Spór o kolaboranta Brzechwę
Cała sprawa zaczęła się od oszczerczych manipulacji „Gazety Wyborczej". W kolejnych tekstach z 11, 12, 13, 14 i 17 kwietnia w „Wyborczej" gromko zaatakowano część społeczności w Dmosinie k. Główna i jej proboszcza. Część mieszkańców Dmosina nie chciała zaakceptować na patrona podstawówki w tej miejscowości Jana Brzechwy, więc od razu zaatakowano ich za „antysemityzm", bo Brzechwa był Żydem. Atakujący oponentów przyjęcia Brzechwy jako patrona szkoły przemilczają całkowicie prawdziwie ważkie i podstawowe argumenty przeciwko Brzechwie, które dyskwalifikują go jako patrona czegokolwiek. Chodzi o to, że był on w swoim czasie jednym z najgorszych, najbardziej skompromitowanychjanczarów stalinizmu w Polsce. Jak pisał już wcześniej w Głosie (z 1-3 maja 2000) Marcin Gugulski w artykule „Brzechwa wzorem? Czego?": „Chwalca wszystkich kolejnych władz i komunistyczny propagandysta to nie jest ideał i wzór wychowawczy dla młodzieży (... ) Zbyt łatwo chwalił możnych, zbyt chętnie pastwił się nad słabymi".
Dziennikarzy „Wyborczej" i postkomunistycznej „Trybuny" nie obchodziła ani trochę niemiła prawda o nieciekawej przeszłości Brzechwy. Uznali, że Brzechwa był Żydem, a więc powinien być nietykalny na krytyki, a wszelkie ich podejmowanie to po prostu kolejny przykład obrzydliwego „polskiego antysemityzmu". Ataki na polskich „antysemitów", którzy podważają wiarygodność „wspaniałego" autora dla dzieci nasilały się. Włączył się w nie stary tropiciel „antysemityzmu" R. M. Groński z „Polityki", dołączył dość nieopatrznie Maciej Rosalak z „Rzeczpospolitej" (ten przynajmniej poniewczasie wycofał się, dostrzegłszy swój błąd). Hucpiarskie manipulacje zarzutami „antysemityzmu" na tle sprawy Brzechwy spotkały się z celną ripostą Rafała A. Ziemkiewicza. W zamieszczonym w „Życiu" z 8 maja felietonie „Dziennikarskie hieny" pisał on m. in.: "Postkomunizm wykształcił typ dziennikarzy żyjących z demaskowania rzekomej polskiej ciemnoty i antysemityzmu (... ) Hiena dziennikarska rodzimego chowu dobrze wie, czego się od niej oczekuje i za co zostanie pogłaskana; bezbłędnie powiela w kółko schemat, w którym występuje tłum ciemnych chłopów-antysemitów i miejscowy ksiądz podżegacz. Najnowszym dziełem hien jest histeryczne oburzenie wobec wioski, w której nie chciano za patrona szkoły Jana Brzechwy. Miały tę niechęć ożywiać racje antysemickie. No cóż, znając poprzednie dokonania hien, nie bardzo wierzę, by akurat o to chodziło. Wiem natomiast, że zanim pan Brzechwa został autorem pięknych wierszyków dla dzieci, dopuszczał się różnych podłości jako stalinowski propagandysta. Gdybym miał dziecko, również nie chciałbym, aby kiedyś mi na moje nauki odpowiedziało — nie nudź stary, taki Brzechwa się świnił, płaszczył i kolaborował i jakoś został patronem mojej szkoły. W tym sensie w pełni się z mieszkańcami Dmosina solidaryzuję" (podkr. w wyd. książkowym—J. R. N. ).
O sprawie Brzechwy pisał już jednoznacznie w „Głosie" Marcin Gugulski. Trzeba jednak powrócić do całej sprawy dlatego, iż potem poinformowano, że jednak szkołę w Dmosinie ma się we wrześniu uroczyście nazwać mianem Brzechwy—kolaboranta.
