Chłopiccy z OKP
Bardzo szybko, bo już w kilka miesięcy po utworzeniu rządu Tadeusza Mazowieckiego zacząłem wyrażać publicznie głębokie rozczarowania powolnością polskich zmian. Robiłem to w czasie, gdy ogromna część prasy wyrażała jeszcze wciąż panegiryczne wręcz pochwały domniemanych dokonań „naszego rządu". Wymownym świadectwem moich bardzo szybko podejmowanych alarmów z powodu ślamazarności reform Mazowieckiego był publikowany 27-29 stycznia 1990 r. w „Kurierze Polskim" dłuższy tekst pt. „Czas przyśpieszyć zmiany". Oto najważniejsze fragmenty z tego artykułu:
(... ) Myślę, że każdy uważny obserwator sceny politycznej w Polsce musi uznać, że, zmiany dokonane w 7 miesięcy po triumfie wyborczym „Solidarności", i w ponad 4 miesiące od utworzenia pierwszego od 1948 r. demokratycznego rządu T. Mazowieckiego, są ciągle zbyt powierzchowne i daleko odbiegają od wymaganych przez konieczność chwili. Decydujące znaczenie wydaje się mieć fakt, że znaczna cześć kierownictwa OKP za bardzo trzymała się ducha różnych cichych porozumień z Magdalenki, nie bardzo licząc się z rym, jak bardzo zmieniła się wokół nich cała sąsiedzka Europa. Zdecydowało to o tym, że nawet tak podstawowa rzecz, jak likwidacja przewodniej roli partii w Polsce skrajnie opóźniono aż do końca 1989 r., zostając, pod tym względem w tyle za Czechosłowacją i NRD.
Myślę, że o tej nadmiernie pasywnej, kunktatorskiej wręcz postawie, zadecydowało przede wszystkim stanowisko niektórych współczesnych Chłopickich z OKP, typu Bronisława Geremka, którzy za bardzo wzięli sobie do serca ideę koalicji różowych z czerwonymi, tj. tzw. laickiej lewicy, „Solidarności" z tzw. reformatorami z PZPR (ciekawe, że jeden z czołowych przedstawicieli tej, tzw. laickiej lewicy Adam Michnik zaliczył—na łamach „Gazety Wyborczej"—do reformatorów z PZPR, w pierwszym rzędzie, Mieczysława F. Rakowskiego).
Nomenklatura w terenie (... ) W województwach faktycznie nic nie drgnęło, dalej dominują stare układy i stare kliki.
Ma to fatalne skutki dla psychiki społeczeństwa w tzw. terenie. Nie dość, że na każdym kroku pogarsza się sytuacja materialna, to przez całe miesiące, które, upłynęły od powstania nowego rządu przegapiono szansę aktywizacji społeczności lokalnych. Dodania im otuchy poprzez pokazanie w praktyce, że wreszcie coś się rusza i mogą zacząć sami stanowić o sobie. Myślę, że jednym z największych błędów nowego rządu było od początku dawanie kredytu MM "Miłosierdzia Mazowieckiego"—starej nomenklaturze. Źle się stało na przykład, że rząd Mazowieckiego od razu po dojściu do władzy przy poparciu parlamentu, nie odwołał jednocześnie ze stanowisk wszystkich wojewodów (niektórzy z nich po uznaniu autentycznej przydatności do pełnionego stanowiska mogliby później zostać znowu na nie mianowani). Chodziłoby jednak o, "natychmiastowe wstrząśnięcie skamieniałymi" strukturami władzy i zapobieżenie przepychankom w stylu sprawy wojewody olsztyńskiego.
Jak wiadomo, mimo nadzwyczaj przekonywających zarzutów miejscowej „Solidarności", trzeba było czekać ponad półtora miesiąca na odwołanie tego wojewody, który publicznie umai za „nikczemność" samą chęć przerwania mu pięknej 17—letniej passy nieprzerwanych rządów w województwie. Dalej, nieprzerwanie, trwa proces uwłaszczania wojewódzkiej nomenklatury, a najnowsza kontrola dowiodła, że aż 9 wojewodów jest członkami nowo powstałych spółek! Jak dotąd nie zrobiono faktycznie nic dla likwidacj i monopolu RSW Prasy, i faktycznie w niemal wszystkich województwach utrzymuje się nieprzerwany stary monopol informacyjny pracy PZPR-owskiej. W związku ze zwolnieniem z tak eksponowanych stanowisk w telewizji paru zaledwie dziennikarzy obciążonych działalnością w czasie stanu wojennego, cała PZPR-owska prasa wszczęła krzyk
O „polowaniu na czarownice". Faktycznie zaś jest odwrotnie—to „czarownice nadal na nas polują"—jak dosadnie określił Jan Józef Lipski na spotkaniu przedstawicieli partii politycznych u ministra A. Halla. Jaskrawym dowodem pod tym względem była choćby sprawa redakcji „Kuriera Podlaskiego". Gdy większość dziennikarzy z tej redakcji próbowała się uniezależnić od monopolisty RSW Prasy poddano ich natychmiast represjom i wyrzuceniom z pracy. I cała pacyfikacja,, Kuriera Podlaskiego" miała miejsce teraz—za demokratycznego rządu T. Mazowieckiego. Czy liberalizm demokratów powinien polegać na tym, że nie potrafią nawet skutecznie obronić podobnie myślących ludzi przed atakami „zamordystów"?!
