Z Narodem czy z dworem?
Od ponad tygodnia trwa kolejna zajadła nagonka medialna przeciw
Radiu Maryja i Ojcu Dyrektorowi Tadeuszowi Rydzykowi. Dominują w niej te
same, znane z wielokrotnych oszczerstw postkomunistyczne i
lewicowo-liberalne media na czele z "Trybuną", "Gazetą Wyborczą" i TVN
24. Bezpośrednią przyczyną kolejnego ataku na Radio Maryja stał się
ostry sprzeciw ojca Tadeusza Rydzyka wobec niesławnego spotkania 8 marca
2007 r. w Pałacu Prezydenckim, zdominowanego przez lewicowe dziennikarki
i wobec uchwalonego tam apelu przeciw zmianom w Konstytucji.
W tendencyjnych lewicowych mediach wciąż cytuje się tylko ostre
krytyczne słowa o. Rydzyka o "szambie" bez zaznaczenia, że chodziło o
ogrom nieczystości wylewanych latami przez część dziennikarek
zaproszonych przez panią prezydentową 8 marca na Kościół i wartości
chrześcijańskie, a w ostatnim roku także na rząd i PiS.
Zlot lewaczek u pani prezydentowej
Przypomnijmy, że ogromna część lewicowych i liberalnych mediów jakże
cynicznie przemilcza tak ważne i jednoznaczne stwierdzenie o. Tadeusza
Rydzyka z jego wypowiedzi 8 marca br.: "Jestem zbulwersowany tym, że do
Pałacu Prezydenckiego są zaproszeni dziennikarze, którzy są przeciwko
pozytywnym zmianom w Polsce, którzy cynicznie się zachowują, atakują
rządzących". A przecież niepodważalnym faktem było to, że na spotkanie u
pani prezydentowej 8 marca zaproszono głównie dziennikarki o tendencji
skrajnie lewicowej i liberalnej, nie bacząc na to, że część z nich od
dawna wyżywa się w grubiańskich atakach na rząd. Świadomie pominięto za
to - z winy kierownictwa kancelarii prezydenckiej, a zwłaszcza głównej
organizatorki imprezy, minister Ewy Junczyk-Ziomeckiej - dziennikarki z
redakcji nurtu chrześcijańsko-patriotycznego. Świadomie pominięto przy
zapraszaniu przedstawicielki redakcji Radia Maryja, "Naszego Dziennika",
"Niedzieli", "Naszej Polski", "Tygodnika Solidarność", krakowskich "Arcanów",
"Nowego Przeglądu Wszechpolskiego" czy "Myśli Polskiej". Zaproszono za
to m.in. osoby, które od dłuższego czasu "wyróżniają się" zajadłymi,
często wręcz graniczącymi z podłością, atakami przeciw obecnemu rządowi.
Zapytam tu wprost - jak można było zaprosić na spotkanie w Pałacu
Prezydenckim Krystynę Koftę z postkomunistycznego "Przeglądu", od dawna
specjalizującą się w jadowitych atakach na władze PiS i rząd, na Kościół
i polski patriotyzm? 25 lutego br. Kofta "popisała się" szczególnie
grubiańską napaścią na obecne rządy, pisząc: "Twierdzę, że nie było tak
złego i obmierzłego ludziom rządu jak obecny". Jak wytłumaczyć, że tę,
tak szkalującą rząd nienawistnicę, już w kilkanaście dni później pani
prezydentowa Maria Kaczyńska zaprosiła do siebie na spotkanie do Pałacu
Prezydenckiego?! Czy to było lojalne wobec pana prezydenta? Kto
podpowiedział pani Kaczyńskiej pomysł zaproszenia lewackiej chuliganki
pióra do Pałacu Prezydenckiego? Czy zrobiła to właśnie minister E.
Junczyk-Ziomecka, najbardziej żarliwa obrończyni 8-marcowej imprezy w
Pałacu Prezydenckim? Jak można równocześnie wylewać kubły pomyj na rząd
i być oficjalnym gościem pani prezydentowej?
Warto dodać, że we wspomnianym artykule Kofty w postkomunistycznym
"Przeglądzie" z 25 lutego znalazł się również niedwuznaczny atak na
prezydenta i premiera RP, którzy opowiedzieli się za zdegradowaniem gen.
Wojciecha Jaruzelskiego do stopnia szeregowca. Według Kofty: "Odbieranie
Jaruzelskiemu generalskich szlifów i emerytury to żerowanie na niskich
instynktach najgorszej części narodu, nie mówiąc już o katolickim
rodowodzie tego rodzaju mściwości".
Wśród gości pani prezydentowej znalazła się również Magdalena Środa,
była persona ministerialna w rządzie SLD, znana z niekłamanej nienawiści
do Kościoła i wartości chrześcijańskich. Środa świeżo wyróżniła się
kolejnymi absurdalnymi twierdzeniami, głosząc w "Wysokich Obcasach" (nr
339), dodatku do "Gazety Wyborczej", że "rzeczywistym motywem zakazu
aborcji jest nacjonalizm i źle pojęta troska o demografię". Czołową rolę
w przebiegu spotkania w Pałacu Prezydenckim 8 marca odegrała Monika
Olejnik, słynna z fanatycznej lewicowej tendencyjności oraz skrajnej
niechęci do obecnych rządów. To ona podsunęła przygotowany przez siebie
apel przeciw zmianom w Konstytucji do podpisu pani prezydentowej,
kierowniczym osobom z kancelarii prezydenckiej i ich gościom.
