Tolerancja dla fałszów


W polskich mediach od paru tygodni trwa bezustanne fetowanie filmu „Lista Schindlera" Stevena Spielberga. Nie brak pisanych na kolanach panegiryków w stylu recenzji Barbary Hollender w "Rzeczpospolitej", która nazwala „Listę Schindlera" filmem „wielkim", „filmem perfekcyjnym". Film Spielberga jest bezsprzecznie filmem zrobionym bardzo dobrze pod względem technicznym. Przyciąga widzów dramatyczna akcja, trzymająca przez cały czas w napięciu, świetną grą aktorską, znakomitą reżyserią, scenografią i montażem. Film jest przede wszystkim wzorcowym przykładem tego, jak można przedstawiać martyrologię w sposób rzeczywiście przejmujący, bez fałszywego patosu w celebrowaniu obrazów cierpień.
Nie jest to jednak żaden film „perfekcyjny". Nie pozwalają na taka ocenę wyraźne przekłamania w filmowym obrazie niektórych spraw, a zwłaszcza stosunków polsko-żydowskich, przekłamania, których można było łatwo uniknąć.

Wątpliwości budzi skrajnie wyidealizowany przez Spielberga obraz głównego bohatera filmu—Oskara Schindlera, kreowanego tu niemal na heroicznego i bezinteresownego zbawcę Żydów. Spielberg nie wspomina ani słowem o niektórych niezbyt ciekawych fragmentach przeszłości Schindlera—przed wybuchem wojny w 1939 roku przebywał on parokrotnie na terenie Krakowa i Śląska jako szpieg Abwehry. Przypomnijmy również, iż nieżyjący już dziś Stanisław Wincenty Dobrowolski pisał już w 1989 roku, że zasługi Schindlera dla Żydów wyolbrzymiono ponad miarę. Dobrowolski twierdził, że „Schindler mógł jedynie uchronić jedno istnienie kosztem drugiego, że korzystając z pracy niewolniczej Żydów ratował przede wszystkim najbogatszych z nich". Wielu Żydów z Listy Schindlera"—twierdzi tak jak Mordechaj Wulkan—że ich życie uratowały „przede wszystkim diamenty". Pamiętając o tym, ile zapłacili Schindlerowi, sprzeciwiają się kreowaniu jego obrazu jako „dobrego nazisty", który przeżył przełom duchowy i ratował ludzi głównie z dobroci serca. Claude Lanzmann, autor filmu „Sho-ah", w wywiadzie udzielonym 3 marca 1994 r. telewizji izraelskiej niezwykle ostro zaatakował Stevena Spielberga za przekłamania jego obrazu filmowego, zarzucając mu, że nawet sylwetki hitlerowskich oficerów są naszkicowane z pewna sympatią. I dodał: „To nie są zwierzęta w dzikiej skórze, jakimi byli w rzeczywistości".

Na tym tle tym bardziej zdumiewa przebijający z kilku scen filmu Spielberga bardzo zdeformowany obraz stosunków polsko-żydowskich. Na tle „wspaniałego" Niemca Schindlera, Polaków jako naród postrzegamy w filmie tylko poprzez pryzmat ich nienawiści do Żydów. Już w jednej z pierwszych scen widzimy jak Polki obrzucają błotem Żydówki eskortowane do getta. Jakaś młoda Polka, z twarzą pełną złości krzyczy: "Żegnajcie Żydy!, Żegnajcie Żydy!". Dużo dalej w filmie pojawia się scena z polską dziewczynką wymownie pokazującą ręką stryczek Żydom transportowanym wagonami do Oświęcimia. W samym obozie zagłady z ust strażniczek padają wciąż słowa komend po polsku (!!!). W końcowej scenie polski aktor grający rolę sowieckiego żołnierza mówi do ocalonych Żydów: „Na wschód nie idźcie. Tam was nienawidzą" (chodzi wyraźnie o Polskę). Na koniec słyszymy informację, że w Polsce żyje dziś tylko 4 tysiące Żydów, podczas gdy pokolenia Żydów uratowanych przez Schindlera liczą 6 tysięcy osób. Porównanie wyraźnie sugerujące, oto jeden dobry Niemiec uratował tak wielu Żydów, więcej niż wszyscy Polacy razem.

Film Spielberga kręcony był w koprodukcji z polskim przedsiębiorstwem filmowym Heritage Films, kierowanym przez Lwa Rywina. Trzon ekipy filmującej stanowili Polacy (75 osób). W filmie występowało 10 polskich aktorów i aktorek, zdjęcia kręcono w Krakowie. Zdumiewa fakt, że polscy koproducenci nie zatroszczyli się o ukazanie dużo bardziej złożonego i prawdziwego obrazu stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny, o scenę pokazującą przynajmniej jednego z kilku tysięcy Polaków, którzy maja swoje drzewka w Alei Sprawiedliwych przed Instytutem Yad Vashem. (A przecież w akcji ratowania Żydów w ten czy inny sposób uczestniczyły setki tysięcy Polaków). Odpowiedzialni polscy koproducenci powinni byli zatroszczyć się o sprostowanie wierutnego kłamstwa z począttku filmu—informacji, że „we wrześniu 1939 r. wojska niemieckie pokonały armię polska w dwa tygodnie" (podkreślenie J.R.N.). Tak głosiła propaganda goebbel-sowska i propaganda sowiecka, uzasadniająca napaść na Polskę 17 września, podczas gdy w rzeczywistości walki w Polsce toczyły się do 5 października 1939 r.
Zdumiewa brak reakcji ze strony licznych polskich aktorów i reżyserów, entuzjastycznie fetujących Spielberga w Krakowie.
Co można powiedzieć o polskim aktorze, który bezmyślnie godzi się na wypowiadanie kwestii w stylu: „Nie idźcie na wschód, tam was nienawidzą", współdziałając w ten sposób w kształtowaniu w świecie fałszywego, negatywnego obrazu własnego narodu? Czy polscy współpracownicy Spielberga ze świata aktorów i koproducentów nie mogli zdobyć się na odwagę w wyjaśnieniu amerykańskiemu reżyserowi nieprawdy w jego obrazie Polaków? A może zbyt mocno bali się, by nie stracić szansy na spore honorarium, a nawet na ewentualne przetarcie drogi do Hollywood. Jakby zupełnie przestało się liczyć proste, elementarne słowo „godność"! (podkr. w wyd. książkowym—J.R.N.).
Tekst publikowany na łamach „Słowa-Dziennika katolickiego ", 7 marca 1994 r.