Początek czerwono—różowego flirtu
Od dawna wiadomo, że najlepszą formą obrony jest atak. UD i jej sojusznicy zamiast przyznać się do grzechu hołubienia komunistów tak długo, aż wyrośli ponad oczekiwania swego unijnego protektora, z wielką hucpą zrzucają winę za sukces komunistów na prawicę antykomunistyczną. Ta ostatnia bowiem, zamiast cicho siedzieć w kącie, wciąż niepotrzebnie „straszyła" ich jakimiś próbami dekomunizacji i rozliczenia ze starą nomenklaturą.
Adam Michnik stwierdził wręcz: "SLD —paradoksalnie —jest dziełem jaskiniowego antykomunizmu. Formacja postkomunistyczna mogłaby istnieć dzisiaj już tylko jako skansen dla weteranów, gdyby nie wielki wysiłek polityczny Jarosława Kaczyńskiego i innych teoretyków dekomunizacji" („Gazeta Wyborcza" z 25 09 93). Podobny schemat przyjęli inni publicyści lewicy postsolidarnościowej, m. in.: Dawid Warszawski, Jacek Żakowski, Jerzy Sosnowski i Jerzy Holzer. Rozpoczęli prawdziwą kampanię zaciemnień, mającą dowieść, że winni są „nietolerancyjni" antykomuniści, a nie lewicowcy z „Solidarności", uparcie pielęgnujący rany postkomunisów.
Prounijni manipulatorzy starannie unikają przy tym porównań z sytuacją w Czechach, na Węgrzech czy b. NRD; gdzie twarda polityka wobec komunistów doprowadziła do rozłamów w ich partiach i gdzie nie mogą oni marzyć o sukcesach w stylu SLD. W Czechach np. wydano dekret uznający działalność partii komunistycznej w przeszłości za „zbrodniczą", a komuniści mają trzy razy mniej głosów poparcia niż rządząca prawicowa partia Vaclava Klausa.
Aby skończyć z chronicznymi fałszowaniami historii przez UD i jej sojuszników przypomnę, kto i jak hołubił komunistów.
27 maja 1988 r. ukazał się w „Polityce" artykuł Jacka Syskiego — redaktora naczelnego „Literatury" i jednego z ludzi bliskich M. F. Rakowskiemu, postulujący doprowadzenia do „wielkiej koalicji rządowej" między socjalistami z PZPR i socjalistami z „Solidarności", bez wspomnienia choćby słowem o SD i ZSL. Sugestie te zostały szybko podchwycone przez ludzi z lewicy laickiej. I nieprzypadkowo. Wszak sam Jacek Kuroń swego czasu stwierdził, że we władzach „Solidarności" jest kilkakrotnie więcej byłych członków partii niż wśród członków tej organizacji.
Z „reformatorami" z PZPR typu. M. Rakowskiego łączyła ich wspólna niewiara w „prawicowy" naród, strach przed polskim „niedojrzałym społeczeństwem", jego „nacjonalizmem" i "klerykalizmem". Kuroń stwierdził na łamach "Polityki" (z 29 lipca 1989 r. ): "Nastawiając się na radykalne przemiany stawiamy na współpracę z proreformatorskim skrzydłem PZPR, bez tej partii inni uczestnicy, koalicji nie mają praktycznego znaczenia".
Wystąpieniom publicznym towarzyszyły kroki praktyczne, mające służyć ratowaniu przez lewicową część OKP swych czerwonych towarzyszy z ambarasu, w jakim znaleźli się po katastrofie wyborczej 4 czerwca 1989 r. Znamienne było zachowanie czołowych postaci z „Solidarności" na pierwszych powyborczych obradach tzw. Komisji Porozumiewawczej z udziałem opozycji i strony rządowej. Sekretarz tej komisji Krzysztof Dubiński wspominał: "Strona rządowa się nadęła: —»Jak wyście mogli do tego dopuścić, prowadziliście taką agresywną kampanię« (... )".
Co najzabawniejsze, strona opozycyjna dała sobie narzucić taką formułę i przepraszała za to, że żyje. Wałęsa mówił: "Panowie, jest nam przykro, my będziemy się teraz starać to naprawić". Zaczęło się więc „naprawianie". Najpierw władze OKP zgodziły się na ratowanie komunistycznych władz po fiasku listy krajowej i milcząco zaakceptowały naruszającą prawo nowelizację ordynacji wyborczej, co umożliwiło wybór dodatkowych 33 posłów koalicyjnych. Potem zaczęło się przygotowywanie opinii publicznej do akceptacji prezydentury Jaruzelskiego. 14 lipca 1989 r. „Gazeta Wyborcza" „delikatnie" sugerowała, czytelnikom — w artykule K. Leskiego i W. Sowińskiego: "Szala zdaje się ostatnio ponownie przechylać na korzyść gen. Jaruzelskiego. Nieoficjalnie słyszy się często, że nie ma żadnej alternatywy". Następnie kierownictwa OKP pomogły przepchnąć jednym głosem, czy raczej półgłosem, prezydenturę Jaruzelskiego. Co najgorsze, dano ją bez uzyskania czegokolwiek dla „Solidarności", nawet bez negocjowania całej sprawy.