Przypomnijmy, że Monika Olejnik, absolwentka zootechniki, a nie
dziennikarstwa, zdobyła dziennikarskie ostrogi w radiu w czasie stanu
wojennego, gdy bardzo wielka część dziennikarzy bojkotowała jakże
słusznie takie media jak radio i telewizję. Jak wspominał jej ówczesny
"kolega" z mediów elektronicznych Tadeusz Zakrzewski na łamach "Wprost"
z 8 lutego 2004 r.: "Monikę Olejnik wciśnięto do radia w pierwszym
okresie stanu wojennego na polecenie komisarza wojennego. Za tą decyzją
stał jej ojciec, pułkownik, szef ważnej jednostki MSW". Czyżby więc
jednym z głównych źródeł agresywnej lewicowości publicystycznych wypadów
M. Olejnik były poglądy odziedziczone po ojcu pułkowniku MSW?
Wśród uczestniczących w spotkaniu w Pałacu Prezydenckim znalazły się
również dwie dziennikarki z tak atakującej rząd "Gazety Wyborczej": Ewa
Milewicz, ostatnio "wsławiona" zajadłą obsesją antylustracyjną, i
Dominika Wielowieyska. Znalazły się aż trzy przedstawicielki najbardziej
agresywnej antyrządowej stacji telewizyjnej TVN 24. Były nimi znana ze
skrajnej lewicowej tendencyjności Katarzyna Kolenda-Zaleska, stale
zamieszczająca agresywne komentarze w "Gazecie Wyborczej", Justyna
Pochanke i Małgorzata Łaszcz, szefowa producentów i reporterów TVN. Nie
zabrakło również i przedstawicielki innej wrogiej PiS i rządom
Kaczyńskich komercyjnej stacji telewizyjnej Polsatu - w osobie Hanny
Smoktunowicz.
Do tego doszła Dorota Wysocka-Schnepf, gwiazda mało zreformowanej
telewizji wildsteinowskiej, współodpowiedzialna za rozliczne tendencyjne
wypady antyrządowe w tej telewizji. Kiedyś, wspominając swój pobyt z
mężem Ryszardem Schnepfem jako ambasadorem w jednym Z krajów Ameryki
Południowej, chwaliła się, że zajmowała się tam organizowaniem pomocy
materialnej dla mniejszości żydowskiej w tym kraju. Podkreślam, to nie
jest pomyłka - dla mniejszości żydowskiej, nie polskiej. Rozumiałbym,
gdyby taką akcją zajmowała się i chwaliła żona ambasadora Izraela.
Zdumiewa jednak to, iż robiła to żona polskiego ambasadora R. Schnepfa,
który zamiast pomagać Polonii, specjalizował się w atakach na przywódcę
całej Poloni południowoamerykańskiej - wielkiego Polaka Jana
Kobylańskiego. Dodajmy, że Wysocka-Schnepf wyraźnie kontynuuje tę
niegodną tradycję ataków jej męża, dając w telewizji publicznej upust
swym personalnym fobiom poprzez kolejne zniesławiające pomówienia pod
adresem Jana Kobylańskiego.
Przygotowany przez M. Olejnik apel przeciw zmianie Konstytucji podpisały
również, poza panią prezydentową i lewicowymi dziennikarkami, m.in. pani
minister E. Junczyk-Ziomecka, podsekretarz stanu Lena
Dąbkowska-Cichocka, dyrektor biura prasowego Kancelarii Prezydenta Anna
Kamińska i dyrektor Biura Inicjatyw Społecznych Kancelarii Prezydenta
Bożena Opioła.
Znamienny był fakt, że w spotkaniu uczestniczyła prawdziwie "doborowa"
stawka dziennikarek postkomunistycznych i liberalno-lewicowych, w dużej
części znanych z zajadłych ataków na program budowy IV Rzeczypospolitej.
Znamienne, że równocześnie panie minister z otoczenia pani prezydentowej
wyraźnie zadbały, aby na spotkaniu w Pałacu nie znalazł się nikt z forum
prasowych jednoznacznie wspierających rząd i program naprawy. Jak widać,
pań z otoczenia pani prezydentowej absolutnie nie obchodzą osoby z
prawicy i generalnie nurtu chrześcijańskio-patriotycznego. Obchodzi je
przede wszystkim zabieganie o względy u dziennikarek postkomunistycznych
i lewicowo-liberalnych.
Premier krytykuje błąd prezydentowej
Premier Jarosław Kaczyński oświadczył 13 marca 2007 r. w "Sygnałach
dnia", że "pani prezydentowa Maria Kaczyńska została prawdopodobnie
wprowadzona w błąd". J. Kaczyński dodał, że "radziłby uważniej
przyglądać się tego typu apelom", bo "jest przekonany", że doszło do
nieporozumienia. Premier zachował się w całej sprawie jak mąż stanu,
pragnąc jak najszybciej wyciszyć niepotrzebne spory, a przede wszystkim
naprawić fatalne skutki aż nadto "samodzielnych" poczynań swojej
bratowej-prezydentowej. Według oceny Aleksandry Gardynik i Bernadetty
Waszkielewicz, autorek tekstu "Kaczyński kontra Kaczyński" w
"Rzeczpospolitej" z 16 marca 2007 r.: "Jarosław Kaczyński jeszcze nigdy
nie był tak zły na kancelarię swego brata jak teraz - przy konflikcie o
zmiany w Konstytucji. To w dworze brata upatruje bowiem wszystkich
nieporozumień (...) - Prezydent ma doradców, którzy powinni o niego
dbać, a to on o nich dba i ich rozsądza. Jego kancelaria i premiera to
inne światy - narzeka polityk PiS, bliski szefowi rządu. Premier ma
pretensje do kancelarii brata za zorganizowanie spotkania prezydentowej
z dziennikarkami, na którym podpisała sporny apel. Było to bowiem w
chwili eskalacji konfliktu wokół zmiany Konstytucji. Na dodatek apel
podpisało też kilka pań z kancelarii".
