W oczach nieprzyjaciół

Odrodzona w 1918 roku Polska przez dwa dziesięciolecia wciąż musiała się liczyć z ogromnymi zewnętrznymi zagrożeniami. Po obu stronach miała wielkie państwa

marzące o odwecie. Z jednej strony—Rosję Sowiecką, wciąż dążącą do zrealizowania apelu generała (późniejszego marszałka ZSRR) Michaiła N. Tuchaczewskiego z 1920 r.: Po trupie Polski ku rewolucji ogólnoświatowej. Z drugiej strony—Rzeszę Niemiecką, już w początkach lat dwudziestych myślącą o ewentualnym współdziałaniu z Rosją przeciw Polsce. W lipcu 1922 r. szef sztabu Reichswehry i kanclerz Rzeszy zgodnie ocenili, że istnienie Polski jest nie do zniesienia, że musi ona zniknąć jak najszybciej i że to powinno być głównym celem polityki niemieckiej.

Już w latach dwudziestych zaznaczyło się nader zręczne działanie propagandy niemieckiej urabiające wokół Polski klimat kraju antysemickiego i zniechęcające do Polski opinię publiczną Zachodu. Zarzuty te często zyskiwały mocne poparcie na arenie międzynarodowej. Bardzo charakterystyczne pod tym względem były wystąpienia słynnego ekonomisty, jednego z twórców Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Johna Maynarda Keynesa. Popierający Niemcy Keynes, który nader stanowczo oponował przeciw spłacaniu przez nie odszkodowań wyznaczonych w Wersalu, tym skwapliwiej atakował Polskę przy różnych okazjach. W ocenie Keynesa Polska była czymś niemożliwym do gospodarczego zaistnienia, którego jedynym przemysłem jest dręczenie Żydów. Warto wpisać tę wypowiedź do sztambucha tym, którzy lubią się rozpisywać na temat ogromnych prapolskich sympatii szefów Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Belgijski naukowiec i publicysta Karol Sarolea już na początku lat dwudziestych trafnie odczytał całą perfidię nagłaśnianych przez propagandę niemiecką przeciw Polsce zarzutów antysemityzmu: Jest rzeczą ciekawą, że te same dzienniki niemieckie, które oskarżają Polaków o antysemityzm, nawołują do zamknięcia granic niemieckich przed napływem polskich Żydów.

Nieposłuszni Polacy

Szczególnie negatywne skutki dla Polski po 1918 r. przynosiły działania i tak tradycyjnie antypolskiej polityki Anglii. Premier Anglii Lloyd George już w 1919 r. zapewniał, że Polakom nigdy nie dałby Górnego Śląska, tak jak nie dałby małpie zegarka. Wciąż atakował rzekomą zaborczość Polaków. Podobną rolę odgrywał współpracownik Lloyda George'a markiz George Nataniel Curzon brytyjski minister spraw zagranicznych w latach 1919-1924. Był pomysłodawcą osławionej linii Curzona, na którą miały się cofnąć wojska polskie po podpisaniu rozejmu w wojnie z Sowietami. Curzon przywykł do polityki dyktatu wobec słabszych państw. W 1919 r. wykorzystując obecność wojsk brytyjskich w Iranie (wówczas Persji), narzucił mu układ czyniący z tego kraju brytyjski protektorat (Irańczycy zerwali go wkrótce po wyjściu Anglików z ich kraju). Curzona szczególnie oburzało to, że Polacy nie chcieli pogodzić się z próbami dyktatu ze strony Anglii, do czego tak przywykł podczas swych wcześniejszych pobytów w Azji (był między innymi wicekrólem Indii). Gdy w grudniu 1920 r. otrzymał memoriał przepowiadający zawalenie się Polski na skutek trudności ekonomicznych, jeśli nie dostanie brytyjskiego kredytu, odmówił wstawienia się w tej sprawie, mówiąc: Polacy całkowicie zrazili sobie Gabinet przez własną lekkomyślność, niekompetencje i kaprysy (... ) Pacjent musi mieć zaufanie do doktora, być lojalnym i posłusznym, a Polska nie ma żadnej z tych zalet i próby uleczenia jej byłyby europejskim odpowiednikiem tych doświadczeń, jakie teraz przeżywamy z Persją.