A także dlatego, że w międzyczasie ukazały się dalsze bardzo istotne przekłamania na ten temat. Przede wszystkim na łamach „Gazety Wyborczej" z 8 maja 2000 pt. „Jan Brzechwa —po prostu polski patriota" ukazał się list córki J. Brzechwy—Krystyny, stwierdzający min.: „Ojciec mój był po prostu polskim patriotą (... )" K. Brzechwa wychwalała patriotyczne zasługi swego ojca, równocześnie skrajnie minimalizując popełnione przezeń szkody. Pisała: „Nie potrafią sensownie pojąć Jego stosunkowo niedługiego w czasie, ale werbalnego podporządkowania się w kilku wierszach naciskom komunistycznej władzy".
Po paru miesiącach okazało się, że drukowany w „Gazecie Wyborczej" tekst Krystyny Brzechwy został odpowiednio spreparowany i ocenzurowany w organie Michnika. W wywiadzie dla „Życia" (z 5 lipca 2000) pt. "Brzechwą w adwersarzy" K. Brzechwa z goryczą napiętnowała „Gazetę Wyborczą" za rozdmuchanie lokalnego sporu w Dmosinie przez jątrzące teksty w dniach 12, 13, 14 i 17 kwietnia, ocenzurowanie Jej wypowiedzi w tej sprawie, praktyczne odmówienie Jej prawa do sprostowań. Skrytykowała również „Gazetę Wyborczą" za nadanie lokalnemu incydentowi „wydźwięku niemal społeczno-politycznego o charakterze zaczepnym w stosunku do Kościoła" i o nadanie lokalnemu incydentowi "świadomie czy nie, antypolskiego ostrza". W prostującym manipulacje „Wyborczej" wywiadzie Brzechwy dalej jednak znalazły się nieprawdziwe stwierdzenia zarówno o "stosunkowo niedługim w czasie werbalnym podporządkowaniu się w tych wierszach naciskom komunistycznej władzy" i o nielicznych socrealistycznych wierszach Brzechwy.
Prawda jest niestety o wiele smutniejsza. Jan Brzechwa nie podporządkowywał się władzy komunistycznej „werbalnie", pod „naciskiem", lecz arcygorliwie, z zapałem, con amore. Po drugie niestety, nie chodzi wcale tylko o "kilka wierszy", jak twierdzi Krystyna Brzechwa, ale o wiele dziesiątków wierszy i satyr publikowanych w rozlicznych tomach, i nie w czasie "stosunkowo niedługiego czasu", lecz przez wiele lat (najbrzydliwsze wiersze Brzechwy były publikowane w tomach wydanych w okresie sześciu lat, od 1947 do 1953 roku. To już oczywiście nie było „winą" Brzechwy, że Stalin zmarł w 1953 roku i później już nie były „modne" skrajnie toporne wierszowane paszkwile, a niektórzy czołowi stalinowcy popłynęli nawet na fali „odwilży", tak jak Adam Ważyk czy Jan Kott). Czy rzeczywiście pani Krystyna Brzechwa nie zna „dorobku" swego ojca z doby stalinizmu, tak długo i tak pracowicie rozbudowywanego? Pozwolę sobie więc przypomnieć go szerzej czytelnikom Głosu, by pokazać, jak szokująco w „Gazecie Wyborczej", gazecie o największym nakładzie, próbuje się zacierać tego typu jaskrawe, kompromitujące przykłady „hańby domowej".
Brzechwa poszedł z niebywałą gorliwością na usługi stalinowskiej władzy już w pierwszych latach powojennych. Smutne świadectwo tego służalstwa przynosi wydany już w 1947 roku jego tom satyr „Palcem w bucie". W wierszu "Ballada o dwóch facetach" z werwą szkalował niepodległościowe podziemie, wieszcząc jego rychły koniec z dość swoistym poczuciem humoru: Byli sobie dwaj faceci Zbudowani jak atleci (... )
Gdy przyjechał sędzia z Warki Pokrajali go w talarki.
W mieście bojąc się odwetu,
Na noc szli do NSZ-tu,
I szerzyli terror w lesie, Jak to pisze się w „ Expresie " (... ) Ale szedł milicjant pieszy
I wygarnął w nich z pepeszy (... )
Byli sobie dwaj faceci,
Dwóch facetów zabił trzeci,
Nad ich grobem słonko świeci.