Dość podobne oceny całej sprawy można znaleźć w najnowszym "Newsweeku"
(z 25 marca br.) w tekście Andrzeja Stankiewicza i Piotra Śmiłowicza:
"Oczekiwana zamiana bliźniaków". Autorzy twierdzą, że: "Premier nisko
ocenia kompetencje ministrów swego brata. Podczas jednego z posiedzeń
komitetu politycznego PiS miał powiedzieć o Kancelarii Prezydenta: 'Ja
bym takich ludzi u siebie nie zatrudniał'. Stąd też jego gwałtowana
reakcja, gdy prezydentowa Maria Kaczyńska i prezydenckie urzędniczki
podpisały list ze sprzeciwem wobec zmian antyaborcyjnych w konstytucji.
Oto nijakie otoczenie Lecha bez wiedzy jego, Jarosława, zdecydowało się
na własny ruch polityczny. I to tak kontrowersyjny". W tych
stwierdzeniach autorów "Newsweeka" jest jedna znacząca nieścisłość.
Otoczenie Lecha Kaczyńskiego wcale nie jest nijakie, lecz w większości
mocno lewicowe, jak to później przedstawię. I właśnie ze strony minister
Ewy Junczyk-Ziomeckiej, wcale nie nijakiej, lecz mocno lewicowej i
skrajnie prożydowskiej, doszło tego samego dnia - 13 marca - do tak
szokującego przeciwstawienia się wypowiedzi premiera Jarosława
Kaczyńskiego. Występując w Radiu Zet, minister Junczyk-Ziomecka
wyraziście polemizowała z wypowiedzią premiera, twierdząc, że "pani
prezydentowa jest osobą mądrą i nie robi takich pomyłek ani też nie jest
to osoba, której można podsunąć coś i ona bezwiednie podpisałaby jakieś
zaświadczenie". Uderzając w ten sposób w podjętą przez premiera J.
Kaczyńskiego próbę wyciszenia całej sprawy, minister Junczyk-Ziomecka
zachowała się jak swego rodzaju koń trojański w obozie rządzącym.
Kto podpuścił panią prezydentową?
Przypomnijmy tu, że minister Ewa Junczyk-Ziomecka jest od dawna uważana
za swego rodzaju "złego ducha" w Kancelarii Prezydenta. W pełni zgadzam
się pod tym względem z niedawnym wystąpieniem prof. Bogusława
Wolniewicza w Radiu Maryja, który stwierdził wprost: "Nie mogłem pojąć,
co w kancelarii prezydenckiej robi Ewa Junczyk-Ziomecka". Profesor
Wolniewicz przypomniał, że Ziomecka dłuższy czas szefowała
przygotowaniom do stworzenia ogromniastego Muzeum Historii Żydów w
Warszawie. Profesor B. Wolniewicz nie bez uzasadnienia obawia się, że
muzeum to może stać się faktycznym centrum propagandy antypolskiej za
polskie pieniądze. Wspomniane muzeum ma powstać za ogromną sumę 100
milionów złotych, z których przeważającą część stanowić będą pieniądze z
polskiego budżetu. Mniejszą część mają stanowić pieniądze z Żydowskiego
Instytutu Historycznego. Pamiętajmy jednak, że ŻIH sam działa w oparciu
o dotacje z polskiego budżetu, tak więc jego pomoc dla wspomnianego
muzeum oznaczałaby przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej.
Nie zabezpieczono - przypuszczalnie także z winy E. Junczyk-Ziomeckiej -
odpowiedniego wpływu strony polskiej na skład Rady kierującej przyszłym
muzeum. Jeśli ta Rada będzie zdominowana przez Żydów z zagranicy
(zwłaszcza amerykańskich) i przedstawicieli ŻIH, to można obawiać się,
że ekspozycji w muzeum nadany zostanie wyraźny charakter antypolski,
szczególnie eksponujący rzekome prześladowania Żydów od średniowiecza aż
do "zbrodni kieleckiej", zacierając w tym ostatnim przypadku rolę
zbrodniarzy z NKWD i UB. Wiadomo, jak w amerykańskich muzeach holokaustu
zafałszowuje się już teraz obraz historii Polski aż po wspomnianą
zbrodnię kielecką. Pisali o tym bardzo szczegółowo w prasie polonijnej
prof. Iwo C. Pogonowski i red. Wojciech Wierzewski. Nie ma żadnej
gwarancji zabezpieczenia przed antypolonizmem ekspozycji muzeum przy
wpływie na nią takich osób jak dyrektor Żydowskiego Instytutu
Historycznego Feliks Tych czy tacy prominentni jego pracownicy jak dr
Andrzej Żbikowski czy dr Alina Cała, znani z zafałszowywań historii
stosunków polsko-żydowskich na szkodę Polski. Sam dyrektor Feliks Tych,
dogmatyczny historyk, zięć Jakuba Bermana, obnażył kiedyś swoją postawę
antypolską referatem o rzekomym polskim antysemityzmie w Instytucie
Polskim w Düsseldorfie w Niemczech.
Warto przypomnieć, że minister E. Junczyk-Ziomecka występowała w imieniu
prezydenta L. Kaczyńskiego z przemówieniem na uroczystościach
przypominających zbrodnię kielecką 4 lipca 2006 r. i prawdopodobnie
przygotowane przez nią wystąpienie dalekie było od faktycznego obrazu
tamtych tragicznych wydarzeń sprzed 60 lat. Zaskakujący był sam awans
Ewy Junczyk-Ziomeckiej na stanowisko ministra w Kancelarii Prezydenta
jako osoby odpowiedzialnej za "sprawy społeczne". Autorzy "Newsweeka"
(nr z 28 grudnia 2005 r.) Michał Karnowski i Piotr Zaremba pisali, że: "Ziomecka
to koleżanka Kaczyńskiego ze studiów. Ta sama, którą prezydent osobiście
odwoził do szpitala po wypadku, co stało się okazją do małego skandalu
(zwolniono pielęgniarkę, która zbyt opieszale zajęła się ranną kobietą).