Polska miała aż nadto okazji do przekonania się, jak bardzo instrumentalnie traktowali ją czołowi politycy zachodni, zarówno w latach 1918-1939, jak i po wybuchu drugiej wojny światowej. Co najgorsze, niejednokrotnie mogliśmy doświadczyć na własnej skórze, że egoizmowi polityków porzucających mniejsze kraje na pastwę Hitlera towarzyszył wcale nie mniejszy egoizm wielu zachodnich twórców. To oni gromko głosili hasło: Nie umierać za Gdańsk. Mało znana w Polsce jest wypowiedź słynnego angielskiego pisarza teatralnego George Bernarda Shawa, który w artykule z 7 października 1939 r, a więc dokładnie w kilka dni po zakończeniu podboju Polski przez wojska hitlerowskie wzywał, by oddano Hitlerowi to, co zabrano w Wersalu. Shaw zalecał, by podziwiano zręczność z jaką Hitler naprawił błąd wersalski, by uznano wdzięczność, jaką ma dla niego z tej okazji naród niemiecki i by jak najszybciej zawarto pokój z Hitlerem. Nic dziwnego, że prasa hitlerowska natychmiast z satysfakcją wychwyciła tekst Shawa. Opublikowano go między innymi w pierwszym numerze hitlerowskiej gadzinówki „Nowy Kurier Warszawski" z 11 października 1939 r. Radzieckie „Izwiestia" powołały się w artykule wstępnym na artykuł Shawa jako przykład wielkiego realizmu.

Szczególnie jaskrawym przykładem instrumentalnego traktowania Polski przez politykę Zachodu były kolejne wystąpienia jednego z największych polityków zachodnich, premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla. Początkowo w latach 1939-1941 Churchill nie miał wprost słów dla wyrażenia, jak bardzo ceni sobie Polskę i Polaków. Mówił, że dusza Polski jest nie do zniszczenia (w przemówieniu radiowym z 1 października 1939 r. ) 18 czerwca 1940 r. zapewniał generała Sikorskiego: Jesteśmy towarzyszami broni na śmierć i życie. Razem zwyciężymy lub zginiemy. A potem, w miarę współdziałania ze Stalinem, coraz bardziej obciążał Polskę winą za złe stosunki z Rosją, zapewniając o jak najlepszych intencjach Stalina. Wprost humorystycznie brzmią dla polskich czytelników słowa Churchilla — wielkiego polityka — realisty w Izbie Gmin 27 lutego 1945, tak usprawiedliwiające jałtańskie postanowienia w sprawie Polski: (... )Marszalek Stalini Związek Radziecki złożyli najbardziej uroczyste deklaracje w sprawie utrzymania w pełni suwerennej, niepodległej Polski (... ) Nie znam drugiego rządu, który bardziej solidnie dotrzymywałby swych zobowiązań, nawet wbrew sobie, niż rosyjski rząd sowiecki. Odrzucam absolutnie próby podejmowania tu dyskusji co do rosyjskiej dobrej woli (... ).

Dopiero po odejściu od władzy (po przegranych wyborach w lipcu 1945) Churchill zaczął publicznie wyrażać ubolewanie z powodu utraconej przez Polskę wolności (między innymi w głośnym przemówieniu w Izbie Gmin 5 czerwca 1946 r. ). We wspomnieniach „The Second World War", tom VI, Churchill napisał: Jak dotąd, jedynym żniwem jest krew i popioły i tyle tylko pozostało nam dzisiaj z wolności narodu polskiego". Skromnie przemilczał tylko własną współodpowiedzialność za poświęcenie Polski przez mocarstwa zachodnie.

Podobne do Churchilla „ewolucje poglądów", wynikłe z interesów zbliżenia do Rosji Sowieckiej, obserwujemy w kolejnych wypowiedziach prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta. Początkowo —1941 — Roosevelt nazywał Polskę „natchnieniem narodów". Stopniowa jednak, w miarę zbliżania się do Stalina, pod wpływem zawierzeń w zapewnienia „Wujcia Joe", odnosił się do spraw polskich z coraz mniej ukrywanym rozdrażnieniem. Aż wreszcie, w czasie sławetnych rozmów jałtańskich z Churchillem i Stalinem 6 lutego 1945, określił Polskę jako źródło kłopotów przez ponad pięć stuleci.

Co było przyczyną narastania niechęci do Polaków w rządzących kręgach mocarstw anglosaskich? W sprawie odpowiedzi na to pytanie odwołajmy się do znanego amerykańskiego dyplomaty, niegdyś ambasadora w Moskwie, George'a Kennana. Jego zdaniem główną przyczyną tych niechęci były kompromisy z politycznymi celami reżimu Stalina, zawierane przez Anglosasów w toku walki z Hitlerem. Kompromisy te postawiły ich w fałszywym i pełnym hipokryzji położeniu, co było najwidoczniejsze w odniesieniu do Polski. Jak stwierdzał Kennan, w pewnym sensie powodem, dla którego (alianci—J. R. N. ) nie lubili Polaków, było to, że Polacy tak bardzo chcieli bronić swojej niepodległości; co było dla aliantów kłopotliwe. Chcieli oni, żeby Polacy stawiali opór Niemcom, ale poddali się Rosjanom. Czesi, którzy poddali się Rosjanom od razu, którzy pozwolili Rosjanom zrobić, co chcieli z Czechosłowacjąbyli bardziej popularni.