Stajnia Augiasza
Niewiele zrobiono dla oczyszczenia z dotychczasowej nomenklatury największych symbolów jej profesjonalnej niekompetencji począwszy od służby dyplomatycznej i konsularnej zdominowanej w większości przez ludzi z partyjnych układów różnych upadłych byłych działaczy w stylu Siwaka czy Szałajdy. Faktem, jest, że nigdy od lat 50 nie było tak wielkiego jak w latach 80 zaśmiecenia naszej dyplomacji „zesłańcami" z partyjnej nomenktatury—przysyłanymi kosztem autentycznych profesjonalistów z MSZ. Przez pierwsze kilka miesięcy rządu T. Mazowieckiego (... ) faktycznie nie ruszono żadnego z upadłych prominentów na stanowiskach dyplomatycznych i w zagranicznych biurach radców handlowych, przeciwnie mianowano na stanowiska ambasadorów jeszcze dodatkowe parę osób ze starej partyjnej nomenklatury—m. in. „reformatora" S. Cioska.
Dla porównania—nowy demokratyczny rząd czechosłowacki z miejsca odwołał 21 ambasadorów. Dopiero w ostatnich paru tygodniach coś „drgnęło" i u nas. I powzięto decyzję o pierwszych odwołaniach, m. in. szefa polskiej misji wojskowej w Berlinie Zachodnim, który nie znał ani jednego języka obcego!
Wyprzedzają nas sąsiedzi
Nie zrealizowano, niestety, wysuwanego w kręgach SD projektu skierowania do MON i MSW przynajmniej z jednego wiceministra bezpartyjnego lub członka któregoś ze stronnictw politycznych m. in. dla dopilnowania odpartyjnienia lub odpolitycznienia tych tak kluczowych instytucji. W reformującej się Czechosłowacji natychmiast powierzono nadzór nad MSW nowemu wicepremierowi Janowi Czarnogórskiemu, staremu zatwardziałemu więźniowi politycznemu, który już dobrze wie, jak ma ten nadzór wyglądać. W pełni zgadzam się z opinią Zdzisława Najdera, że oba wielkie resorty podległe PZPR, tj. MON i MSW, zmieniają się bardzo powoli, znacznie wolniej niż w NRD i Czechosłowacji (dodam, że również wolniej niż na Węgrzech—JRN). Co więcej, jak stwierdza Najder "zmieniają się one tylko od środka, bez świadków, bez obywatelskiego wglądu w ich działanie". A dzieje się tak, mimo faktu, że właśnie w Polsce i samej milicji (por. choćby Gdańsk, Elbląg, Lubin) tak wiele osób występuje na rzecz radykalnych, demokratycznych przekształceń.
Trzeba uderzyć na alarm i otwarcie powiedzieć—zegar wybij a czas dla rządu Mazowieckiego! Nie stać nas na dalsze tolerowanie na tak wielkiej części wpływowych stanowisk ludzi ze starego aparatu, którzy są niekompetentni i sabotują zmiany. Ich jedynym marzeniem procesu reform jest doczekanie do chwili, kiedy zmienią się zewnętrzne uwarunkowania wokół Polski (np. upadnie Gorbaczow) i będą mogli rozpocząć kontrofensywę dla odzyskania pełni dawnych wpływów. Trzeba rozproszyć te marzenia!