Inny tekst tomu: „Wracać czy też nie wracać?" zawierał pełną jadu satyrę na „wrogów" z emigracji. Pisał tam m. in.:
Nadto na emigracji są również i tacy
Którzy lubią pieniądze, a nie lubią pracy
Warszawa cała w gruzach, Polska cała w zgliszczach,
Praca przy odbudowie męczy i wyniszcza,
Niech inni wykonają tę czarną robotę,
Wtedy oni zmieniwszy swe funty na złote
Wjadą na białych koniach i obejmą władzę (... )
Antykomunistyczną emigrację na Zachodzie Brzechwa atakował wielokrotnie, z zajadłością skrajnego nienawistnika, deklarując jednocześnie wszem i wobec swe przekonanie o absolutnej wyższości systemu komunistycznego nad reakcyjnymi „mrzonkami" z Zachodu. W czasie, gdy dziesiątki tysięcy ludzi katowano w komunistycznych więzieniach, a tysiące innych, głównie AK-owców, transportowano w eszelonach na Syberię, Brzechwa wydrwiwał tych wszystkich, co śmią wątpić w wolność pod rządami „ludowej demokracji". Ironizował w satyrze „Gryps do Jana Lechonia":
Tu życie nie dla Pana, Bo czyż wiarę Pan da,
Że gorzej tu, niż głosi wasza propaganda (... )
U nas, jeśli do baru wejdzie kto na wódę,
Od razu wpada konny oddział N. K. W. D.,
By gościa, jego żonę i ojca i matkę
Całkiem nagich traktorem wywieźć na Kamczatkę (... )
Mikołajczyk przemawia, lecz podczas przemowy
Ma lufę pistoletu przytkniętą do głowy
Po czym go się pakuje za kolczaste druty,
Gdzie czeka nań już Kiernik w kajdany zakuty.
Takie to u nas życie, drogi Panie Janie,
Zatem lepiej dla Pana, jeśli Pan Zostanie,
A gryps ten proszę spalić (... )
Pisał to wszystko Brzechwa w czasie, gdy podstępnie mordowano rozlicznych działaczy PSL-u, gdy zapadały rozliczne wyroki śmierci w sfabrykowanych procesach. Już wkrótce sam Mikołajczyk musiał uciekać z Polski, by uniknąć losu zamordowanego po oszukańczym procesie bułgarskiego niezależnego przywódcy chłopskiego N. Petkowa.
Proreżimowa satyra Brzechwy „zyskała" miażdżącą ripostę ręką słynnego emigracyjnego poety, mistrza kabaretu politycznego Mariana Hemara. W wierszu „Odpowiedź" Hemar pisał m. in.:
(... ) Niech mi p. Brzechwa za złe nie policzy,
Że ja się włączę do tej konwersacji.
Gryps, acz nie do mnie, wszystkich nas dotyczy
Wszystkich poetów polskiej emigracji,
Którym do kraju tęskno — a nie spieszno,
Chociaż p. Brzechwa z ironią prześmieszną
Wykpiwa, szydzi, w parodię obraca,
Że nasza „ Greuel propaganda " — bzdura,
Kiep, kto nie wraca i tchórz, kto nie wraca,
Żeby pracować w narodzie, z narodem,
Kiedy już w kraju pełna wolność pióra,
Sumienia, prasy—najlepszym dowodem
„Szpilki"! Satyra, swoboda, odwaga,
Nieskrępowanie, z jakim tam się smaga
Sanację, faszyzm, warszawskie powstanie,
Armię Krajową i W Brytanię, (... )
Panie poeto, co w kraju Traugutta,
Okrzei, Ziuka i księdza Skorupki,
Stajesz w obronie jakiegoś Bieruta,
Wykpiwasz wrogów jakiegoś Osóbki
I to co starcza za wolność, i taka
Twoja poety duma i Polaka — (... )
(Podkreślenie J. R. N — w wydaniu książkowym)
Jaka szkoda, że tak mało znany jest ten piękny wiersz poety z Emigracji, wielkiego patrioty polskiego Mariana Hemara. Twórcy pochodzenia żydowskiego podobnie jak Brzechwa, ale w odróżnieniu od niego prawdziwie kochającego Polskę i bezgranicznie nieznoszącego targowiczan typu Brzechwy. Rzesz znamienna, że nawet dziś ciągle zbyt mało przypomina się i popularyzuje twórczość takich właśnie antykomunistycznych polskich patriotów żydowskiego pochodzenia jak Hemar, Tyrmand (niemal całkowicie nieznana w Polsce jego świetna „Cywilizacja komunizmu") czy Grydzewski. Bo byli polskimi patriotami i antykomunistami. Tym chętniej za to lansuje się mit o wielkości różnych żydowskiego pochodzenia targowiczan typu Brzechwy, Kotta, Stryjkowskiego, K. Brandysa.
