. (To wszystko zrobił w ciągu zaledwie 10 dni – J.R.N.). Liczne wizyty z pobliskiej Galicji, korespondencje prasy przyczyniły obozowi rozgłosu, pisano o nim w całym kraju i za granicą. Już jednak po dziesięciu dniach skierował się przeciw niemu koncentryczny atak wojsk carskich, który doprowadził do krwawych starć między 1 a 3 lutego (Błoto, Bzin, Suchedniów, Wąchock) (...). Po odparciu ataku ze strony Słupi Nowej i Św. Krzyża (11 lutego) Langiewicz wycofał się w porządku na południe i pod Staszowem 17 lutego odrzucił pojazd nieprzyjacielski (...). Zaskoczony (pod Małogoszczą) 24 lutego przez 3 kolumny rosyjskie, wydostał się Langiewicz z okrążenia pomimo nowych stra,t (...) odparł nieprzyjaciela pod Pieskową Skałą (4 marca), a z powodzeniem atakował go w Skale (5 marca).
W ciągu sześciotygodniowej kampanii dał Langiewicz dowód wytrwałości, wyróżnił się umiejętnością zręcznego manewrowania i talentem organizacyjnym. Szwankowało wprawdzie w jego oddziale zarówno rozpoznanie, jak i zaopatrzenie, niemniej fakt, że tylko jego oddział ostał się po klęskach lutowych, zwrócił na Langiewicza uwagę kraju i zagranicy (...). Langiewicz stał się narodowym bohaterem (...). Na zajętych obszarach zaprowadzał władze powstańcze i ogłaszał dekrety uwłaszczeniowe. Stosował rewolucyjne środki rekwizycji w dworach żywności, broni, odzieży, furażu i innych przedmiotów przydatnych wojsku, rozkazał rekwirować gotówkę w kasach rządowych i publicznych na cele powstańcze (...). 9 marca potępił szlachtę za bierną postawę.
Być może, niektórych szokuje ostrość, z jaką piętnuję haniebne zniekształcanie historii przez Janusza A. Majcherka, Andrzeja Garlickiego czy zniesławiaczy postaci bohaterskiego przeora ks. A. Kordeckiego. A mnie szokuje powszechna niemal obojętność, z jaką toleruje się obelgi rzucane na naszych przodków, pomniejszanie lub nawet całkowite zacieranie ich zasług dla Polski, ich walki, męczeństwa, dokonań. Przecież ci pomniejszyciele dawnych, wielkich Polaków wchodzą brudnymi butami do polskiej duszy i depczą najpiękniejsze polskie tradycje, to za co walczyły i w imię czego umierały miliony Polaków. Bezkarnie atakuje się to wszystko, co było wzniosłe i piękne w naszej pamięci, szczególnie ohydnie opluwając tych, co byli najlepszymi Polakami w najbardziej ponurych dla nas czasach. Jak wyjaśnić na przykład zajadłość, z jaką próbuje się zniesławiać Rejtana, symbol nieugiętego samotnego oporu wobec zaborczej przemocy.
Podobnie zohydzana jest współcześnie przez niektórych pseudoeuropejczyków postać jednego z polskich bohaterów narodowych - Tadeusza Kościuszki. Na przykład na łamach "Wprost" z 10 grudnia 1995 r. opublikowano tekst łączący panegiryczne wychwalanie króla-targowiczanina Stanisława Augusta Poniatowskiego z maksymalnym szkalowaniem naczelnika insurekcji 1794 roku Tadeusza Kościuszki. Autor publikacji Dariusz Łukasiewicz zarzucił Kościuszce, że naczelnik przyjął okrągłą sumkę od cara Pawła w zamian za oświadczenie, że nigdy nie wystąpi przeciw Rosji. W rzeczywistości Kościuszko złożył carowi powyższe oświadczenie w zamian za uwolnienie paru tysięcy polskich jeńców z Syberii. A otrzymaną od cara sumę, odesłał mu w całości po wyjeździe z Rosji, ku ogromnej wściekłości cara. Jest to powszechnie znana prawda o Kościuszce, ale redaktor z "Wprost" wolał wypisywać najskrajniejsze oszczerstwa o narodowym bohaterze, który zawsze był nieprzekupny, wręcz wzorem bezinteresowności.
Miernoty" - Kukiel i Mikołajczyk
Kiedyś ceniłem programy Dariusza Baliszewskiego z cyklu Rewizja nadzwyczajna, zanim dostrzegłem, że ich autorowi dużo bardziej chodzi o wywołanie sensacji niż o autentyczne poszukiwanie Prawdy przez duże P. Ostatecznie zniechęcił mnie do niego jego żałosny, świadczący o niebywałej wręcz ograniczoności wywiad dla lewicowego tygodnika "Angora" z 8 stycznia 2000 roku, epitety, jakimi rzucał na prawo i lewo. Przypomnę, że w wywiadzie Baliszewski m.in. posunął się do nazwania miernotami Kukiela i Mikołajczyka. Marian Kukiel był nie tylko jednym z doradców i współpracowników generała Sikorskiego, ale zarazem chyba najlepszym historykiem polskiej wojskowości i autorem znakomitych wręcz Dziejów Polski porozbiorowych 1795-1921. Kim wobec niego jest p. Baliszewski? Miernym współczesnym Rzędzianem wobec postaci rangi Wołodyjowskiego czy Skrzetuskiego. Baliszewski nazywa miernotą Stanisława Mikołajczyka, polityka, który tak wiele ryzykował, by uratować, co było możliwe do uratowania w najtrudniejszej sytuacji Polski zdominowanej przez sowiecki totalitaryzm.