Uda nam się to w pełni tylko wtedy, jeśli znowu potrafimy zmobilizować dużo szersze kręgi społeczeństwa polskiego do poparcia przyśpieszenia reform. Doprowadzić do ponownego ożywienia z czasów znanych jako era polskiego Sierpnia czy do ożywienia społecznego na miarę dzisiejszej Czechosłowacji! (... ) Musimy radykalnie przyśpieszyć przemiany polityczne i społeczne, bo inaczej już nie będziemy ich pionierami, pozostając coraz bardziej w tyle. Pamiętajmy, że na wiosnę odbędą się całkowicie wolne wybory w Czechosłowacji, na Węgrzech, NR. D, Bułgarii i Rumunii (podkr. w wyd. książkowym—J. R. N. ). Że w Czechosłowacji czołową rolę odgrywa intelektualista — b. więzień polityczny, a dziś prezydent V. Havel, a na Węgrzech już niedługo prezydentem zostanie któryś z niezależnych refomatorów".
Tekst ten pokazuje, że niektórzy nas bardzo wcześnie zaczęli bić na alarm, ostrzegając przed ślamazamością zmian i skutkami polityki „grubej kreski". Oczywiście, wystąpienie tak szybko z radykalnymi postulatami, „pod prąd" stanowisku wyrażanemu w przeważającej części mediów, zyskało mi tym mocniejszych, wpływowych przeciwników. Jako pracownik Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM), podległego Ministerstwu Spraw Zagranicznych nieźle naraziłem się zwierzchności, krytykując „niezrozumiałą" powolność zmian na placówkach dyplomatycznych, i krytykując, o zgrozo, także niektóre nowe nominacje (S. Cioska). Nieprzypadkowo w parę lat później znalazłem się wśród grupy osób usuniętych z pracy w PISM, pomimo, że nie było na moje miejsce fachowca od spraw Europy Środkowej, i mimo, że to ja obroniłem niegdyś pierwszy doktorat i pierwszą habilitację w historii PISM-u (podkr. w wyd. książkowym—J. R. N. ). Już w kilka miesięcy później jeszcze bardziej naraziłem się rządzącej ekipie Mazowieckiego, publikując na łamach zamojskiego „Tygodnika Kresowego" bardzo ostry w tonie tekst: „Ci ministrowie muszą odejść" (chodziło ministra przemysłu T. Syryjczyka, ministra budownictwa A. Paszyńskiego, ministra rolnictwa Janickiego, minister kultury I. Cywińską i rzecznika prasowego rządu Niezabitowską). Artykuł, mimo opublikowania go w tygodniku zamojskim, miał szeroki rezonans w Warszawie, był szeroko referowany m. in. w „Prawie i Życiu". Nawiązywano doń w licznych innych centralnych pismach. Najwięcej satysfakcji sprawił mi jednak komentarz Stefana Kisielewskiego (Kisiela). W wywiadzie udzielonym Wiesławowi Walendziakowi pt. „Jestem duchem przeszłości" („Młoda Polska" 4 sierpnia 1990 r. ) Kisiel powiedział o rządzie Mazowieckiego, nawiązując do mego artykułu m. in.: „To ciekawy rząd. jak powiedział złośliwie prof. Nowak o ministrach. Wesoły pechowiec — Paszyński, minister bezradności — Syryjczyk, lwica salonowa — Cywiń-ska, nie doinformowana rusałka — Niezabitowską i teoretyk rolnictwa (to chyba najlepszy dowcipniś—Janicki, ale ten akurat idzie w odstawkę. Rzeczywiście bardzo prawicowy rząd, cha, cha, cha (... ). "
Nasz rząd, ich aparat
Minęło już ponad 14 miesięcy od triumfu „sentymentalnej panny S" w wyborach czerwca 1989 r. W owym czasie Polska była rzeczywiście pionierem zmian burzących totalitarne rządy w Europie Środkowej, a nasze sprawy nie schodziły z czołówek prasy światowej. Wydarzenia sierpnia i września 1989 r, powołanie rządu Tadeusza Mazoswieckiego znacząco umocniły prymat Polski w demokratycznych przemianach. Dziś Jednak wyraźnie straciliśmy te pozycje w sytuacji, gdy w NRD, na Węgrzech i w Czechosłowacji zdobyły władzę siły opozycji wyłonione w 100-procentowo wolnych wyborach: Co najgorsze, w ostatnich miesiącach w Polsce doszło do widocznego zwolnienia tempa przemian politycznych i gospodarczych. Towarzyszy temu znacznie cięższa niż w Czechosłowacji i na Węgrzech sytuacja ekonomiczna kraju i coraz ostrzejsze podziały w kręgu zwycięskiej opozycji.
W Czechosłowacji; na Węgrzech czy w NRD rządy są pod presją społeczeństw porwanych poczuciem świeżo zdobytej wolności, którą pragną odzwierciedlić w prawdziwie demokratycznych strukturach. Społeczeństwo polskie od początku było w innej sytuacji. Jego wielka część zbyt ciężko przeżyła załamanie kolejnych nadziei wolnościowych, a zwłaszcza brutalne zahamowanie fali reform posierpniowych 1980-1981, i zbyt łatwo ulega apatii.