W cytowanym już tomie satyr Brzechwy z 1947 roku „Palcem w bucie" ukazała się pełna cynizmu proreżimowa odpowiedź Brzechwy na poetycki atak Hemara. W tekście pt. „Marianowi Hemarowi — odpowiedź" Brzechwa pisał m. in.:
(... ) Ściga Pan swoją wzgardą „żołdactwo " sowieckie,
Chciałby widzieć Pan inne stosunki sąsiedzkie,
Może Pan wobec tego zmieni geografię,
Tej części Europy? Boja — nie potrafię. (... )
W Londynie, oczywiście, myśli się inaczej,
Tam nie wie się, co dla nas wyzwolenie znaczy
Stamtąd manifestuje Pan swoją odwagę.
Jak ten, co krzyknął „ veto" i uciekł na Pragę. (... )
Napisał Pan o rządzie dosyć obelżywie.
Mamy to przedrukować? Ja się Panu dziwię,
Czyż możność znieważania naszych mężów stanu
Ma stać się tą wolnością, co dogadza Panu? (... )
Niech Pan wraca do domu, Ojczyzna przebaczy
Brzechwa powrócił do swej polemiki z Hemarem również w wierszu „Tak wiele się zmieniło", pisząc m. in.:
I tylko Hemar wieszczy
Z Londynu na mnie wrzeszczy
Żem marna jest osóbka,
A on — to ksiądz Skorupka.
Do nąjstraszniejszych tworów reżimowego zaangażowania Brzechwy należał jego wiersz „Czerwony marsz", nieprzypadkowo uwieczniony jako swoiste „motto" do drugiego tomu „Czerwonej mszy" Bohdana Urbankowskiego. Pisał on m. in.:
Chowa spekulant worki w sklepie, Kołtun z trwogi pacierze klepie (... ) Wiedźmy po domach straszą dzieci,
— Masła nie ma, wzięli „Sowieci" (... ) Pasibrzuch wiejski chłopów judzi
— Na Sybir będą wywozić ludzi
— Żyje, mąci, knowa podziemie,
— Walka trwa nadal, wróg nie drzemie, Kto nie z nami, będzie z nami,
Kto przeciw nam —piła go złamie!
Który tam? Z drogi, Partia kroczy
Twoja partia ludu roboczy (... )
Ze szczególną werwą rzucił się Brzechwa do „poetyckiego" zohydzenia radiostacji „Głos Ameryki" w wierszu pod tym tytułem przedstawiającym Amerykę jako zgangrenowane ucieleśnienie wszelkiego zła, pisząc m. in.:
Tu mówi Nowy Jork! Słyszycie głos Ameryki!
Głos tej Ameryki, co świat dolarem mierzy,
Ameryki giełdziarzy łgarzy i szalbierzy
Ameryki bezprawia, chamstwa i ucisku,
Ameryki gangsterów żądnych krwi i zysku,
Ameryki grożącej pałaszem Goliata,
Ameryki zbrodniczych podpalaczy świata (... )
I taki to żałosny „demaskator" USA zostaje patronem szkoły w kraju, w którym ogromna część Narodu przez dziesięciolecia tak bardzo oczekiwała właśnie mocnego „głosu Ameryki" w swej obronie przeciw „imperium zła"!