Sytuację Polaków szczególnie pogarszało to, że byli aż nazbyt osamotnieni w latach 1943-1945 w swym—jak się okazało—bardzo dalekowzrocznym wyczuleniu na imperialistyczne plany Stalina wobec Europy. Co najgorsze, wbrew nadziejom generała Władysława Sikorskiego, Rosji sowieckiej szybko udało się zniechęcić szefa emigracyjnego rządu czechosłowackiego Eduarda Benesza do współpracy z Polakami. Znowu zatriumfowała ulubiona zasada Stalina dziel i rządź. Benesz w czasie rozmów ze Stalinem w Moskwie w grudniu 1943 r. zrobił wszystko, co tylko mógł, dla uzyskania przez Czechosłowację statusu „ulubionego" sojusznika Sowietów w Europie Środkowej kosztem Polski. Nie tylko nie próbował złagodzić stanowiska Moskwy w kwestii polskiej, lecz sam ochoczo „donosił" na Polaków jako na rzekomych skrajnych reakcjonistów. Twierdził, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie w Polsce reżimu prosowieckiego dzięki armii sowieckiej. Szef kancelarii Benesza Jaromir Smutny odnotował z rozmów w Moskwie charakterystyczne słowa Benesza: (... ) Ogólnie biorąc nie sądzę, żeby rząd londyński był w stanie rozwiązać podstawowe problemy nowej Polski i stosunek do was. Sądzę, że z Polską będzie chyba tak, jak z Jugosławią. Z czasem powstanie jakiś nowy rząd na terytorium Polski, który nie będzie chciał mieć nic wspólnego z rządem londyńskim. Z nim może się potem porozumiemy. Warunkiem współżycia z Polską jest odpadnięcie obecnej kasty feudałów i arystokratów.

Buntowniczość Polaków, po wojnie stwarzających najwięcej problemów dla sowieckiego imperium, ściągała na nich wciąż kolejne łatwe potępienia ze strony naiwnych lub cynicznych zachodnich „poputczików", wysławiających sukcesy Rosji Sowieckiej. Ludzie ci wciąż ostrzegali Polaków, aby byli „realistami", nie buntowali się „przeciw geografii" i grzecznie pogodzili z dominacją sowiecką w tej części Europy. Już w marcu 1943 r. przywódca PPS na emigracji w Londynie Adam Ciołkosz, odpowiadając na tego typu zachęty, powiedział: Wiem, słyszałem, geografia jest przeciw nam. Być może ktoś powie: »Jesteście w trudnym położeniu, przyłączcie się do Związku Radzieckiego. Będziecie mieli tam i wolność narodową, i wyzwolenie społeczne, i co tylko chcecie«. Moja odpowiedź jest bardzo krótka i bardzo prosta: Po was, mój panie. Lecz was chroni geografa i geografia jest przeciw nam. Bardzo dobrze, będziemy więc walczyć przeciw najeźdźcom niemieckim, przeciw faszyzmowi i przeciw geografii.

Obawy przed „polską zarazą"

Wspomniane słowa Ciołkosza z roku 1943 przypominały mi się w 1981 r. podczas rozmowy z węgierskim korespondentem radiowym. Choć podzielał polską niechęć do Sowietów i do komunizmu, nader sceptycznie traktował nasze romantyczne „rzucanie się" przeciw kolosowi ze Wschodu i na wszystkie polskie argumenty mówił tylko jedno: mappa (mapa). W niecałe 10 lat później okazało się, że to romantyczni ryzykanci z Polski mieli rację, podważając mury imperium, i dożyliśmy upadku sowieckiego kolosa, wbrew wszystkim geopolitycznym ostrzeżeniom. Tylko, że Polska najciężej zapłaciła za swą pionierską i często osamotnioną walką przeciw komunistycznemu totaliaryzmowi. Jak to wyraził w 1992 r. znany brytyjski publicysta Timothy Garton Ash, żaden kraj nie uczynił w latach osiemdziesiątych więcej dla sprawy wolności w Europie i żaden też nie zapłacił wyższej niż Polska ceny. I rzeczywiście, nasza polska „inność" w tzw. obozie socjalistycznym, począwszy od 1956 r. prowokowała przeciw Polsce kolejne fale potępień „polskiej zarazy" przez sąsiadów ze wschodu, zachodu i południa. Przez całe dziesięciolecia z inicjatywy władz sowieckich trwała akcja przerabiania podręczników historii, książek historycznych i publicystycznych we wszystkich krajach „obozu" w duchu odpowiedniego zohydzenia „polskich panów", polskiej „anarchii" i „nacjonalizmu". Akcję tę wspierały gorliwie eksportowane na zewnątrz „donosy na Polskę", biczowanie polskich wad narodowych ze strony niektórych komunistycznych polityków i publicystów na czele z Mieczysławem F. Rakowskim.