Triumf wyborczy „Solidarności" i ogromne oczekiwania z tym związane były potencjalnie bardzo wielkim impulsem do przemian i wyzwolenia szerokiej społecznej inicjatywy. Gdyby go w pełni wykorzystano! Niestety, dzisiaj już widać, że zmarnowano zbyt wiele cennego czasu na działania powolne i gabinetowe, metody głaskania nomenklatury. Wyraziło się to już w stylu wybierania Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta, czy w sposobie rozwiązania sytuacji powstałej po klęsce listy krajowej.
Szczególnie dużą cenę płacimy jednak za zaprzepaszczenie szans aktywizacji społeczności lokalnych na skutek nieprzeprowadzenia szerszych zmian w terenie natychmiast po dojściu do władzy rządu Tadeusza Mazowieckiego. Aż do wyborów samorządowych w czerwcu 1990 r. w bardzo wielkiej części okręgów praktycznie nie naruszone królowały rożne lokalne sitwy i miejscowi zamordyści, różnego typu „polskie sieroty po Breżniewie". Pamiętam rozmowę w marcu tego roku z prawdziwie „bezradnym" radnym z Hrubieszowa: „Tu się nie da nic zrobić, tu nadal jest stalinizm" mówił, tłumacząc małe szansę buntu siedmiu radnych, którzy manifestacyjnie odeszli z rady narodowej na znak protestu przeciw nieudolności władz.
Gra na przeczekanie
Poważnym błędem nowej władzy było nieprzeprowadzenie wkrótce po utworzeniu demokratycznego rządu we wrześniu 1989 r. natychmiastowego odwołania ze stanowisk wszystkich wojewodów (niektórzy z nich, w przypadku uznania przydatności do pełnionego stanowiska, mogliby zostać znowu na nie później mianowani). (... )
Taktyce polegającej na przypodobaniu się nowym szefom z „Solidarności" towarzyszyły gorliwe działania, aby zrobić wszystko dla utrzymania starych struktur i stanu posiadania. Walnie pomogli w tym niektórzy działacze z „Solidarności", zaskakujący nawet zagranicznych obserwatorów naiwną wiarą w szybką, korzystną metamorfozę całej starej komunistycznej nomenklatury. Włoszka Barbara Spinelli ze zdumieniem komentowała w paryskiej „Kulturze" wypowiedź redaktora „Gazety Wyborczej", który zapewniał ją, że "Biurokracja komunistyczna będzie idealna, bo jest przyzwyczajona do usługiwania każdemu, kto sprawuje władzę".
Wszystko wskazuje na to, że zachodzi coś wręcz odwrotnego. Stary biurokratyczny aparat zręcznie wykorzystuje niedoświadczenie nowych szefów, zahartowanych w walkach opozycyjnych, lecz pozbawianych doświadczeń z praktyki urzędów państwowych. Sprzyja to manewrom ludzi ze starego aparatu.
Częstokroć manipulacje starego aparatu są ułatwiane przez nadmiar obowiązków ich nowych szefów. Czy będąc posłem lub senatorem można równocześnie dobrze wypełniać obowiązki urzędu wojewody? I to w odległych od Warszawy województwach, jak Tarnobrzeg czy Zielona Góra! Może takie łączenie funkcji byłoby możliwe w innych czasach, ale nie w przypadku pracy Sejmu tej kadencji, który ma stworzyć podstawy nowego ustroju politycznego i gospodarczego. Przeciw łączeniu funkcji przemawia również wzgląd praktyczny—korzystniejsze byłoby wciągnięcie jak największej liczby utalentowanych ludzi do pracy w administracji państwowej.
Lobby ma się dobrze
Są ministerstwa, które praktycznie pogrążyły się w bezruchu, i gdzie nie zrobiono nic, by zastąpić starych niekompetentnych biurokratów dynamicznymi fachowcami, pełnymi nowego ducha i inwencji. Charakterystyczna zwłaszcza pod tym względem jest sytuacja w resorcie przemysłu, gdzie dalej dominuje nie zmieniona stara kadra, wyspecjalizowana głównie w płodzeniu pism urzędowych w ulubionym od dawna stylu. Według „Gazety Wyborczej" z 7-8 lipca, w OKP krytykowano fakt, że nic się nie dzieje w resorcie przemysłu, a zastępcą ministra pozostaje nadal ten sam człowiek, który kiedyś rozwiązywał Stocznię. Nic dziwnego, że przez ponad 10 miesięcy nowych rządów nie zrobiono praktycznie niczego dla osłabienia lobby ciężkiego przemysłu i rozbicia mastodontów hutniczo-węglowych. Dalej nie robi się również niczego dla rozwiązania sprawy przedsiębiorstwbankrutów w stylu FSO.