Cytowane wyżej wierszydło Brzechwy było „bogate" również w inne „demaskatorskie" wątki. Pisał w nim Brzechwa ze świętym oburzeniem:
Leżą imperialiści na pokładach yachtów,
Chcą agresji, chcą wojny, rynkowych konszachtów,
A tu Apel Sztokholmski: stek złośliwych szykan!
Kwakrzy i metodyści liczą na Watykan,
Watykan cud uczyni i Hitlera wskrzesi,
Wiedział Hitler, co warci Polacy i Czesi,
Wiedział jak trzeba walczyć z czerwoną zakałą —
Trumanjest za łagodny, Tito — to za mało.
Gdyby Hitler zmartwychwstał, na rękę by szedł nam (... )
Czy można się więc dziwić, że proboszcz w Dmosinie nie jest entuzjastą wybrania na patrona szkoły w swej miejscowości takiego „denuncjatora" Watykanu, który „chciał wskrzesić Hitlera". Czy można się dziwić, że niektórym mieszkańcom Dmosina nie odpowiada myśl o tym, by stalinowski denuncjator „wiejskich pasibrzuchów" był patronem ich wiejskiej szkoły (podkr. w wyd. książkowym—J. R. N. ).
Ten sam Brzechwa, który w 1938 roku wypisywał panegiryczne pochwały na cześć Marszałka Piłsudskiego (tom „Imię wielkości") w październiku 1952 zabłysnął wydaną w ogromnym nakładzie (pół miliona egz. ) propagandową broszurą wierszowaną, szkalującąw możliwie najskrajniejszy sposób Drugą Rzeczpospolitą. W ogromnym wierszu-paszkwilu pt. „Gawęda o dawnych latach, różnych kandydatach, o pałach i mandatach, o rzekach i mostach, o cudach i starostach" Brzechwa przedstawiał Polskę międzywojenną jako czas, gdy „Fabrykant z robotnika ssał soki ostatnie", „rząd strzelał do ludu", obszarniczo-fabrykancka sitwa fałszowała wybory, a w Sejmie dominowały „różne mikołajczyki, warchoły i łgarze (... ) zdrajcy i dwójkarze, hrabiowie, hitlerowcy, wszelakie psubraty".
W 1951 roku ukazał się „przebojowy" tom socrealistycznej poezji Brzechwy „Strofy o planie sześcioletnim", zawierający rozliczne socrealistyczne wiersze-potworki typu przytaczanego już szerzej w Głosie przez M. Gugulskiego tekstu „Wolności prowadź" („Wolność" to była rzeczywiście niezmierzona, wolność... stalinowska).
Długo można by wyliczać i cytować haniebne kolaboranckie wiersze Brzechwy. Oto np. parę próbek tekstu z wydanego w 1952 roku zbioru satyr „Cięte bańki". W tekście „Apostrofa" Brzechwa pokrzykuje z patosem:
Plotkarze, malkontenci, szczwacze i pyskacze,
Do was kieruję słowa chłoszczące i gniewne!
—Kazano mu tak pisać —powiecie zapewne.
Tak! Serce mi kazało. Nie mogę inaczej. (... ) [podkreśl. JRN]
Już dosyć ma Europa was i waszych waliz
Waszego plotkarskiego po świecie nieróbstwa,
Więc tu siejecie zamęt i płodzicie głupstwa,
Szkalując tych, co w znoju budują socjalizm. (... )
Pędzi Plan Sześcioletni, wali w przyszłość sztormem,
Zmiecie śmiecie i z waszą rozprawi się zgrają:
Przyjdą wnuki, prawnuki i szczęście poznają
Dzięki tym, którzy dzisiaj, przekraczają normę.
„Demaskujących" amerykańskich „imperialistów"; tęskniących za esesmanami Guderiana wiersz „Koreańska piosenka" obdarzył Brzechwa szczególnie „wdzięcznym" zakończeniem: Bomba atomowa
Korci Mac Arthura,
Choć nią Truman straszy
Cierpnie na nim skóra,
Bo choć i bezpiecznie
Siedzieć w Ameryce,
Wciąż mu norymberskie
Śnią się szubienice.
