To nie był „nasz rząd"!

Rok 1989 przyniósł wielką, a zarazem najbardziej udaną w powojennej historii manipulację polityczną w mass mediach. Począwszy od „okrągłego stołu" po pierwsze miesiące rządu T. Mazowieckiego wciąż systematycznie i skutecznie urabiano przekonanie, że w Polsce dokonuje się niebywałe zmiany, niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Działo się to zaś w czasie, gdy polityczni protektorzy mass mediów robili wszystko, by „tak zmieniać, aby jak najmniej zmienić".

Co ciekawsze, wśród autorów największych, panegiryków na temat rzekomych ogromnych wymiarów polskich przemian znaleźli się liczni dziennikarze, którzy w 1981 r. stali murem po stronie władzy przeciw żądaniom społeczeństwa, a potem con amore uzasadniali „mniejsze zło" generalskich rządów stanu wojennego. Typowym pod tym względem był tekst Daniela Passenta w „Polityce" z 10 czerwca 1989 r., a więc w prawie tydzień po ogromnym sukcesie wyborczym „Solidarności". Passent pisał tam, jak to w sobotę wieczorem, w wigilię wyborów słuchał w filharmonii IX Symfonii Beethovena, i czuł jak: "Podniosły finał Oda do radości otwierał jednocześnie nowy, nie znany świat demokracji (... ) Słowa Freude, Freude, miały tego wieczora dodatkowy wydźwięk". Tu katastrofa wyborcza tak ukochanego przez Passenta premiera Rakowskiego i wszystkich jego ludzi, a czołowy publicysta partyjnej „Polityki" wypisuje dytyramby o radości. Już to samo mogło dawać do myślenia.

Na prawdziwe szczyty panegiryzmu wspinano się przy opisywaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego. Od razu wymyślono o nim określenie „nasz rząd" i uparcie wbijano je telewidzom i czytelnikom od rana do wieczora. Odgórnie nagłaśniana frazeologia „naszego rządu" miała też inny ważny skutek praktyczny—zniechęcała do jakiegokolwiek krytycznego spoglądania na to, co rząd robi.

A jaki to był rząd? Przeważali w nim komuniści. Mieli tak kluczowe resorty, jak spraw wewnętrznych, MON, współpracy gospodarczej z zagranicą czy łączności, wspierane przez prezydenturę Jaruzelskiego. Dominował komunistyczny kartel w bankach i na kluczowych pozycjach w przemyśle. Dyktatorem gospodarki, niezwykle przychylnym dla współpracowników wywodzących się z kręgu byłych instruktorów KC PZPR, był Leszek Balcerowicz, przez kilkanaście lat członek PZPR.

Komuniści poza kierowaniem czterema ważnymi resortami wyraźnie zdominowali również stanowiska sekretarzy i podsekretarzy stanu w innych resortach. Według danych ze stycznie 1990 r. do PZPR należało 44 sekretarzy i podsekretarzy stanu, do PSL "Odrodzenie" 8, do SD — 3, przy 31 bezpartyjnych. W MON i w MSW zarówno minister jak i wszyscy trzej wiceministrowie należeli do PZPR. W Urzędzie Rady Ministrów obok kierującego resortem bezpartyjnego Jacka Ambroziaka był sekretarz stanu z PZPR i czterech komunistycznych sekretarzy stanu (obok czterech bezpartyjnych podsekretarzy).

Przy takiej liczbie PZPR-owskich sekretarzy i podsekretarzy stanu, mających dużo większe doświadczenia, a przy tym zdyscyplinowanie, wykonujących ciche dyrektywy partii, tym bardziej zmniejszało się znaczenie „nowych" bezpartyjnych czy członków innych partii, izolowanych w aparacie władzy. A ten aparat zgodnie realizował to, co mu najbardziej „w duszy grało", czyli budowanie struktur PRL bis, możliwie jak najmniej zmienionych w stosunku do komunistycznego poprzednika. Ludzie Mazowieckiego najczęściej bezkrytycznie trwali w idealnej symbiozie z ludźmi starego aparatu, którzy usłużnie spełniali zachcianki nowych szefów, a nierzadko przyuczali ich jak korzystać z rozkoszy i przywilejów władzy. (... ).

W reformującej się Czechosłowacji, od razu w tydzień po sukcesie „aksamitnej rewolucji" w grudniu 1989 r. powierzono nadzór nad MSW nowemu wicepremierowi Janowi Czarnogórskiemu, staremu zatwardziałemu więźniowi politycznemu, który już dobrze wiedział jak ten nadzór ma sprawować. U nas przez wiele miesięcy odkładano radykalne zmiany w resorcie spraw wewnętrznych. I spokojnie tolerowano wielomiesięczne działania generałów MSW, nadzorujących niszczenie dokumentów niezbędnych do ujawnienia esbeckich i ubeckich zbrodni. W MSZ „reformatorski" (?) Skubiszewski zaakceptował wysłanie na ambasadora do Moskwy byłego ministra okresu stanu wojennego, sekretarza generalnego PRON-u i członka Biura Politycznego KC PZPR. Stanisława Cioska, a na ambasadora do Sofii byłego pierwszego wiceministra spraw wewnętrznych Władysława Pożogę. Nowy demokratyczny rząd czechosłowacki z miejsca odwołał 22 ambasadorów. W Polsce trzeba było czekać ponad cztery miesiące na pierwsze decyzje o odwołaniach, m. in. szefa polskiej misji wojskowej w Berlinie Zachodnim, który nie znał ani jednego języka obcego.

Polska z „naszym rządem". T. Mazowieckiego skrajnie spóźniła się w stosunku do innych krajów ze skreśleniem zapisu o przewodniej roli partii komunistycznej. Trzeba było kolejnych decyzji w tej sprawie Węgier (październik 1989 r. ), Czechosłowacji (29 listopada) i NRD (1 grudnia), aby i u nas wreszcie w miesiąc później (!) zdecydowano się na likwidację osławionego zapisu. Nie mogła się temu nadziwić nawet OKP-owska senator i wiceminister edukacji Anna Radziwiłł w wywiadzie z 19 grudnia 1989 r. przypominając, że NRD wystarczyło zaledwie kilka dni do eliminacji zapisu o kierowniczej roli partii, podczas gdy u nas: "Naprawdę nie rozumiem tego potwornie antywychowawczego przedłużania stanu poza prawem".

Do tego doszło ciągłe opóźnianie w Polsce terminu pierwszych wolnych wyborów. Przeprowadziliśmy je jako ostatnie z państw postkomunistycznych Europy Środkowej nie tylko długo po Czechosłowacji i Węgrzech, ale nawet po Albanii. W blisko półtora roku po Rumunii, która miała wolne wybory w kwietniu 1990 r. Nic dziwnego, że Jan Kaczmarek pisał z taką goryczą w piosence „Sulejówek" z maja 1990 r.: „Sąsiedzi nasi rwą do przodu, jakoś to składniej idzie im, a my jak żółw, jak paw narodów wśród maruderów wiedziem prym" (podkr. w wyd. książkowym—J. R. N. ).

Artykuł publikowany na łamach „Słowa-Dziennika katolickiego" z 19 października 1993