Najżyczliwsi Kaczyńskiemu zwracają uwagę na to, że jej główne
doświadczenia dotyczą budowy Muzeum Żydów Polskich, a nie najszerzej
pojmowanej polityki społecznej". Minister E. Junczyk-Ziomecka jest
związana ze stowarzyszeniem Otwarta Rzeczpospolita, czyli
stowarzyszeniem fanatycznych tropicieli rzekomego polskiego
antysemityzmu. To Ziomecka uważana jest za inicjatorkę różnych pomysłów
zmierzających do skrajnych ustępstw wobec Żydów. To jej przypisuje się
również wspieranie różnych osób ze środowisk lewicowo-liberalnych i
postkomunistycznych, które próbują przyklejać się do prezydentowej, tak
jak zrobiły to wielce skutecznie na niesławnej uroczystości 8 marca br.
Według "Gazety Wyborczej", przypuszczalnie to właśnie minister E.
Junczyk-Ziomecka inspirowała zwołanie w Pałacu Prezydenckim omawianego
spotkania z panią prezydentową. Jej też przypisano w "Gazecie Wyborczej"
zasugerowanie pani prezydentowej wyrażenia odrębnego stanowiska w
sprawie doliny Rospudy, jak wiemy, całkowicie sprzecznego ze
stanowiskiem premiera i rządu. Podane przez "Gazetę Wyborczą" sugestie
co do roli minister Junczyk-Ziomeckiej w kwestii zainspirowania pani
prezydentowej Kaczyńskiej w sprawie spotkania z 8 marca, wydaje się
potwierdzać gwałtowna reakcja minister Ziomeckiej 13 marca w obronie
apelu podpisanego w Pałacu Prezydenckim - w polemice z samym premierem.
Warto przypomnieć jeszcze jeden fragment z wystąpienia minister
Ziomeckiej w Radiu Zet z 13 marca: "Ja bym proponowała, żeby spojrzeć na
panią prezydentową z większym szacunkiem" (chodziło o zaprzeczenie tezie
premiera, że pani prezydentowej podsunięto oświadczenie i je zbyt
pochopnie podpisała). Był to prawdziwy szczyt arogancji, minister
Ziomecka publicznie sugerowała premierowi, by spojrzał na swą
bratową-prezydentową "z większym szacunkiem"!
Skrajnym absurdem było również wcześniejsze inspirowane przez minister
Junczyk-Ziomecką wystąpienie prezydentowej w sprawie doliny Rospudy.
Dobrze wyraziła to karykatura w jednym z czasopism pokazująca, jak
premier Jarosław Kaczyński podpiłowuje gałąź drzewa, na której siedzą
przycupnięci "ekologowie": pan prezydent i pani prezydentowa.
Zastanawiam się, jak można było doprowadzić do publicznego
zamanifestowania przeciwstawnych opinii przez dwóch rządzących braci:
prezydenta i premiera? Wrogowie patriotycznej opcji mogą sobie potem
dworować, że ci Kaczyńscy to są tacy skrajni pieniacze, że muszą się
publicznie spierać nawet między sobą. Całkowite pomieszanie z
poplątaniem!
Najfatalniejsze skutki przyniosło jednak posłuchanie przez prezydentową
M. Kaczyńską podpowiedzi w sprawie 8-marcowego spotkania w Pałacu
Prezydenckim. Doprowadziło to panią prezydentową do publicznego
zderzenia się z wyrażonym w komunikacie jednoznacznym stanowiskiem
całego Episkopatu i znaczącym zachwianiem wiarygodności pary
prezydenckiej w kręgach chrześcijańsko-patriotycznych.
"Bardzo mocno lewicowa" pani Kaczyńska
Był jednak powód, dla którego pani prezydentowa tak łatwo usłuchała
szkodliwych podszeptów minister E. Ziomeckiej. Ujawnił to jeden z
liderów Platformy Obywatelskiej Jan Rokita, wskazując w wywiadzie dla
"Rzeczpospolitej" z 16 marca na jednoznaczną, zdecydowaną lewicowość
poglądów pani prezydentowej. Otóż według Rokity: "(...) oliwy do ognia
dolała pani prezydentowa, która ujawniła to, co bardzo wielu ludzi
interesujących się polityką wie, co jest tajemnicą poliszynela (...), że
pani prezydentowa ma poglądy feministyczne i bardzo mocno lewicowe. I
nigdy tego nie ukrywała".
Słowa Rokity ukazują poglądy pani prezydentowej w sposób prawdziwie
szokujący dla prawicowego chrześcijańsko-patriotycznego elektoratu,
który wybrał jej męża na prezydenta Polski. Ani pani prezydentowa, ani
nikt z Kancelarii Pezydenta nie próbował publicznie zaprzeczyć
wypowiedzi Rokity na temat "bardzo mocno lewicowych" poglądów pani M.
Kaczyńskiej. Wynika stąd, że Rokita odsłonił bardzo przykrą dla naszego
elektoratu prawdę. Oczywiście pani prezydentowa może mieć swoje odrębne
od PiS "bardzo mocno lewicowe" i feministyczne poglądy. Poglądy te
jednak już dotąd w paru przypadkach (Rospudy, a zwłaszcza sławetnego
spotkania w Pałacu Prezydenckim 8 marca) przyniosły ewidentne szkody
obozowi rządzącemu, zachwiały wiarygodnością postawy samego prezydenta.
Wydaje się więc, że być może najsłuszniejsze w tej sprawie byłoby
postępowanie zasugerowane przez prof. B. Wolniewicza w audycji
"Aktualności dnia" w Radiu Maryja. Zasugerował on, by pani prezydentowa
Kaczyńska publicznie przedstawiła swoje poglądy. Jeśli zaś są one takie,
jak określił J. Rokita, to pani prezydentowa, jako osoba na tak
eksponowanym stanowisku, "powinna się raz na zawsze odsunąć od wszelkich
działań politycznych, od wszelkich gestów". Aby nie zniechęcała
chrześcijańsko-prawicowego elektoratu, nie podważała wiarygodności
prezydenta i premiera i nie wprowadzała niepotrzebnych podziałów.