Lud przy KimIr senie
Stoi niewzruszenie.
Do najohydniejszych utworów stalinowskiego „stachanowca pióra" — Jana Brzechwy należały teksty zamieszczone w napisanej wspólnie z Antonim Marianowiczem i Januszem Minkiewiczem Szopki satyrycznej 1953. Z werwą chłostano amerykańskich prezydentów jako „gangsterników nawy państwowej" i „zdradzieckiego" Tito, który wołał:
Tylko u mnie! Tylko za grosze!
Za bezcen! Brać i wybierać proszą:
Miasta i wioski. Fabryki, huty,
Wszystko za trochę oddam waluty
Za ciężką pracę mych robotników
Razem trzydziestu żądam srebrników
Inna postać Szopki — Amerykanin — śpiewała:
Dolarów rzeka płynie
I rośnie, rośnie Wehrmacht mój
Z gadziny na gadzinę.
Moi ludzie w więzieniach szukają,
Zaglądają w okienka, wołają,
Bo ci z SA i ci z SS
To skarb nasz największy jest.
Niezadługo po tej przyśpiewce wchodził „wielce pouczający" dialog polskiego emigranta na Zachodzie z hitlerowcem:
HITLEROWIEC:
Lecz się jednak dogadać trzeba w sprawie granic.
EMIGRANT:
Po co się dogadywać? Nikt nie będzie łez lał,
Gdy Szczecin nazwiesz Stettin, a Wrocław znów Breslau.
Zaraz, zaraz... Pan bodaj przeżył okupację
Jako okupant w Łodzi, to jest w Litzmannstacie?
HITLEROWIEC:
Tak jest. I pięknych wspomnień tkwią w mym sercu drzazgi.
EMIGRANT:
Więc Łódź wasza! Nie mówmy o tym, to drobiazgi!
Jak na razie w Dmosinie przeforsowano uczczenie szkoły mianem kolaboranta Brzechwy. Za takim rozwiązaniem podobno opowiedziała się miejscowa pani wójt i większość nauczycieli szkoły (nie bardzo wiadomo tylko, czy z ignorancji, czy z oportunizmu, strachu przed napiętnowaniem jako „niepoprawnych politycznie"). Gdy „Wyborcza" osądziła, że niechęć do Brzechwy jako patrona szkoły jest obrzydliwym aktem antysemityzmu, to wielu mieszkańców Dmosina boi się narazić. W rozmowach z dziennikarzami prawicowymi bardzo proszono, by nie cytowano nazwisk pr2y powoływaniu się na zastrzeżenia wobec Brzechwy w roli patrona szkoły. Niektórzy obawiają się, że odrzucenie Brzechwy skończyłoby się zmniejszeniem funduszy dla „antysemickiej" gminy, bo przecież „na górze" o wszystkim decydują wpływowi „brzechwolodzy" —tropiciele antysemityzmu. Wójt Dmosina i nauczyciele popierający z różnych powodów Brzechwę jako patrona szkoły są jednak najwyraźniej ludźmi pozbawionymi wyobraźni. Fatalny wybór, jakiego dokonują teraz, będzie się odbijać im czkawką do końca życia. Bo coraz więcej kolejnych wychowanków szkoły będzie w miarę swego dojrzewania intelektualnego dowiadywać się o żałosnych stalinowskich wybrykach patrona ich szkoły. I będą wypominać nauczycielom i wójtowi, że dali im właśnie taki wzór wychowawczy: stalinowskiego sługusa, tropiciela „emigracyjnych zdrajców" i „wiejskich pasibrzuchów", Watykanu chcącego „wskrzesić Hitlera" (podkr. w wyd. książkowym—J. R. N. ). Najżałośniejszy zaś jest fakt, że na tak kompromitujący dla Dmosina pomysł wyboru patrona szkoły wpadnięto w wolnej Polsce, w 11 lat po upadku PRL.
Tekst publikowany na łamach „ Głosu " z 22 lipca 2000