Nie przeszkadza to owym bankrutom płacić swym pracownikom wynagrodzenia wyższe niż przeciętne i kolejno podwyższać ceny na swe muzealne wyroby.
Ciągle aktualne pozostaje pytanie Jacka Maziarskiego z artykułu opublikowanego w styczniu 1990 r.: „Czy nie lepiej byłoby zacząć od rozbijania komunistycznych remanentów w gospodarce, od likwidacji kasty biurokratów i autentycznej restrukturyzacji, która musi oznaczać upadłość przemysłowych i rozdzielczych molochów?"
Bardzo wysoka pozycja ludzi starej nomenklatury w różnych resortach nie pozostała bez wpływu na ogromne spowolnienie procesu prywatyzacji w Polsce. Pod tym względem osiągnęliśmy, jak dotąd, minimalne postępy w porównaniu choćby z Węgrami, gdzie w ciągu zeszłego roku sprzedano osobom fizycznym mienie państwowe wartości 1 miliarda 200 milionów dolarów. Na szczęście w lipcu br. doprowadzono wreszcie do przyjęcia w Sejmie projektu ustawy prywatyzacyjnej.
Skutki spowolnienia
Zahamowania zmian nie odnoszą się tylko do resortów gospodarczych. K. Bauer opisał dość drastycznie sytuację w szkolnictwie (w „Po prostu" z 17 maja), stwierdzając: „Założenie, tak często powtarzane i konsekwentnie wcielane w życie przez MEN, że w szkolnictwie nie będzie żadnego weryfikowania i rozliczania dyrekcji, zrobiło swoje. Nomenklatura umocniła się, znalazła poplecznika i przestała się bać. Robi swoje, wzmocniona większymi uprawnieniami, danymi jej przez ministerstwo".
Najwięcej negatywnych skutków przyniosło długotrwałe odkładanie zmian i prymat starego aparatu w tak kluczowym resorcie jak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. (... ) Dlaczego nie zapobieżono na czas akcji niszczenia dokumentów w służbie bezpieczeństwa i nie ukarano winnych działań tego typu? Dlaczego tak długo trzeba było czekać na likwidację nielegalnie zakładanych przez SB urządzeń podsłuchowych w ogromnej części polskich hoteli? Dotychczas nie mamy pełnego wyjaśnienia na temat tych podsłuchów i w różnych innych budynkach.
Jak można wytłumaczyć, że Sejm i Senat ostatecznie zdecydowały się na uchwalenie trzech bardzo ułomnych tzw. ustaw policyjnych; które zachowały niezwykle potężną, niemal nie naruszoną strukturę resortu spraw wewnętrznych, bez oddania w ręce samorządu częściowego choćby nadzoru nad policją lokalną. Ustawy zachowały stare przywileje funkcjonariuszy. "Po co jemy tę żabę?"—zapytywała nie bez racji świetna znawczyni spraw resortu i wymiaru sprawiedliwości Wanda Falkowska na łamach „Wokandy" z 27 maja 1990 r. Miejmy nadzieję, że nowy minister spraw wewnętrznych przeprowadzi zdecydowane działania eliminujące wszelkie relikty przeszłości w funkcjonowaniu swego resortu.
Patrząc na dotychczasowe efekty prowadzonej przez starą nomenklatura „gry na przeczekanie", warto zwrócić uwagę na jakże pouczający scenariusz porażki reformatorów w Argentynie. Krach reform politycznych i gospodarczych w tym kraju, przyblokowanych przez stary aparat władzy, pomimo tylu wyrzeczeń tamtejszego społeczeństwa, mógłby być dobrą przestrogą dla Polski. Jeśli nie chcemy znaleźć się w podobnej sytuacji, zwłaszcza gdy ciągle nie można wykluczyć nawrotu konserwatyzmu w ZSRR, czas przyspieszyć proces odsuwania starej nomenklatury. Zachowajmy i wykorzystajmy wszystkich wypróbowanych fachowców, ale nie dopuśćmy do dalszego pobłażania wobec ludzi skompromitowanych i faktycznie blokujących zmiany.
Tekst publikowany na łamach „ Wokandy" z 26 sierpnia 1990