Nie pomniejszałbym ostatecznych efektów tej akcji. Okazała się ona aż nazbyt skuteczna w podważaniu sympatii do Polski i Polaków. Sam mogłem aż za często osobiście doceniać jej efektywność, nawet w odniesieniu do tak tradycyjnie bliskiego Polakom narodu jak Węgrzy. Na Węgrzech akcję propagandową przeciw Polsce rozpoczęto już w pierwszych miesiącach po 1956 r., chcąc zgodnie z intencjami sowieckimi uniemożliwić jakiekolwiek przyszłe zbratanie obu narodów. Władze ZSRR zbyt ciężko odczuły równoczesny bunt Polaków i Węgrów w październiku 1956 r., rozpoczęcie węgierskiego powstania od manifestacji pod pomnikiem generała Józefa Bema, widok setek tysięcy Węgrów skandujących: Polska pokazuję, idźmy za Polakami! Zaczęła się więc kampanii gorliwego zohydzania polskiego „nacjonalizmu", „klerykalizmu", „anarchizmu", polskiego nieróbstwa etc. A potem doszła zdwojona, koncentryczna antypolska kampania lat osiemdziesiątych, kiedy zrobiono, co tylko było możliwe dla zohydzenia Polaków jako narodu wciąż strajkującego i nie chcącego pracować. Stosując goebbelsowską zasadę: kłamcie, kłamcie, aż coś z tego w końcu przylgnie, wciąż przedstawiano Polaków jako skrajnych nierobów, przez strajki zmuszających inne, pracowitsze nacje do tym większego wysiłku kosztem swej krwawicy, by wspomóc leniwy 38-milionowy naród nad Wisłą i Odrą. Jeśli tego typu propaganda trafiła do wcale niemałej części tradycyjnie przyjaznych nam Węgrów (a trafiła), to można sobie wyobrazić, efekty jakie przynosiła u naszych sąsiadów, gdzie i tak istniały wcześniejsze „uczulenia" wobec Polaków.

Rola Polski jako swoistego bastionu walk przeciw komunistycznemu totalitaryzmowi dalej budziła antypatie lewicowych intelektueli Zachodu. Polscy robotnicy i inteligencja swymi wystąpieniami padważali bowiem wypielęgnowany w zachodnich kręgach lewicowy obraz socjalistycznego raju i—co gorsza—uderzali przy tym w najczulsze miejsca prosowieckiej propagandy. Niełatwo bowiem było głosić tezy o szczęściu robotników w socjalizmie po napływających z Polski kolejnych wieściach o powstaniu robotniczym w Poznaniu w czerwcu 1956 r., krwawo stłumionych wystąpieniach robotników Wybrzeża w grudniu 1970 r., czy wreszcie wielkiej fali wystąpień robotniczych sierpnia 1980 r. Nader trafne oceny przyczyn antypolskich uprzedzeń wśród części zachodniej inteligencji znajdujemy w książce znanego emigracyjnego historyka Adama Zamoyskiego Polish Way (Londyn 1987). W tej książce — namiętnym, bogato udokumentowanym wystąpieniu w obronie wartości duchowych, reprezentowanych przez Polskę i Polaków w ich dziejach—autor pisał:

"Polacy w XIX wieku, będąc przeciwnikami istniejącego status quo, byli traktowali jako podżegacze, przeszkadzający w budowie uporządkowanego bytu i postępie. W obecnym stuleciu postrzegano ich jako reakcjonistów i niepostępowych, ponieważ tylko oni pośród narodów Europy gwałtownie odrzucali nowych idoli. Wielu zachodnich intelektualistów i historyków, przesyconych podziwem dla rosyjskiego komunizmu, wykazywało nieprofesjonalne rozdrażnienie z powodu Polaków. Spowodowane to było nie tylko brakiem entuzjazmu, z jakim Polacy witali rosyjskie eksperymenty ideologiczne, ale również sposobem, w jaki wywracali teorie do góry nogami. Fakt, że radykalni robotnicy wywoływali rewolucję przeciw dyktaturze proletariatu, nosząc podobiznę Madonny, sprowadzał do absurdu wiele argumentów marksistowskich".

Tekst publikowany na łamach „Ładu" z 21 lutego 1993 r.