"Nasza Polska" z 6 marca br. ujawniła, że nagle szczególnie bliską
"prezydentowej Kaczyńskiej" stała się Elżbieta Penderecka, która przez
lata "przyjaźniła się" z Jolantą Kwaśniewską. Penderecka znana jest ze
szczególnie wielkich żądań finansowych w kontekście organizowania
różnych festiwali. Podobno wśród nowych "przyjaciółek" pani Kaczyńskiej
znalazła się również i osławiona "caryca" z telewizji Nina Terentiew,
która przez lata była jednym z symboli lewicy dominującej w TVP. Obawiać
się można dalszego przyklejania się różnych pań z lewicy do "wielce
lewicowej" pani prezydent, wykorzystując otwarte zbliżenie na spotkaniu
z 8 marca
W kontekście podanych przez J. Rokitę twierdzeń o "bardzo mocno
lewicowych" poglądach pani prezydentowej trochę inaczej wygląda sprawa
opisywanego ostatnio romansu córki prezydenckiej pary. Według informacji
prasowych rozstała się ona z mężem i ma poślubić syna działacza
postkomunistycznej SLD na Pomorzu. Podobno ojciec wybrańca miał nie
najciekawsze powiązania w przeszłości.
"Lewa noga" wspiera panią prezydent
Okazało się, że zbliżenie pani prezydentowej z zajadłymi dziennikarkami
lewicowymi typu Olejnik, Środa czy Kofta przyniosły pani Marii
Kaczyńskiej dość szczególne "profity" polityczne. Właśnie ze strony
lewicy postkomunistycznej i lewicy liberalnej zdecydowanie wystąpiono z
poparciem dla postawy pani prezydentowej najczęściej w kontekście
przeciwstawienia jej rzekomo niesłusznie krytycznemu wobec niej
stanowisku premiera. Między innymi pani Kaczyńska doczekała się bardzo
szybkiego poparcia jej stanowiska przez Jolantę Kwaśniewską i przez
redakcję postkomunistycznej "Trybuny". Już 15 marca 2007 r. "Trybuna"
wystąpiła w dwóch różnych tekstach po stronie pani prezydentowej przeciw
premierowi J. Kaczyńskiemu. Według dziennikarza "Trybuny", J. Kaczyński
tłumaczył, że "jego bratowa została wprowadzona w błąd, bo nie
wiedziała, co podpisuje". Stąd, według dziennikarza "Trybuny", teraz
premier Kaczyński "też powinien przeprosić prezydentową, skoro tak nisko
ocenia jej możliwości intelektualne". W innym numerze "Trybuny" (z 17-18
marca 2007 r.) z werwą chwalono "centrolewicowość" obecnego prezydenta w
sferze obyczajowej, stwierdzając, że "to ani chybi dzieło jego małżonki
(...). I tak feminizm, drogą rodzinną, zakradł się na same szczyty
władzy".
Ostro zaatakowała premiera autorka apelu sygnowanego na spotkaniu w
Pałacu Prezydenckim Monika Olejnik, stwierdzając: "Premier tak się
przestraszył ojca Rydzyka, że teraz mówi, że żona prezydenta została
wprowadzona w błąd. Przez kogo? Pani Maria Kaczyńska przeczytała ten
apel i podpisała go. Nawet powiedziała, że zrobiła to z pełnym
przekonaniem (...). Apel powstał spontanicznie". Wydaje się, że
stwierdzenia M. Olejnik posiadają nader wątpliwą wiarygodność.
Szczególnie wątpliwe wydaje się twierdzenie o rzekomej "spontaniczności
powstania apelu". Cała sprawa wygląda raczej na szytą grubymi nićmi
dobrze zaplanowaną intrygę.
Ze szczególnie ostrym atakiem przeciw premierowi wystąpiła lewicowa
pisarka Manuela Gretkowska, znana z fanatycznego feminizmu. Według
postkomunistycznego "Przeglądu" z 25 marca, Gretkowska powiedziała w
wywiadzie dla RMF FM 16 marca: "Współczuję pani prezydentowej za to, jak
została potraktowana przez Rydzyka i przez swojego szwagra, tak w
skrócie powiedział chyba premier: 'Maryśka nie kuma czaczy'. To jest
zachowanie jak w krajach o innej kulturze, w krajach arabskich, gdzie
szwagier wypowiada się w imieniu żony w rodzinie, bo jest jakąś głową i
zarządza tym".
W obronie pani prezydentowej Kaczyńskiej, a przeciwko premierowi RP
stanowczo wystąpiła też zajadła lewicowa dziennikarka z TVN 24 Katarzyna
Kolenda-Zaleska, stwierdzając: "Podważanie poczytalności pani
prezydentowej jest nieeleganckie" (według "Dziennika" z 14 marca br.).
Polemizowała z premierem Kaczyńskim również inna lewicowa uczestniczka
spotkania w pałacu prezydenckim - dziennikarka "Gazety Wyborczej" Ewa
Milewicz, pisząc: "Przecież Monika Olejnik nie uśpiła Kaczyńskiej
chloroformem (...). Może trudno to mężczyźnie zrozumieć, ale kobiety
umieją ze zrozumieniem przeczytać dwa zdania i nawet samodzielnie się
pod nimi podpisać". Z poparciem dla prezydentowej Kaczyńskiej i
równoczesnym atakiem na o. Rydzyka wystąpił inny publicysta "Wyborczej"
- Paweł Wroński. Poparł panią prezydentową również najbardziej skrajny
antypatriotyczny publicysta Janusz A. Majcherek (w TVN 24 z 18 marca).