Konstytucja 3 Maja "krzywdziła" inne narody
Konstytucja 3 Maja parę stuleci była sławiona zarówno przez Polaków, jak i przez wybitnych cudzoziemców, jako wzór reformy i odnowy. Jeden z najsłynniejszych brytyjskich mówców politycznych XIX wieku, pisarz i eseista lord Henry de Brougham, współzałożyciel uniwersytetu londyńskiego, pisał o Konstytucji 3 Maja i generalnie o reformach Sejmu Czteroletniego jako o doskonałym wzorze najtrudniejszej reformy. Słynny amerykański historyk Robert Howard Lord sławił w Drugim rozbiorze Polski Konstytucję 3 Maja jako dziedzictwo, stanowiące bezcenny skarb wartości duchowych. Jeden z najwybitniejszych historyków pruskich XIX wieku Friedrich Raumer pisał w skonfiskowanej w Prusach z powodu swego obiektywizmu książce Polens Untergang (Upadek Polski): Jakże wielką przeto jest dla Polaków chwałą (...), iż umieli nadać sobie konstytucję, w której lepiej, aniżeli w jakiejkolwiek innej próbie tego rodzaju, prawdziwe zasady rozsądku i nauki politycznej zdają się być urzeczywistnione (...). Dzieło tak piękne i rzadkie zasługiwało na długie życie i otwierało Polsce koleje największej pomyślności. Podwójna odpowiedzialność ciąży przeto na niegodziwych, którzy skalali akt tak czysty, na potwarcach, którzy go osławiali, i na bezbożnych, którzy go zniszczyli.
A dziś znajdujemy potwarcę - Polaka, pseudoeuropejczyka Janusza A. Majcherka, który o tym wielkim akcie polskiej myśli XVIII wieku potrafi pisać tylko piórem maczanym w żółci i jadzie. W sławetnym swym "dziele" W poszukiwaniu nowej tożsamości (Warszawa 2000, s. 206) Majcherek poucza z werwą, że: wychwalane akty historyczne niosły innym krzywdę (np. Konstytucja 3 Maja znosiła wszelką autonomię Wielkiego Księstwa Litewskiego). Gdyby Janusz A. Majcherek zdobył się na choć odrobinę lektury na temat Konstytucji 3 Maja, nazwanej w Dziejach Polski pod red. prof. J. Tazbira nie bez racji pierwszą na kontynencie nowoczesną konstytucją. Zamiast gromko krzyczeć, jak to Polacy skrzywdzili innych (Litwinów), prześledziłby wówczas choćby u mieszanego przez siebie z błotem Jasienicy, jak ukształtował się nowy prawny stan stosunków polsko-litewskich w 1791 roku. Dowiedziałby się wówczas, że Sejm Czteroletni wcale nie pozbawił państwa charakteru federacji, nadał jej tylko formy ściślejsze, bardziej odpowiadające potrzebom czasom nowych. Można ponadto stwierdzić, że Litwa historyczna nie tylko nie znikła, lecz znalazła się na samym przedprożu ponownego rozkwitu. Dowiedziałby się, że rozwinięciem postanowień Konstytucji 3 Maja w sprawie charakteru państwa było uchwalone 22 października 1791 roku "Zaręczenie wzajemne Obojga Narodów", zawierające niedwuznaczne stwierdzenie, że "prowincja" litewska jest czymś jakościowo innym niż małopolska i wielkopolska - z których składa się Korona. Że Wielkie Księstwo zastrzegło sobie, iż wszystkie istniejące lub mające powstać w przyszłości instytucje wspólne winny się składać z tej samej ilości Litwinów i koroniarzy, podlegać kolejnemu kierownictwu obywateli jednej i drugiej strony. Równa liczba dygnitarzy egzystować będzie i tu, i tam, pomimo wspólności skarbu fundusze pochodzące z Litwy pozostaną na jej terytorium, w kasie odrębnej (...). Sejm Czteroletni stworzył, raczej pozostawił ramy ustrojowe przydatne dla nieuchronnego renesansu narodowości białoruskiej i litewskiego (...). "Zaręczeniem wzajemnym" obwarował, ułatwił dalsze trwanie poczucia historycznej odrębności Wielkiego Księstwa, którego charakterystyczną cechą była narodowość złożona z wielu wątków (...). Był to zatem jak gdyby ponowny akt unii, zawieranej jednak tym razem już nie tylko w imieniu dobrze urodzonych. W kilka miesięcy później oficjalny, całego państwa dotyczący dokument Komisji Policji stwierdzał, że "opieka prawa rozciąga się według Konstytucji 3 Maja na wszystkich mieszkańców kraju". Bogusław Lesnodorski nie wahał się uznać tego stwierdzenia za "rewolucyjne w swym wydźwięku społecznym". Struktura wewnętrzna Rzeczypospolitej sprawiała, że każdy krok w kierunku sprawiedliwości socjalnej automatycznie przynosił korzyść narodowościom niepolskim (...) (wg P. Jasienica Rzeczpospolita Obojga Narodów, Warszawa 1972, t. 3, s. 477, 478, 479). Gdzież więc tu była rzekoma krzywda "innych", o której rozpisuje się Janusz T. Majcherek. Temu niedouczonemu autorowi radzę pokornie uczyć się z tekstów bijącego go o wiele głów Jasienicy, zamiast lżyć go i oskarżać o rzekome "konfabulacje".