Na przełomie lipca i sierpnia 1989 r. Bronisław Geremek i jego współpracownicy snuli już plany utworzenia rządu opartego na koalicji „Solidarności" z tzw. reformatorami z PZPR. Na czele oczywiście z Geremkiem. Sprawę ujawnił w 1990 r. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla londyńskiego „Tygodnika Polskiego" stwierdzając, że Geremek wraz z Michnikiem pojechali nawet specjalnie do Rzymu, aby uzyskać papieskie błogosławieństwo dla sojuszu z PZPR. Jak stwierdził Kaczyński: "Papież przyjął ich bardzo chłodno, na krótko, w czasie jakiejś przerwy w trakcie swoich zajęć, było więc wiadomo, że ich misja nie powiodła się". Sprawę ostatecznie pogrzebało wystąpienie Wałęsy na rzecz koalicji „Solidarności" z ZSL i SD. | Na posiedzeniu OKP 16 sierpnia 1989 r. poświęconym omówieniu koncepcji Wałęsy | lewica OKP gwałtownie protestowała Kuroń wołał: "Rano się budzisz, a tu jakieś decyzje zapadły. Kto podjął decyzję, ja pytam?" Andrzej Szczypiorski zaatakował Kaczyńskiego i za podjęcie sprawy koalicji z udziałem „Solidarności" bez wiedzy OKP. Michnik wystąpił z jeremiadą ostrzegającą przed skutkami powołania rządu wyłącznie z udziałem OKP, SD i ZSL przy pominięciu PZPR: "Ja się boję, Lechu, że partia zepchnięta do opozycji dostanie nagle kopyta i ruszy do przodu. I dlatego ja chcę się ciebie spytać... czy ty Lechu widzisz takie pomysły, żeby tych partyjnych tak samo w to włączyć jakoś... " Podobne ostrzeżenia mnożył Aleksander Małachowski: "Jaki jest stosunek do tych propozycji PZPR i prezydenta? Po wysłuchaniu relacji mam wrażenie, że stał się jakiś cud. Partia wyparowała z naszego kraju". Wałęsie z trudem udało się przeforsować swoją koncepcję. Szybko miało się okazać w praktyce, że wysunięty przez „Solidarność" na premiera Tadeusz Mazowiecki zdecydowanie optuje za rządem z udziałem PZPR głosząc, że rządzić bez PZPR nie da rady. Lewicowe kierownictwo OKP od początku wykluczyło możliwość szukania potencjalnych sprzymierzeńców dla radykalnych zmian wśród części posłów z PZPR. przeciwstawiających się linii Rakowskiego i jego manipulacjom. Według „Gazety Wyborczej" (23. 08. 89) ok. 20 posłów z PZPR postanowiło wystąpić z klubu i stworzyć własny klub niezależny. Wtedy — pisała „G. W. " — „w nocy ze środy na czwartek odszczepieńców zaczęli namawiać do zmiany decyzji niektórzy posłowie z OKP. Nowa koalicja ZSL, SD, OKP jest jeszcze krucha—mówiono — i może to naruszyć cały układ".
„Tygodnik Rolników—Solidarność" (z 19. 09. 89) ujawnił kulisy tego posiedzenia: „Z Bujak—szef RKW Mazowsze wystąpił z ostrą krytyką decyzji Wałęsy o stworzeniu koalicji z ZSL i SD. Ujawnił, że opozycyjna lewica była bliska zrealizowania konkurencyjnego projektu koalicji rządowej z obozem reformatorskim w PZPR. Sugerował, że rząd, który byłby efektem takiej koalicji (... ) miałby większe szansę wydźwignięcia kraju z kryzysu. Lech Kaczyński, doradca Wałęsy i autor projektu obecnej koalicji stwierdził, ze na koncepcję koalicji z PZPR mogli wpaść tylko ludzie nie znający polskiego społeczeństwa".
Po niecałym roku, występując w telewizyjnych, interpelacjach" z Bujakiem (28 czerwca 1990 r. )jako oponent, przypomniałem jego nieszczęsne wystąpienie z września 1989r. Bujak próbował iść w zaparte kłamiąc, że nic takiego nie powiedział. Na oczach telewidzów wyciągnąłem więc wycinek prasowy cytujący jego wypowiedź, i wtedy coś wybąkał, rezygnując z próby dalszego wykłamywania się. Tym bardziej, że w tej sprawie skontrował go również inny oponent w programie—Stefan Niesiołowski.
Artykuł publikowany na łamach „Słowa-Dziennika katolickiego" z 11 października 1993. Otwierał 6-odcinkowy cykl artykułów na temat ułomności polskich przemian po Okrągłym Stole.