Szczególnie oburzający był sygnowany literami m.s. krótki tekst w
"Rzeczpospolitej" z 15 marca 2007 r. pt. "Ta afera zmieni relacje braci
Kaczyńskich". Według autora "Rzeczpospolitej", będą jednak konsekwencje
na linii premier - prezydent. Jarosław Kaczyński zachował się
nieelegancko, kwestionując kwalifikacje pani prezydentowej oraz
sugerując, iż podpisując apel, nie orientowała się, co robi. Być może to
zdarzenie stanie się początkiem większej autonomii Lecha Kaczyńskiego od
brata, choćby w prowadzeniu polityki zagranicznej. A premier zachowuje
się tak, jakby stał się zakładnikiem Tadeusza Rydzyka i jego mediów.
Radio Maryja jest rozpieszczane przez PiS i Jarosława Kaczyńskiego
(...)".
Komentator "Rzeczpospolitej" najwyraźniej próbuje maksymalnie jątrzyć.
Zgodnie ze stylem innych lewicowych i liberalnych komentatorów próbuje
teraz wbijać klina między premiera i prezydenta RP. Wbrew jego
twierdzeniom nie było żadnej nieeleganckości w zachowaniu premiera. To
otoczenie pani prezydentowej zachowało się nieelegancko, a nawet
skrajnie szkodliwie, nakłaniając panią prezydentową do zachowań
godzących w mądrą, realistyczną politykę jej szwagra-premiera.
Najnowszy poniedziałkowy numer postkomunistycznego "Przeglądu" z 25
marca przynosi tekst cytowanej już lewicowej fanatyczki-nienawistnicy
Krystyny Kofty. I ona przychodzi z nieproszonym wsparciem dla pani
prezydentowej przeciw premierowi RP.
Osobiście uważam, że pani prezydentowa nie powinna w żadnym razie
cieszyć się ze stanowczego wsparcia ze strony Jolanty Kwaśniewskiej,
redakcji postkomunistycznej "Trybuny" i postkomunistycznego "Przeglądu",
Krystyny Kofty i Moniki Olejnik, dziennikarzy "Gazety Wyborczej" i TVN
24 czy fanatycznej feministki Manueli Gretkowskiej. Potencjalne "zyski"
z takiego poparcia pani prezydentowej szybko okażą się po prostu
fikcyjne i w perspektywie czasu bardzo kosztowne dla obozu rządzącego,
prowadząc do zamieszania wewnątrz tego obozu i osłabienia jego
wiarygodności. Wrogowie radykalnych przemian aż nadto dobrze wiedzą za
co dziś tak zachwalają panią prezydentową.
Bardzo przydałoby się, żeby pani prezydentowa wzięła sobie do serca
nader trafną wcześniejszą sugestię politologa Jacka Kloczkowskiego z
zarządu Ośrodka Myśli Politycznej w Krakowie. W "Nowym Państwie" (nr 1 z
2007 r.) Kloczkowski przestrzegał: "Jest łatwą do udowodnienia
prawidłowością, że człowiek prawicy, który próbuje schlebiać lewej
stronie ideowych sporów, zwykle nie zyskuje jej uznania, traci zaś
wiarygodność w gronie swoich tradycyjnych zwolenników". Już teraz,
zaledwie półtora tygodnia po sławetnym spotkaniu u pani prezydentowej 8
marca, aż nadto dobrze widać szkody wyrządzone przez nie. Zarówno pani
prezydentowa, jak i PiS wyraźnie straciły na wiarygodności, a ludzie
lewicy z tym większą satysfakcją śmieją się w kułak z całej sprawy.
Inspiratorki całej imprezy z minister E. Junczyk-Ziomecką na czele
wyrządziły tym sposobem PiS prawdziwie niedźwiedzią przysługę. Trudno
nie zgodzić się z oceną prof. B. Wolniewicza, który uznał za dużą
niestosowność spotkanie w Pałacu Prezydenckim z "dziennikarską
wierchuszką lewacką, która wylewa nieczystości na Radio Maryja".
Ukarać winnych jątrzenia
Polityk PiS Tadeusz Cymański stwierdził w wypowiedzi dla
"Rzeczpospolitej" z 15 marca br.: "Ta niezręczna sytuacja jest prezentem
dla wrogów Kościoła i przeciwników ojca Rydzyka. Dlatego potrzebne jest
złagodzenie sprawy". Zgodzę się z tą konkluzją T. Cymańskiego, ale z
jednym bardzo znaczącym uzupełnieniem. W mojej ocenie, "ta niezręczna
sytuacja" jest przede wszystkim doskonałym prezentem dla wrogów obecnego
prezydenta i obecnego rządu. To oni najwięcej tracą na tym tak przykrym
wydarzeniu, zniechęcając do siebie wiele tysięcy osób ze środowisk
chrześcijańsko-patriotycznych. Niech więc wyciągną wreszcie konsekwencje
wobec winnych tak skandalicznego pomysłu, do którego nakłonili panią
prezydentową. Wpływy tych "doradczyń", wcale nie z Bożej łaski, zarówno
w sprawie Rospudy, jak w szczególności w sprawie fatalnego apelu,
okazały się ogromnie szkodliwe. W czasie niebywałej nagonki prasy
postkomunistycznej i lewicowo-liberalnej, domagającej się przeprosin
ojca Rydzyka, trzeba stanowczo powiedzieć, że jedyne przeprosiny powinny
złożyć osoby odpowiedzialne za niesławną imprezę
8-marcową u prezydentowej i za niesławny apel. Przede wszystkim zaś musi
ponieść bezpośrednią odpowiedzialność tak zaangażowana we wspieranie
całej imprezy, nawet po krytycznych słowach premiera, minister Ewa
Junczyk-Ziomecka. Powiem więcej, w interesie Polski właśnie ta pani
minister Ziomecka, tak jątrząca i judząca, wywołująca ciągłe
nieporozumienia w obozie patriotycznym powinna zostać jak najszybciej
odwołana!
Pani prezydentowa Maria Kaczyńska najlepiej udowodni zaś swoje
kwalifikacje intelektualne i poczucie polskiej racji stanu w trudnej
sytaucji wewnętrznej w Polsce w tylko jeden sposób. Zamiast upierać się
przy podsuniętych jej przez złe doradczynie tak kosztownych pomyłkach w
sprawie Rospudy i spotkania z ferajną lewicowych dziennikarek 8 marca,
powinna jak najszybciej wyrazić ubolewanie z powodu niepotrzebnego
zamętu, do którego doszło. Naród wybierał na prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, a nie Marię Kaczyńską, i oczekuje, że nie będzie się ona w
przyszłości wtrącać się do jakże zawiłych arkanów polityki, która wymaga
wielu lat doświadczenia i kunsztu politycznego. Zbyt łatwo bowiem można
wiele rzeczy popsuć ku radości wszystkich wrogów przemian! Byłoby
prawdziwym nieszczęściem, gdyby Lech Kaczyński, idąc za podszeptami
jątrzących dziennikarzy (typu cytowanego żurnalisty z "Rzeczpospolitej")
zdecydował się na większą autonomię (czytaj: różnice podejścia) w
stosunku do brata premiera, chociażby w polityce zagranicznej. Dla mnie
osobiście i dla bardzo wielu innych osób to Jarosław Kaczyński jest
głównym strategiem polityki rozbijania patologicznych układów. I rozumie
to najwidoczniej także sam Lech Kaczyński. By przypomnieć jego słynne
słowa meldujące bratu o wykonaniu zadania po zwycięstwie w boju o
prezydenturę.
Prezydencki babiniec
Pisałem już szerzej o szczególnie negatywnej roli minister Ewy
Junczyk-Ziomeckiej. Niestety, kancelaria prezydencka ma dużo więcej
osób, które wyraźnie hołdują tendencjom liberalno-lewicowym. Tak jak
ogromnie wpływowa szefowa gabinetu prezydenta Elżbieta Jakubiak, która
wywodzi się z Unii Wolności. Jakubiak przez kilka lat była asystentką
wicemarszałka Sejmu Jacka Kurczewskiego z KLD, który wszedł do Unii
Wolności. Potem przez kolejne cztery lata była asystentką wicemarszałek
Olgi Krzyżanowskiej, jednej z czołowych postaci Unii Wolności. Pracując
u niej, poznała gdańskiego posła Unii Wolności Jacka Taylora. Wraz z nim
przeszła do kierowanego przez niego Urzędu ds. Kombatantów, gdzie
wywierała bardzo znaczący wpływ. I to właśnie Jacek Taylor polecił E.
Jakubiak wybranemu świeżo na prezydenta Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu.
Szybko potrafiła stać się wprost niezastąpiona dla L. Kaczyńskiego.
Niestety, wieloletnie zakorzenienie E. Jakubiak w Unii Wolności
pozostawiło aż nadto widoczne skutki w jej praktyce działania na co
dzień. Robert Mazurek w tekście "Wiceprezydent w staniku" ("Przekrój" z
16 marca 2006 r.) cytował opinię pewnego zachowującego anonimowość
"bardzo ważnego polityka" PiS: "Ta baba nienawidzi prawicy. Wycinała
PiS-owców, a awansowała ludzi Unii Wolności, którzy wiedzą, komu
zawdzięczają posady. Stała się Mojżeszem przeprowadzającym ich na
stanowiska po zwycięstwie PiS". Rzeczy te wprost wydają się
niewiarygodne i wręcz przerażające, bo jeśli rzeczywiście tak zachowuje
się szefowa gabinetu samego prezydenta, to o czym mamy więcej mówić?
Publicysta "Przekroju" twierdzi w cytowanym wyżej artykule, iż Jakubiak
cechują "niemal nieograniczona władza i nieskrywane już ambicje". Jakże
wymowny pod tym względem jest fragment artykułu stwierdzający: "'Szefuję
gabinetowi prezydenta, a to nie jest miejsce, gdzie powinno się
realizować własne ambicje polityczne' - podkreśla [Jakubiak - J.R.N.]
kilkakrotnie. 'Ale gdyby w Polsce było stanowisko wiceprezydenta,
chciałabym je zająć' - przyznaje z rzadką w polityce szczerością".
R. Mazurek cytuje opinie niektórych osób o Jakubiak nazywające ją
"mistrzynią pałacowych intryg", "zazdrosną o prezydenta i bezlitośnie
pozbywającą się konkurencji" czy wreszcie "demoniczną szefową gabinetu".
Przypomina znamienną historię z 2004 r., która zapoczątkowała ostry
konflikt między Jakubiak a tak znanymi politykami PiS, jak Adam Bielan i
Michał Kamiński. Według Mazurka, młodzi politycy PiS omawiali
prezydentowi Warszawy Lechowi Kaczyńskiemu poranne artykuły prasowe
krytykujące władze stolicy, namawiali do podjęcia zdecydowanych kroków i
zdymisjonowania winnych afer. Kaczyński słuchał tego bardzo
podenerwowany. I wtedy głos zabrała Jakubiak, i "najpierw na spotkaniu,
a potem już po wyjściu prezydenta atakuje Bielana i Kamińskiego, że
niepotrzebnie denerwują Lecha, zawracają mu głowę i panikują. To
symptomatyczna scena, bo nie tylko pokazuje, jak rodził się gigantyczny,
trwający do dziś konflikt między tą trójką bliskich współpracowników
prezydenta, ale też wyjaśnia sposób, w jaki działa Jakubiak". Jej metody
upiększające realia okazały się dużo skuteczniejsze, bo to ona zyskała
przywiązanie prezydenta, który widać woli słuchać pocieszających
wiadomości od tych, które by go denerwowały. Na próżno przywoływany
przez Mazurka anonimowy "bardzo ważny polityk PiS" zarzuca Jakubiak, że
"na niczym się nie zna, otacza się miernotami". Tak czy owak ma pozycję
dominującą przy prezydencie, bo - jak pisze Mazurek - "to do niej trafia
każde pismo adresowane do głowy państwa i to ona nadaje tym pismom bieg,
decyduje, z kim i jak długo porozmawia prezydent, i kto będzie jego
doradcą przed ważnym wyjazdem". A wyraźnie wykazuje przy tym brak
preferencji dla polityków PiS, co - według Mazurka - potwierdza zaletę
Kaczyńskiego, że "nie był on prezydentem partyjnym". Pytanie, czy to
była zaleta, gdy zamiast PiS preferowano działaczy Unii Wolności.
Mazurek przytacza opinię wiceministra z PiS Pawła Poncyljusza:
"Słyszałem od wielu polityków naszej partii narzekania, że trudno wpisać
się do kalendarza prezydenta stolicy". Wielu uważa ogromne wpływy E.
Jakubiak, po cichu tak wyraźnie preferującej działaczy Unii Wolności, za
faktycznie godzące w ideę IV Rzeczypospolitej, która przecież przewiduje
rozbicie tak patologicznego układu narzuconego przez Unię Wolności i
SLD. Niedawno Elżbieta Jakubiak zaznaczyła się wywiadem dla Radia Zet, w
którym bardzo ostro sprzeciwiła się debacie o zmianie Konstytucji jako
próbie sprowadzania Polski na manowce. Wywołało to już dobrze znaną
Czytelnikom "Naszego Dziennika" dłuższą całokolumnową polemikę ze strony
dr. inż. Antoniego Zięby, prezesa Polskiego Stowarzyszenia Obrońców
Życia Człowieka.
Ciekawe byłoby dokładniejsze przyjrzenie się, jak wielki faktyczny wpływ
wywierają lewicowe panie z kancelarii prezydenckiej na formalnie
prawicowego prezydenta? M. Karnowski i P. Zaremba twierdzili w
"Newsweeku" - już 28 grudnia 2005 r. - że Lech Kaczyński "dałby się
porąbać za E. Jakubiak". I dodawali swe przypuszczenia, że "(...)
wszystkie, jakże liczne kobiety zatrudnione w kancelarii, będą miały na
niego znaczny wpływ, tak jak w urzędzie miasta. Ludzie znający atmosferę
otaczającą Kaczyńskiego mówią o babińcu przepojonym skłonnością do
usuwania szefowi spod nóg wszelkich kłopotów. Skądinąd atmosfera
adoracji jest wzajemna".
Opinię tę wyraźnie potwierdzają autorzy najnowszego tekstu w
"Newsweeku", publikowanego 25 marca br. Jego autorzy: Andrzej
Stankiewicz i Piotr Śmiłowicz piszą: "Politycy PiS winą za złą passę
Lecha Kaczyńskiego obarczają jego zaplecze, pozbawione silnych
indywidualności. Trochę w tym jednak winy samego prezydenta, dla którego
głównym kryterium doboru ministrów jest więź emocjonalna. To właśnie
dlatego w pałacu można spotkać na ogół tych samych ludzi, z którymi
Kaczyński pracował jako prezes NIK, minister sprawiedliwości czy
prezydent Warszawy. To zresztą przede wszystkim kobiety, bo przy nich
prezydent lepiej się czuje - Elżbieta Jakubiak, Ewa Ziomecka, Lena
Cichocka, Małgorzata Bochenek. Na stanowiskach ministerialnych są tylko
dwaj mężczyźni - p.o. szef Kancelarii Prezydenta Robert Draba i rzecznik
Maciej Łopiński (...). Oparcie zaplecza prezydenta na osobistych więzach
ma jeszcze inny skutek negatywny. Sprzyja tworzeniu dworu - wyścigiem do
ucha prezydenta, wzajemnemu podgryzaniu. Głośno było kilka miesięcy temu
o konflikcie między Elżbietą Jakubiak a Małgorzatą Bochenek, ostatnio
trochę załagodzonym". O tych różnych podskórnych konfliktach w pałacu,
zwłaszcza między E. Jakubiak i M. Bochenek, wspomniano już
niejednokrotnie, m.in. w "Dzienniku" z 22 czerwca 2006 roku. Pisano tam
wprost o "chaosie i konfliktach, jakie panują w pałacu od początku
kadencji nowego prezydenta (...) trzeba napisać o tym, co jest od wielu
miesięcy tajemnicą poliszynela: w Pałacu Prezydenckim trwa wojna na
śmierć i życie między prezydenckimi urzędnikami (i urzędniczkami)
(...)".
Przy tych wszystkich sporach nie ulega wątpliwości - istnieje wielki
lewicowy przechył w Kancelarii Prezydenta. Faktem jest, że L. Kaczyński
już 28 grudnia 2005 r. doczekał się wyraźnej pochwały w antyrządowym
"Newsweeku" za tak szokujące nagromadzenie ludzi z tendencjami
lewicowymi w kancelarii prawicowego prezydenta. Pisano tam: "Kompletując
skład kancelarii, nowy prezydent potrafił - inaczej niż Kwaśniewski -
zignorować interesy swego politycznego środowiska". Szczerze mówiąc,
wolałbym, by akurat w tej jednej sprawie zachował się akurat tak jak
Kwaśniewski. Bo dziś widzimy, jak mocno prezydent płaci za skutki
zignorowania swego politycznego środowiska w "prezydenckiej kancelarii".
Niesławne spotkanie w Pałacu Prezydenckim 8 marca br. pokazało, że "w
Grenadzie panuje zaraza". Dodajmy do tego jeden bardzo znaczący
szczegół, o którym mówiono mi już wiele razy. Okazuje się, że z
Kancelarii Prezydenta błyskawicznie przeciekają różne informacje do
"Gazety Wyborczej". Ktoś dobrze poinformowany zauważył, że istnieje
swego rodzaju "gorąca linia" między niektórymi wpływowymi osobami z
kancelarii prezydenckiej a "Gazetą Wyborczą".
prof. Jerzy Robert Nowak